STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: PROFAN-BUTAN

1999-coupe-kety

Jako że powracają pytania o moje doświadczenia z własnymi samochodami, a w ciągu ponad dwóch lat opisałem dopiero jeden z nich, postanowiłem popchnąć kolejkę do przodu.

Z drugim autem było tak: w połowie 1999r., czyli po półtora roku mojego jeżdżenia ponad 25-letnią, trzymającą się na lakierze S-Klasą, powstała w rodzinie myśl, żeby zastąpić ten wehikuł jakąś niedrogą, używaną Hondą, która o wiele lepiej reprezentowałaby rodzinną firmę (gdzie wtedy co nieco się udzielałem, zwłaszcza w roli kuriera). Raz nawet odbyłem próbną jazdę Civikiem sedanem z bodajże 1989r.: auto jawiło mi się jako tak twarde i plastikowe, że myśl o zamianie wydała się po prostu niedorzeczna. Tym bardziej, że wcale nie obniżyłaby kosztów: paliwo wychodziłoby podobnie (różnica cen PB95 i ON była wtedy znaczna), serwisowanie Mercedesa u pana Edka kosztowało grosze w porównaniu do cen części zawieszenia albo pasków rozrządu Hondy (co to w ogóle jest ten pasek rozrządu…?), nawet składkę OC za mojego staruszka PZU dzieliło na pół ze względu na wiek pojazdu przekraczający 25 lat (nie do wiary, ale tak wtedy było). Gdyby tylko nie agonalny, przynoszący wstyd firmie stan karoserii…

Rzeczony Civic miał kosztować 12 tysięcy złotych. Szybki rzut okiem na ogłoszenia wykazał, że to cena naprawdę idealnego W123. Chyba wiecie już, jaki był mój postulat…

Mieliśmy w tamtym czasie sąsiada – emerytowanego funkcjonariusza z epoki słusznie minionej (nie wiem dokładnie, w jakiej formacji służył). Jeździł pięknie utrzymanym, granatowym W123 300D z rocznika ’83, ale nie takim zwyczajnym, taksówkarskim, tylko z jasną, welurową tapicerką, elektrycznymi szybami i szyberdachem, ABS-em, klimatyzacją (!!), a nawet – i to było najbardziej niesamowite – pięciobiegową skrzynią!! (o piątym biegu marzył każdy użytkownik tego modelu, a miało go jedynie kilka promil produkcji). I wyobraźcie sobie, że dokładnie wtedy sąsiad zechciał auto wymienić – za swoje chciał dokładnie 12 tysięcy. Zaraz pomyślałem sobie o matowo-czerwonym Civiku z szaro-plastikowym wnętrzem – nic, tylko parsknąć śmiechem…

Kluczyki i dokumenty sąsiadowego cuda dostałem w którąś sobotę. Właściciel nie miał wtedy czasu, ale pozwolił mi zabrać auto do serwisu taty na dokładne oględziny. Do dziś pamiętam typowe uczucie klasycznego mercedesiarza wymieniającego model na młodszy: wszystko niby takie samo, ale nieporównanie fajniejsze. Zero rdzy. Beżowy welur. Chłodny powiew klimatyzacji (to był maj i pierwsze upały w sezonie). Ta sama wszechogarniająca błogość i komfort, ale w stanie wyglądającym na co najwyżej sześcio-, a nie szesnastoletni. Świece żarowe z sygnalizowanym lampką, automatycznym odcięciem już po kilku sekundach i stłumione tykanie pięciocylindrowego silnika OM617 – prawie identycznego jak mój, ale 8 KM mocniejszego (młodsze roczniki miały ostrzejsze wałki rozrządu) i znacznie lepiej wyciszonego. Oczywiście nie odmówiłem sobie wypróbowania smakowitych gadżetów: uchylenia elektrycznych szyb i szyberdachu, próbnego hamowania z ABS-em (pierwszy raz w życiu), no i rzecz jasna, wrzucenia na moment piątki – co prawda tylko przy 60 km/h, bo w drodze do Wieliczki nie dało się pojechać więcej – ale liczył się sam fakt. No i to, że tutaj wszystko działało.

Na miejscu, na podnośniku, dobry stan auta został potwierdzony. W tamtych czasach oznaczało to tyle, że nic nie jest przegnite, potrząśnięte ręką koła nie gonią na boki, opony są zużyte równomiernie, na ziemię nic nie cieknie, a spod korka oleju nie bucha dym w takt zapłonów (bo to, że zimny silnik ładnie zapalił, a puszczenie kierownicy na prostej nie powodowało natychmiastowego wjechania do rowu, stwierdziłem sam podczas dojazdu). Został tylko ostatni punkt programu: dokumenty.

Właśnie w tym momencie musiałem, z wielkim bólem serca, pożegnać się z moim marzeniem. Oto Mercedes miał wpisaną w dowodzie pojemność 2.400 – a że silniki 240D i 300D różnią się liczbą cylindrów, to, cytując wspomnienia Cytryna i Gumiaka, „że tak powiem jest dość bardzo widać„. Również oryginalne numery silnika i nadwozia okazały się niewidoczne, a w papierach widniały takie nadane urzędowo, rozpoczynające się od liter „KR” jak „Kraków”. Sąsiad tłumaczył, że ma na to auto jakiś wyrok sądowy z dawnych czasów, ale biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, włącznie z jego tzw. backgroundem zawodowym, obaj z tatą uznaliśmy, że bezpieczniej będzie poszukać innej „Beczki”, chociaż jasne było, że piątego biegu, klimy, ABS-u, elektryki i jasnego weluru na raz nie znajdziemy w żadnej cenie. Nie wiem – może to był błąd, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże.

Auto ostatecznie przejął syn sąsiada, ale nie na długo – wkrótce zostało skradzione. Być może dokonało żywota gdzieś na Ukrainie, a może jego arcyrzadka, pięciobiegowa przekładnia śmiga dziś w jakimś odpicowanym okazie na żółtych tablicach. Mnie jednak wbiło się w pamięć bardzo głęboko. Mało którą przejażdżką w życiu – a parę fajnych już zaliczyłem – ekscytowałem się tak mocno, jak tamtą topową „Beczką” w wieku 19 lat.

Niedługo później o mały włos nie porzuciłem swojej ulubionej marki: oto pan Y.Y. (którego postać opisywałem TUTAJ), będący wtedy już nie milionerem, a zwyczajnym właścicielem kilku warsztatów, przeżywał właśnie fazę fascynacji Volvem i mocno namawiał mnie na model 740/760. Ten sam segment, ale nawet 10 lat młodszy rocznik za tę samą cenę – to było bardzo przekonujące. Zwłaszcza w połączeniu z dobrym wyposażeniem większości egzemplarzy i 2,4-litrowymi turbodieslami pochodzącymi z VW LT. Albo – jak w prywatnym aucie pana Y.Y. – benzynowym V6 z automatem. Że co…? Spalanie…? „NIE-IS-TOT-NE !!” – odpowiadał swoim zwyczajem właściciel, perorując o poczynionym niedługo wcześniej odkryciu, które zwało się LPG i kosztowało siedemdziesiąt groszy za litr.

Kilka Volv nawet razem oglądnęliśmy i kto wie, jak by się wszystko skończyło, gdyby któregoś dnia na stację Orlenu koło naszego domu nie zajechała bardzo ciekawa „Beczka”. Nie było w niej ABS-u, klimy ani elektryki, nie było weluru, piątego biegu, a nawet pedału sprzęgła, najciekawszym brakiem był jednak brak tylnej pary drzwi.

W tamtych czasach nawet zagorzali samochodziarze mieli trochę inne horyzonty niż dziś. Duży samochód musiał być dieslem, a dwudrzwiowy Mercedes – to była jakaś abstrakcja. Niektórzy na jego widok nie dowierzali własnym oczom i pytali, czy ta gwiazda na masce to na pewno prawdziwa, bo dwudrzwiowe to są „Maluchy” i Trabanty, a nie zachodni luksus.

Nauczony doświadczeniem taty, który dwa ze swych czterech Mercedesów kupił od zaczepionych na ulicy taksówkarzy, podszedłem do właściciela i grzecznie spytałem, czy auto nie byłoby przypadkiem do sprzedania. Siedzący w środku dżentelmen, obwieszony złotymi łańcuchami i należący do jednego z plemion, które kilkanaście stuleci temu opuściły Indie, odpowiedział: „Jak kto da dobre cene, to szysko jes na przedanie…„. Siedzący obok synek, na oko dziesięcioletni, dodał ze znawstwem: „dwa osiem, automat, nie biegowiec… i dwudźwiówka, bo tata same dwudźwiówki kupuje!!

Nie powiem, żeby to wyglądało zachęcająco, ale czasy były inne niż dziś, a samochód wyglądał zjawiskowo. Numeru telefonu co prawda nie dostałem, ponieważ właściciel takowym nie dysponował, podał za to adres – kilkaset metrów od naszego domu.

U pana Cygana byłem potem kilkakrotnie (oczywiście nie sam). W mieszkaniu nie było żadnych mebli ani sprzętów poza kilkoma warstwami dywanów i urządzonymi na nich posłaniami. Wszędzie biegało mnóstwo dzieci płci męskiej, zaś głosy kobiece – bardzo ożywione – dobiegały wyłącznie zza zamkniętych drzwi kuchni. Ponieważ nie bardzo było gdzie usiąść, gospodarz załatwiał interesy na zewnątrz, tam zresztą stało przecież auto.

Szybko dowiedziałem się, że chodzi o topową wersję 280CE z rocznika ’79. Lakier w typowym dla lat 70-tych kolorze milanbraun został położony zaledwie kilka miesięcy wcześniej i lśnił nowością. Bliższa inspekcja nadwozia ujawniła tylko kilka drobnych monet francuskich zapodzianych pod fotelami i dywanikami, ale żadnych śladów korozji ani napraw blacharskich – z czego wywnioskowaliśmy, że auto mogło jeździć gdzieś na suchym południu Francji. Oryginalnie zachowane W123 już wtedy było rarytasem – zwłaszcza jeśli chodzi o wczesne roczniki, bardzo słabo zabezpieczone antykorozyjnie.

Od nas auta som dobre, bo my o auta dbamy. Nikt tak nie zadba o auto jak Cygan” – mówił z dumą właściciel, jednak szybko okazało się, że jego rozumienie dbałości jest bardzo specyficzne. Lakier – owszem, błyszczał, podobnie jak ogromne, szerokie alufelgi i absurdalnie mała kierownica ze szlachetnego drewna, z drugiej jednak strony z niskoprofilowych opon wyłaził na wierzch drut, tarcze hamulcowe były poharatane zdartymi do gołego metalu klockami, a płyny ustrojowe, łącznie z olejem silnikowym, wykazywały stan poniżej minimum. Na pytanie, dlaczego na kluczyku została tylko dziwnie zniekształcona resztka czarnej rękojeści, padła odpowiedź: „dzieci mi zjedli„.

O dziwo, tym razem dokumenty zgadzały się co do joty, co oczywiście sprawdziliśmy na policji. Śmiałem się potem, że w Polsce Cygan potrafi mieć większy porządek w papierach niż emerytowany funkcjonariusz.

Cenę ustaliliśmy na 11 tysięcy. „To som tanie pienionczki za kupejke automat, naprawde!!„.

Przed transakcją sprzedawca zastrzegł tylko, że zabierze sobie kierownicę, za którą zapłacił był kiedyś majątek i założy mi oryginalną (czego nie żałowałem, bo nie znoszę tuningu). Zostawił za to felgi (za kwotę z ich sprzedaży kupiłem potem używany komplet fabrycznych – patrz zdjęcia – wraz z nowymi oponami) i obiecał dołożyć klimatyzację do zamontowania. Z wszystkiego wywiązał się bez zarzutu: załatwił ładną kierownicę (co prawda trochę młodszą, od 190-tki, ale wtedy nawet taką wolałem) i raz faktycznie zawiózł mnie do jakiegoś brudnego warsztatu, gdzie leżała stara, mercedesowska klimatyzacja, tyle tylko, że na oko nadająca się wyłącznie na złom. Tę jazdę odbyliśmy nowym nabytkiem pana Cygana, sprokurowanym w okamgnieniu W124 300CE. „Ćsy litry automat, nie biegowiec… i dwudźwiówka – mój tata same dwudźwiówki kupuje!!” – skwitował i tym razem jego synek, który jak cała rodzina, nosił bardzo polskie, szlacheckie wręcz nazwisko, ale mitologiczno-greckie imię Parys. „Widziałeś mojom kośule? Specjalnie dla mnie – napisane PIER KARDEN PARIS !!„. Tak wyglądały kontakty z nimi: w sumie całkiem uczciwie, ale specyficznie.

***

Tak oto, w czerwcu 1999r., zaraz po maturze, stałem się użytkownikiem wymarzonej „Beczki” i to w specyfikacji, którą wcześniej znałem co prawda z literatury, ale w ogóle nie postrzegałem jako realny byt. W tamtym czasie wielki samochód z dwojgiem drzwi i do tego dużym silnikiem benzynowym był w Polsce czymś niezwykle rzadkim i co rusz prowokował dziwaczne pytania.

W stosunku do limuzyny C123 – tak właśnie oznacza się coupé – miało silniej pochylone szyby czołową i tylną, skrócony o 85 mm rozstaw osi i obniżony o 55 mm dach. Oczywiście typu hardtop – bez środkowych słupków i ramek drzwi.

1999-auto-02a-w123-280ce-automatic-lpg-1979-driven-1999-6-2001-09-44000km-driven-first-photo-in-vi-1999

Taka konfiguracja wyglądała nadzwyczaj efektownie, ale niekoniecznie w 20-letnim aucie: po pierwsze, podnośniki tylnych szyb były zapieczone na amen i nie było siły, by je ruszyć (hektolitry WD40 i towotu nic nie dawały). Dobrze chociaż, że zablokowały się były w pozycji zamkniętej. Do tego dochodziła nieszczelność szyb w drzwiach, których w żaden sposób nie dało się ustawić tak, by ładnie leżały na uszczelce. Co prawda w czasie deszczu do środka nie lała się woda (i to był ogromny postęp w stosunku do mojego poprzedniego, przegnitego na wylot auta), ale przy myciu – już tak, a na autostradzie huk powietrza stawał się nieznośny. Szczęśliwie nie było wtedy w Polsce zbyt wielu autostrad.

Z tej perspektywy auto jawiło się najatrakcyjniej, a to z uwagi na niższą szybę czołową i spoiler pod zderzakiem (niestety, brakowało pasujących elementów z tyłu i na progach, a szkoda – taki tuning byłbym w stanie zaakceptować). Prostokątne lampy, znane u nas głównie z sedanów późnych roczników, w coupé stosowano od początku produkcji (z wyjątkiem wersji amerykańskich z ich żałosnymi lampami sealed beam). Co ważne, pięknie błyszczał nie tylko lakier, ale i chromy.

2000-auto-02g-front

Najbardziej chwalonym elementem tego nadwozia była i jest szyba tylna (niestety, jej kształtu nie uchwyciłem zbyt dobrze na zdjęciu, ale zachęcam do pogooglowania). Chromowane paski pod tylnymi lampami i podwójna rura wydechowa to też wyróżniki topowych odmian, z kolei nieoryginalne, nierdzewne kapy nadkoli, inaczej niż w większości egzemplarzy, nie skrywały tu bynajmniej korozji, a jedynie… no wiecie, kto wcześniej jeździł tym autem.

2000-auto-02m

Wnętrze to zwykła „Beczka”, poza absurdalną wręcz ilością drewna – z tego powodu jeden z moich najlepszych kumpli prześmiewczo nazywał to auto „drewutnią”. Z wyposażenia działało praktycznie wszystko, bo i niewiele go było (tak, sprawne były nawet hamulec postojowy, otwieranie nagrzewnicy i wskaźnik paliwa).

2000-auto-02d-int

2000-auto-02f-console

Po przesiadce z S-Klasy kabina C123 wydawała się wyraźnie mniejsza, ale bardziej przytulna, a całe auto – o wiele poręczniejsze. Najciekawszy jednak – poza bezramkowymi drzwiami –  był  oczywiście napęd.

Mercedesowski silnik M110 to rzędowa szóstka DOHC o pojemności 2,8 litra, z wielopunktowym wtryskiem K-Jetronic, stosowana w latach 1972-86. W tej konkretnej wersji rozwijała 185 KM i 240 Nm. Jak na tamte czasy – potwór. Najbardziej cieszyły mnie dwie rzeczy: po pierwsze, reakcja na gaz w całkiem niskich obrotach – np. na najwyższym biegu przy 50 km/h – kiedy to dotknięcie pedału stopą wyzwalało całe pokłady momentu obrotowego. Po drugie zaś – miny kierowców ekskluzywnych limuzyn w rodzaju Megane I albo Astry II, którzy w owych zamierzchłych latach stanowili autentyczną elitę – bez ironii – i czuli się królami autostrad. Nierzadko przecierali oczy ze zdumienia, widząc w lusterku dziób 20-letniej taksówki, która nie powinna być w stanie wyprzedzić „Kanciaka”, a tymczasem zaczynała dopiero nabierać tchu w płuca, gdy im kończył się już obrotomierz na piątce. Oprócz mocy silnik M110 oferował wspaniałą kulturę pracy – to właśnie on rozbudził we mnie miłość do sześciocylindrówek.

Niestety, moja radość nie trwała długo: ze wszystkich siedmiu samochodów, jakie dotychczas posiadałem (tak, wiem że niedużo jak na poziom mojej pasji i 19 lat aktywności za kółkiem), właśnie ten dostarczył mi najwięcej irytacji, a to z powodu trzech magicznych literek: LPG.

Oczywiście rozumiem, że to wyłącznie owej substancji zawdzięczałem możliwość eksploatacji takiego monstrum, jednak w ciągu kolejnych 27 miesięcy wielokrotnie żałowałem, że to jednak nie zwykły, poczciwy diesel. Wiem też, że zagazowane silniki potrafią działać rewelacyjnie – sam potem taki miałem, ale dopiero osiem lat po pozbyciu się „Beczki”, bo tyle musiało upłynąć, zanim przezwyciężyłem w sobie ogromny uraz do wynalazku zwanego przez lud podtlenkiem gazotu, a przeze mnie – przynajmniej wtedy – profan-butan.

Dziś wiem, że K-Jetronica nie powinno się wcale gazować, ale wtedy nie wiedziałem. Myślałem sobie, że pan Y.Y. wie co mówi, polecając warsztat w jednej z wiosek na północ od Krakowa. Niestety, przy całym moim szacunku dla niego i jego zasług dla mojej rodziny, muszę zaznaczyć, że on miał specyficzne podejście do techniki i gospodarowania w ogóle: byle taniej. Nie z biedy – bo pieniędzy mu nie brakowało – tylko ze źle pojętej oszczędności. Do pewnego momentu sprawdzało się to jako-tako, ale później zaczęło bardzo mu szkodzić. W tamtej chwili zaszkodziło jednak mnie.

Instalacja gazowa została założona w jeden dzień, a kosztowała 500 złotych z hakiem – przy sześciocylindrowym, 185-konnym silniku i 70-litrowej butli. Wykonawca mówił, że to drogo, bo motor mocny i z wielopunktowym wtryskiem (do dziś nie wiem, co może mieć wielopunkt do najprymitywniejszej instalacji mieszalnikowej – może ktoś z Was mi wyjaśni…?). Przed wydaniem auta zastrzegł, że na razie może „słabo chodzić„, ale żeby pojeździć tydzień, koniecznie zrobić w tym czasie badanie techniczne i wrócić do niego na regulację.

Może słabo chodzić” – piękny eufemizm. Samochód przestał chodzić w ogóle – na LPG z pedałem w podłodze ruszał równo z „Maluchami”, podczas gdy na benzynie śmigał do setki poniżej 10 sekund. Dopiero kiedy na badaniu technicznym w starym aucie bez katalizatora zobaczyłem wynik 0,1% CO w spalinach, zrozumiałem, o co biegało z tą ponowną regulacją po uzyskaniu pieczątki…

Po regulacji silnik odzyskał 90% dawnej werwy i to bardzo mnie cieszyło. Niestety, w mieście spalał nawet 25 litrów gazu, i choć pełne tankowanie kosztowało czterdzieści kilka złotych, to bywało konieczne co trzeci dzień. Nie taki był plan – w końcu konwersja miała zwiększać spalanie o ledwie kilkanaście procent, a nie o ponad połowę…

Najgorsze nastąpiło jednak po kilku tygodniach: w połowie lipca, po egzaminach na studia, znajomy z okolic Bochni urządzał ognisko dla całego rocznika. Jedni oblewali tam zdobycie indeksu, inni – zapijali porażkę. Ja należałem do tych szczęśliwszych, ale tylko do momentu wyjazdu do domu: już po paru kilometrach silnik strzelił z dolotu i stracił 95% mocy. Do domu dotoczyłem się na dwójce – na wyższych biegach samochód nie uciągał samego siebie…

Wezwany nazajutrz gazownik stwierdził, że strzał wynikł ze złego stanu układu zapłonowego i pokazał mi bezpośrednią przyczynę utraty mocy – wysadzoną przez wybuch klapkę przepływomierza. Kazał kupić nową i doprowadzić zapłon do porządku. Niestety, to nie pomogło, a sytuacja powtarzała się co chwilę.

Nie będę Was zanudzał szczegółami, dość powiedzieć, że z ustawicznymi eksplozjami w dolocie męczyłem się ponad rok. Bałem się każdego naciśnięcia gazu – żeby nie skończyło się zrujnowaniem klapki. Nie pomógł cały nowy zapłon (same kable kosztowały tyle, co cała instalacja LPG – nie dało się dopasować uniwersalnych, bo nigdzie nie sprzedawali na tyle długich, by dosięgały do ostatniego cylindra) ani powtarzane x razy regulacje. Wielokrotnie po wybuchach wyciągałem klapkę, prostowałem ją na krawężniku i zakładałem z powrotem, aż w końcu pozbyłem się jej całkiem – od tego momentu silnik nie chciał już wcale pracować na benzynie, ale o dziwo, na gazie odpalał nawet w zimie (nowa klapka kosztowała w serwisie 70 złotych, a dorobienie nie było możliwe ze względu na precyzję frezu na jej krawędzi). Jednak któregoś razu, w samym centrum Krakowa, gaz wybombił tak mocno, że silnik zgasł i więcej nie zapalił.

Nigdy wcześniej ani później nie miałem tak serdecznie dość jakiegokolwiek samochodu. Byłem już bliski decyzji o sprzedaniu go tak jak stał, za jakąkolwiek cenę. Na szczęście przygodny taksówkarz polecił mi pewien warsztat gazowy specjalizujący się w „poprawianiu po innych” i postanowiłem spróbować. To była standardowa akcja w stylu „łojezuu – kto to panu tak sp…..ł?„, ale odtąd brązowe coupé zaczęło wreszcie po ludzku jeździć. Co prawda klapki już nie zakładałem, bo dalej sporadycznie zdarzały się kichnięcia, ale już nie eksplozje jak z moździerza. Przyspieszenie i kultura pracy wróciły do poziomu godnego tego modelu, podróżna szybkość na autostradzie znów zależała tylko od fantazji/rozsądku kierowcy, spalanie spadło do 18 litrów w mieście i nawet 12 w trasie, a świat wydawał się piękny.

Oprócz utrapienia z gazem miałem też problem ze skrzynią biegów. Zaczęło się od ślizgania na wstecznym, który wkrótce stracił się całkiem. To była kwestia zwykłego zużycia – po 20 latach eksploatacji przekładni należał się po prostu normalny remont. Na szczęście zrobił mi go na fuchę znajomy brata, z doświadczeniem w specjalistycznym warsztacie ASB. Jego usługa i amerykański zestaw naprawczy po hurtowej cenie (dobrze mieć ojca – właściciela serwisu) kosztowały w sumie nieco ponad 1.000 złotych. Wtedy to było bardzo dużo, ale dziś wydaje się śmiesznie mało, nawet jak na ten model – po prostu, części z etykietką „klasyk” drożeją w tempie proporcjonalnym do całych samochodów.

O samej skrzyni też wypada powiedzieć dwa słowa: teoretycznie miała cztery biegi, ale w praktyce – tylko trzy, bo jedynkę wrzucała tylko w ekstremalnych przypadkach.

W większości czterobiegowych automatów występuje układ P-N-R-D-3-2-1. Tutaj natomiast pozycje nazywały się P-N-R-D-S-L. Co oznaczały te ostatnie? Najłatwiej zrozumieć to tak, że do starszej skrzyni trzybiegowej z pozycjami D-2-1 producent dodał bardzo krótką jedynkę i przemianował tryby 2-1 na S-L. Na D i S (dawne 2) normalnie dostępne były odpowiednio biegi 2-3-4 i 2-3, zaś jedynkę aktywował tylko kick-down. Z kolei na L (dawny tryb 1) auto domyślnie ruszało z jedynki i wrzucało dwójkę dopiero po osiągnięciu maksymalnych obrotów (jednak potem nie wracało już do jedynki aż do ponownego zatrzymania lub wciśnięcia kick-downu).

Brzmi to skomplikowanie, ale w praktyce było proste: gdy w standardowym trybie D brakowało pary (lub, co bardziej prawdopodobne, hamowania silnikiem), przesuwało się dźwignię kolejno na S i L, odłączając najpierw czwórkę, a potem trójkę. Dodatkowo na S skrzynia utrzymywała nieco podwyższone obroty (opóźniała moment zmiany 2-3), co pomagało w górach – stąd nazwa trybu (S = Steigung – „pochyłość”). Z kolei L (Last – „obciążenie”) służyło tylko w sytuacjach ekstremalnych do hamowania silnikiem (bo tam najwyższym biegiem była dwójka) lub ruszania pod górę z ciężką przyczepą (by to ułatwić, automat zostawiał jedynkę do końca obrotów, chyba że wcześniej zmieniliśmy na S lub D). W erze przedelektronicznej prościej się chyba nie dało.

Tym razem, inaczej niż przy opisie W116-tki, nie opowiem wielu historyjek. Owszem, z tego auta też raz ukradli mi radio, też raz wybili tylną boczną szybkę (o dziwo, serwis szyb miał taką na stanie i to nawet niedrogo), a podczas drugiej w życiu wycieczki do Gorlic znów odpadł wydech (w prawie tym samym miejscu co przy pierwszej), ale to wszystko niewiele znaczyło w porównaniu z szewską pasją, do której przez ponad rok doprowadzała mnie zamontowana za namową pana Y.Y., druciarska instalacja gazowa i wieczny stres przy każdym głębszym wciśnięciu gazu: pojedzie, czy wystrzeli i stanie.

Była jeszcze wycieczka do Harrachova „na Małysza”, za namową trzech koleżanek z uczelni, które obiecały tankować auto, żywić mnie przez cały dzień i kupić mi bilet na skocznię, bylebym tylko zawiózł je na miejsce. W końcu pojechaliśmy w dwa auta, z kolegą z podstawówki, właścicielem tuningowanego „Kanciaka”, a później – testowanej przeze mnie kiedyś wanklowej Mazdy. Parę słów na ten temat napisałem już kiedyś TUTAJ, więc nie ma co się powtarzać.

Dwudrzwiową „Beczką” przejeździłem ponad dwa lata, do września 2001r., pokonując 45 tys. km. W tym czasie, oprócz opisanej wyżej ruinacji układu wtryskowego i remontu przekładni nastąpiła jedna obcierka (na ślepym zakręcie jednej z najwęższych ulic w Krakowie, ul. Podgórki, spotkałem się z drugim W123 jadącym z przeciwka: do wymiany migacz i listwa ozdobna), oraz dość mocne wypłowienie lakieru, który był co prawda świeży, ale okazał się być zrobiony – hmm, powiedzmy, że po taniości (różnicę widać nawet na zdjęciach: pierwsze dwa zostały zrobione zaraz po zakupie, kolejne – tuż przed sprzedażą). Potem kupiło ją za 7 tys. dwóch młodych chłopaków spod Opoczna, którzy chcieli pozbyć się gazu i przywrócić motor do dawnej świetności. Podejrzewam, że mogło im się to udać, bo parę lat później, gdy odwiedzałem zamieszkałą w tamtych okolicach rodzinę mojej ówczesnej narzeczonej, a dzisiejszej żony, na jednym ze skrzyżowań przemknęła mi przed nosem brązowa „Beczka” coupé na żółtych tablicach. To trwało zbyt krótko by stwierdzić, czy to na pewno ta sama, ale ja wierzę, że może jednak tak.

Rewelacyjny stan karoserii, wspaniałe wrażenia z jazdy (o ile silnik pracował dobrze), podziw znajomych i nieznajomych, mnóstwo firmowych „delegacji” z dokumentami, wiele fajnych wycieczek i cudownych wspomnień z pierwszej połowy studiów – to wszystko przychodzi mi do głowy, gdy pomyślę o swoim drugim samochodzie. Jednak mimo to, spośród wszystkich aut, które dotychczas użytkowałem, tylko tego jednego dotyczyło znane powiedzenie, że kierowca cieszy się z samochodu dwa razy: najpierw, kiedy go kupuje, a potem – gdy sprzedaje. Wszystkich innych pozbywałem się z większym lub mniejszym żalem, tego jednego – może nie tyle z ulgą, co po prostu beznamiętnie, mimo że tak naprawdę, jako 280CE bez grama rdzy, był prawdziwą perełką.

Wszystkie fotografie pochodzą z rodzinnego archiwum.

Share Button
Napisano w STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI Tagi: , ,
152 comments on “STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: PROFAN-BUTAN
  1. Krass napisał(a):

    Pierwszy!

    Normalnie bananowa młodzież w prestiżowym nadwoziu. 😉

  2. Qropatwa napisał(a):

    To raczej powinien być uraz do wtrysku mechanicznego, a nie LPG:)

    Ja też swoje przeszedłem w tym temacie – miałem kiedyś W201 2.0 + LPG, no i podobne historie. Na szczęście już wcześniej miałem inne auto na LPG, które działało dobrze, a do tego bardzo mało paliło, więc nie zraziłem się do samego podtlenku, tylko do połączenia wtrysku mechanicznego + LPG. To połącznie w zasadzie nie ma racji bytu, na rynku była chyba tylko jedna instalacja Landi Renzo, która pracowała poprawnie, ale już dawno nie jest dostepna.
    Później kupowałem już tylko auta na elektronicznym wtrysku + instalacja sekwencjna, i nie mogę powiedzieć o nich złego słowa. A w Galancie jest już rewelacja – zamontowali mi najszybszą listwę wtryskową na rynku (ponoć daje radę nawet z hondowską B-serią) i podaje LPG aż do odcinki (nie korzystam, ale jest taka opcja w razie czego).

    A Beczka sama w sobie fajniutka – bardzo szlachetny kolor. Też mnie zawsze trochę odrzucała aż tak duża ilość tych drewnianych wstawek we wnętrzu. W C124 wygląda to trochę bardziej elegancko.

    Szkoda, że nie trafiłeś na gażnikowe M110 (156 KM). Wtedy nie byłoby żadnych problemów.

    • SzK napisał(a):

      Wtrysk mechaniczny działa doskonale – ale nie na LPG. Masz rację, że tutaj chodzi wyłacznie o połaczenie tych dwóch patentów, ale wtedy nie byłem tego świadomy. Później, od 2009r., miałem CLK 320 (W208) z dobra instalacja (montował ja pierwszy właściciel z Włoch) i ono śmigało pięknie. Też podawało LPG do odcinki – nawet nie wiedziałem, że może być inaczej (?).

      M110 na gaźniku, czyli model 280C, występował w śladowych ilościach. W sumie nie dziwię się, bo jeśli kogoś było stać na nowe C123, to gaźnik był trochę bez sensu.

      • Qropatwa napisał(a):

        Czasami bywało tak, że już na czerwonym polu gaz zamulał i wtedy sterownik automatycznie przełącza auto na PB. Z tym, że nie wiem czy to „czasami” zależy od typu instalacji, czy od osoby, która montuje gaz – a jak wiesz ma to duże znaczenie:)

        Ja ostatnio rozglądam się za W126 280S, bo to fajne auto do jazdy, a po zagazowaniu też stosunkowo ekonomiczne, ale z powodów, które wymieniasz powyżej znaleznienie takiego właśnie egzemplarza (a jeszcze w dobrym stanie) graniczy z cudem.

  3. Michal napisał(a):

    Fajna opowieść.
    A ja zanabylem kilka lat temu w126 300 se. Gaz już był. KEJet nie wiem w jakim jest stanie bo nie są ogarnięte podciśnienia i kalosz. Jak już jedzie to poprawnie reaguje na gaz (w trybie benzyna) ale skrzyżowanie to nie będę pisał może. Na podtlenku jest ok, tylko obroty na P i N 1500, aby na D były prawidłowe. Strzela raz na rok (są 3 wentyle i na oko nie widać uszkodzeń). Rocznie pokonuje ok 1000 km. To już emeryt i ma nadzieje doczekać drugiej młodości. Aby dystrybutor w KE Jecie sie nie zatarł do benzyny dodany jest olej jak do piły. Na benzynie tylko odpala. Co sądzicie o tym oleju? Auto jeździ tylko „po godzinach”

    • SzK napisał(a):

      O Mixolu różnie mówia. Jedni – że to bardzo dobre, inni – że zapycha wtryski. Znam takich, co jeżdza 400 km rocznie bez Mixolu i nie maja problemów, innym się zaciera.

      Mój mechanik, któremu naprawdę ufam, mówi, że jeśli dwa razy w miesiacu rozgrzejemy porzadnie silnik, to K/KE-Jet będzie wieczny i do tego stosuję się z SL-em. Nie dolewam nic, tylko tankuję dobre paliwo.

  4. Michal napisał(a):

    Tzn. ten olej ma zostawić film na tłoczku kiedy ten pracyje na sucho podczas jazdy na gazie. Kwestię katalizatora pomijam, ekologii też bo rocznie zużywa się poniżej 5 litrów mieszanki.

  5. As napisał(a):

    Koniec lat 90tych to motoryzacyjnie był chyba najlepszy czas na bycie bananowym dzieckiem. Gratuluję auta.
    Swoją drogą też pamiętam, że w latach 90-tych Mercedesy używane nie były szczególnie drogie, w rodzinie w mniej więcej tym samym czasie(około połowy lat 90tych)było W201 i 405, W201 był rok starszy, ale wyraźnie tańszy od Peugeota, tyle, że ten drugi to było 1.9D. W124 8-10 letnie można było wtedy kupić taniej niż obecnie stoją na Giełdzie Klasyków, w którym momencie zaczął się ten mit Mercedesa w Polsce i skok cen?

    • SzK napisał(a):

      To nie jest mit Mercedesa, tylko ogólne szaleństwo na punkcie klasyków – po prostu dorasta i dorabia się pokolenie, które ma piękne wspomnienia zwiazane z tamtymi autami, a nowe jakie sa, każdy widzi. A że Mercedes ma szczególne miejsce na rynku klasyków, to już inna historia.

      Trzeba też zwrócić uwagę na to, że w latach 90-tych te auta aż takie tanie nie były: Beczka za 11 tysięcy była droższa od nowego Malucha. Polonez kosztował w salonie chyba koło 15. Ja miałem po prostu megakomfortowa sytuację rozdzinno-materialna, ale dla większości ludzi to wcale nie było tanio.

      • As napisał(a):

        Bardzo szczególne miejsce, jak czasem zajrzę na strony oferujące klasyki i zobaczę ceny W124 to jestem mocno zszokowany.
        Wydaje mi się, że ta bańka spekulacyjna pęknie, choć i tak te ładne egzemplarz stoją za 15-20% ceny początkowej, czyli w porównaniu do 126p elegantów czy Caro za które niektórzy wołają tyle ile kosztowały w salonie to okazja.
        Tyle, że narzut jest bardzo duży, wiem ile kosztuje standardowe W124 w Niemczech czy Szwajcarii, gdzie ze względów na ograniczenia ekologiczne – no nie mają dużej wartości, a w Polsce, gdzie te same egzemplarze wystawia się ze 100% przebitką.
        Inne auta z tego okresu nie doczekały się takiego kultu, a co za tym idzie takiego windowania cen.

      • SzK napisał(a):

        Piękne auta w DE czy CH kosztuja tak samo jak w Polsce albo więcej. Tylko złom jest za pięć złotych. Zgadza się, że w Niemczech sa ograniczenia w ruchu, ale tylko w miastach i dla starszych diesli. Samochody nietraktowane jak użytkowe i tak nie musza wjeżdżać do centrum, a benzynowe z katalizatorem moga jeździć do woli (katalizator jeszcze parę lat temu zakładało się za 200€ do dowolnego auta). W Szwajcarii i Austrii ograniczeń nie ma żadnych, również w Niemczech nie dotycza zabytków.

        Szukałem w tym roku ładnego youngtimera, w Polsce i całej Europie. U nas ceny sa jedne z niższych, naprawdę – jeśli tylko szukamy czegoś ładnego, z pełna dokumentacja i bezwypadkowego, a nie złomu od Turka.

      • As napisał(a):

        Wiem, że Ty masz inną percepcję pieniędzy bo pochodzisz z bogatego domu, ale apropo ostatnio kuzyn kupił R129 w bardzo dobrym stanie wizualnym i w sumie mechanicznym, choć z uszkodzoną głowica w Szwajcarii za równowartość ~27 000 zł, auto z pełną dokumentacją i przebiegiem niecałe 100 000 km.
        Teraz sam ze swoimi doświadczeniami zgadnij za ile takie auto wystawiłaby Klasyka Gatunku? po detalingu oczywiście.
        To samo z W124, za 2-3 000 euro spokojnie można znaleźć dobre egzemplarze z przebiegami 300-400 000 km, a przecież przebieg dla tych aut nie ma znaczenia.

      • SzK napisał(a):

        Po pierwsze, to nie jest wcale tak, że ja nie liczę pieniędzy, bo liczę je bardzo – nawet kupujac kostkę masła, a co dopiero Mercedesa. Nie zawsze wybieram to, co najtańsze, ale staram się kalkulować, co jest warte swojej ceny, a co nie. Zreszta z SL-em przekroczyłem niestety swój założony budżet (prawie zawsze tak się kończy), ale o tym innym razem.

        Jeśli chodzi o Szwajcarię/Niemcy itp.,, to faktycznie, samochody z uszkodzeniami sa tam warte niewiele i prawda, że czasami można tanio doprowadzić je do porzadku. Testowany kiedyś przeze mnie Jaguar został kupiony w CH za 600 franków, a do wymiany był tylko drobiazg w instalacji wtryskowej. Tak, to jest pole do popisu dla firm sprowadzajacych te auta – tyle tylko, że jest to również ryzyko, bo czasem inwestujac 3 tys zł możesz podnieść wartość auta o 30 tys., a czasami włożysz 30, a auto dalej nie jeździ. Chcac zbadać dany przypadek musisz pojechać na miejsce, a kilka takich wypraw to już sa kolejne tysiace złotych do tyłu, które trzeba klientowi doliczyć.

        Generalnie zabawki typu R129 lub C124 kupuja ludzie stosunkowo bogaci (chociaż niekoniecznie milionerzy), którzy przede wszystkim chca się nimi cieszyć – dlatego szukaja ideału. Oni nawet nie popatrza się na samochód powypadkowy albo ogólnie wyeksploatowany, choćby nie wiem jak ładnie jeździł. Z punktu widzenia przeciętnego kierowcy W124 za 3 i za 13 tys. € różni się niewiele, ale o wartości rynkowej nie przesadza to, że samochód działa i nie jest dziurawy, tylko ogólny stan, na który składa się wiele drobnych szczegółów. One moga być mało znaczace z punktu widzenia użytkowości, ale ich naprawa bywa horrendalnie droga. Przykład: mam w SL-u dwa pęknięte elementy wnętrza – joystick od lusterek i sterowanie prawym nawiewem. To sa bzdurki – kawałki plastiku wielkości paznokcia, tylko że jeden z nich kosztuje w serwisie 300 zł, a drugi – 660. Na Allegro jeszcze nie znalazłem nic, a na ebay.de kosztuja tyle samo, co w serwisie, tylko trzeba jeszcze doliczyć wysyłkę i ryzyko transakcji na odległość, uszkodzenia w transporcie, itp. Na razie jeżdżę z połamanymi, ale kolekcjoner musiałby dołożyć 1000 zł plus montaż. Jeżeli w samochodzie takich bzdurek jest 15, to robia się z tego tysiace złotych, a w Niemczech – tysiace euro (bo to wszystko trzeba jeszcze założyć, bogaty nie zrobi tego sam). W tym leży różnica między autem za 3 i za 13 tys.: po prostu przeciętny człowiek nie zwraca uwagi na takie drobiazgi, ale bogaty ich nie zaakceptuje. On nie chce jeźdić zmęczonym autem z 400 tys km na liczniku.

        Poza tym to nie jest tak, że przebieg nie ma znaczenia: w takich drobnych szczegółach ma znaczenie kluczowe. Każdy element się zużywa, i mimo że auto dalej jeździ i służy taksówkarzowi albo biedniejszemu hobbyście (jak niegdyś moje W116 albo C123), to dla zamożnego kolekcjonera jest nic nie warte, bo on chce okaz muzealny.

      • Rychu95 napisał(a):

        Na zaczepki dotyczące stanu posiadania ciebie lub/i twojej rodziny nie odpowiadaj. Taka dyskusja donikąd nie prowadzi dlatego że Ci nikt nie uwierzy skoro już masz łatkę bogatego to tak będzie, aby to zmienić musiałbyś porównywać zeznania podatkowe na 50 lat wstecz z każdym kto rzuci ci w twarz tekstem „ty to miałeś w życiu łatwiej bo pochodzisz z bogatego domu” choć pewnie następnie i tak byś musiał udowadniać że nie miałeś lewej nie opodatkowanej kasy. W skrócie olej takie komentarze.

        Spostrzegłem że większość komentujących to blogerzy motoryzacyjni, czyżby czytanie blogów motoryzacyjnych groziło blogowaniem?(:

      • SzK napisał(a):

        Mnie nie przeszkadza, co mówia ludzie, bo z ta bananowa młodzieża to maja sporo racji (poza tym, że ja szanuję i doceniam to co mam i uważam to za wielkie szczęście). Reaguję jednak w tych przypadkach, kiedy ludziom się zdaje, że ja nie liczę w ogóle pieniędzy, względnie że nie muszę ich liczyć – bo to bzdura. To, że ktoś jest coś tam powyżej polskiej średniej (chociaż sporo poniżej średniej angielskiej czy francuskiej) w żadnym wypadku nie oznacza, że musi albo nawet może szastać forsa. Nawyk liczenia każdego grosza albo beztroskiego rozwalania każdej ilości pieniędzy jest zależny od charakteru cżłowieka, a nie od stanu posiadania. Jeden zarabia mało i bezmyślnie wydaje na głupoty, drugi śpi na milionach i targuje się o cenę chińskiej koszuli na bazarze (robi tak np. Ingmar Kamprad, właściciel IKEI). Ja zawsze liczę każdy wydatek – nie dlatego, że mogłoby mi braknać pięciu złotych, tylko po to żeby nie marnować własnej pracy. Jeśli uważam, że na jakiś wydatek mnie stać i warto go ponieść, to nie mam problemu z sięgnięciem do kieszeni, ale najpierw próbuję świadomie to sprawdzić. Zapewniam, że podobnie robi większość ludzi znacznie bogatszych ode mnie.

      • truten23 napisał(a):

        No, w Jagu do uruchomienia i zaczęcia jeździć wystarczyło wymienić zawór listwy wtryskowej.
        Ale żeby toto zaczęło cieszyć oko trzeba było zrobić lakier, podsufitkę, naprawę wydechu, wymienić gumki amortyzatorów, jedną z cewek i jeszcze wiele, wiele pierdół które poprzedni właściciel zwyczajnie olał i które poddały się zębowi czasu.
        Gdyby nie to że prawie wszystko zrobiłem sobie sam, pewnie poszedłbym mieszkać pod mostem 😉

        @As pisze o cenach klasyków w Szwajcarii. Z tym bywa różnie.
        Klamot taki jak Jag kiedy jest z nim coś nie tak idzie w cenie złomu. Ale kiedy jest sprawny ceny bywają wyysokie 😉
        Przy czym kupno uszkodzonego auta za cenę „kartonu mleka” i przywrócenie go do należytego stanu może nie być wiele tańsze od kupienia zadbanego sprawnego egzemplarza. No ale o tym to juz decydują czynniki.

      • SzK napisał(a):

        No właśnie dokładnie o tym chciałem napisać, tylko Ty ujałeś to zgrabniej.

      • As napisał(a):

        Szczepan, ale z tego co pisałeś to sam kupiłeś R129 z kategorii tych bliskich ideału od znanych handlarzy z Wrocławia i zaraz wyszła poważna usterka mechaniczna(głowica).
        Na forum MB znane są też przypadki igiełek od nich, gdzie po krótkim czasie np. wiązka elektryczna się rozsypuje w W140, a auta rzekomo miałbyć w stanie rocznego auta.
        Stąd niekoniecznie ten SL za 27 000 zł z padniętą głowicą jest innego sortu niż ten od Klasyki Gatunku za 80 000 zł, choć trzeba im przyznać detaling mają na bardzo dobrym poziomie.

      • SzK napisał(a):

        Głowica była wiadoma od początku, bo był szlam w płynie chłodniczym. Zresztą w tym silniku to jest do przewidzenia, tak jak wiązki elektryczne we wszystkich Mercedesach 94-97 (o ile się nie pomyliłem). Przede wszystkim w tym aucie liczył się stan nadwozia. Wiadomo, że to nie jest muzealna sztuka, bo takie to już są po 40k€ (wystarczy przeglądnąć ogłoszenia w Motor Klassik), ale w Polsce lepszej sztuki nie widziałem. Będzie o tym artykuł, spokojnie.

      • Fabrykant napisał(a):

        @ Rychu95: wypraszam sobie 😉 jestem blogerem fotograficznym.

      • Fabrykant napisał(a):

        Tak. Lata 90-te, zwłaszcza wczesne, kiedy jeszcze nie było tego szaleństwa oldtimerowego, a nawet jeszcze nie było żadnej gazety o oldtimerach (albo słabe), a nawet jeszcze nie było żadnego internetu (albo słaby) był fajnym czasem interesowania się samochodami i kupowania czegoś zabytkowego. W tym czasie kupiłem za jakieś 1000,- zł trzy Zastavy 750. Co prawda żadna nie jeździła. Ale jakie były piękne i tanie!

      • Rychu95 napisał(a):

        @Fabrykant Wybacz:)

        Zastavą 750 nie jeździłem ale 1100 mieliśmy w domu, z tego co pamiętam w skrzyni biegów podobno porsche maczało paluchy przynajmniej tak mi się kojarzy, ale nie wiem na ile to prawda. Zastava to demon prędkości po przesiadce ze skody 100. Za to skoda uodporniła mnie na obecną modę na białe samochody tam nawet podsufitka była biała. Skoda najbardziej nieobliczalny samochód jakim w życiu jechałem, nigdy nie wiadomo było co się zepsuje. Szukanie zwarcia w instalacji co skutkowało rozładowywaniem akumulatora w tempie przegrywania Popka, albo ni z tego ni z owego wyciek płynu hamulcowego podczas jazdy do domu. Podobają mi się stare skody (1000MB, 135 Rapid i starsze) ale po tym co przeżyłem. Podejście jak z obcymi kobietami popatrzeć, podziwiać, nie dotykać. więc Szczepanie każdy musi trafić na auto które pokaże ciemną stronę automobilizmu.

      • Mav napisał(a):

        @Szczepan
        „Przykład: mam w SL-u dwa pęknięte elementy wnętrza – joystick od lusterek i sterowanie prawym nawiewem. To są bzdurki – kawałki plastiku wielkości paznokcia”

        I to jest dla mnie główny powód dla którego od jakiegoś czasu kupuję auta nowe. Mam z tym duży problem – mogę czegoś w aucie nie mieć, ale jak jest to ma działać na 100%. Zawsze i bezdyskusyjnie. Gdy podrapałem jedną felgę to oddałem do malowania wszystkie 4 (żeby na 100% kolor był ten sam), gdy boczek drzwi zaczął skrzypieć na wertepach to wymieniłem wszystkie spinki (na nowe i oryginalne).

        Kiedy oglądam używane auta to mnie na miejscu coś trafia bo słyszę, że jest dobrze, a potem dostrzegam – nie działa podświetlenie nawiewu, skrzypi prawy fotel, pas kierowcy się nie zwija, podgrzewanie fotela działa tylko na plecach, dwa druty na tylnej szybie są zerwane, dysza spryskiwacza jest zapchana, jedna lampa ma zerwane zaczepy żarówki i na wertepach skacze, prawa szyba opuszcza i podnosi się szybciej od lewej, gałka zmiany biegów obdarta, świszczy nawiew… i od razu odechciewa mi się nawet brać auta na jazdę próbną. Oczywiście wg właściciela i wielu ludzi to są „bzdury” i faktycznie nie mają wpływu na bezpieczeństwo ani na jakość prowadzenia, ale mi przeszkadzają.

        W Twoim nowym nabytku denerwowałoby mnie obdarcie pod radiem (pod prawą szczeliną na klucz do wyciągania radia) na „drewienku”, albo ten przewód koło słupka przy kierowcy. O przednim zderzaku nawet nie wspominam.

        Ale ja w ogóle dziwny jestem, bo np. w biurze też codziennie klawiaturę i monitor przecieram ściereczką, co jest powodem do powszechnej konsternacji wśród współpracowników.

      • SzK napisał(a):

        No niestety, nowych klasyków nie sprzedaja, zreszta i tak nie byłoby mnie stać.

      • benny_pl napisał(a):

        Fabrykant: a ostala Ci sie jeszcze jakas mala Zastavka? bo ja to bym chetnie.. 🙂 duza juz mialem 🙂

      • Daozi napisał(a):

        Skoro już było tyle o pieniądzach…
        Drobna uwaga: pozwolę sobie uzupełnić na szybko: minimalna pensja w 1999 – 528 – 670 PLN (zmiana nastąpiła na końcu 1999), średnia – niestety nie mediana – 1706,74 PLN, czyli rocznie 20480,88 PLN. Są to kwoty netto. Bo przyznam, że podane wyżej niewiele mi mówią; w końcu to było 17 lat temu…
        Z tym przecieraniem ściereczką to jak OCD (nerwica natręctw)trochę ;P Bez obrazy. Ale rozumiem; też miałem taki stosunek do auta, przechodzi mi to już. Bo w dużym mieście, bez garażu, niemal nie sposób uniknąć drobnych rys, otarć i innych zewnętrznych niedoskonałości. No a wewnętrzne się pojawiają o ile używa się auta do jazdy – czyli w sumie zgodnie z przeznaczeniem.
        Nowe klasyki pojawiają się czasem na zagranicznych aukcjach. Ceny są tak astronomiczne, że czasami zastanawiam się jak to jest możliwe. Ale kto bogatym zabroni?

      • Mav napisał(a):

        @Daozi
        „Ale rozumiem; też miałem taki stosunek do auta, przechodzi mi to już.”

        Co ciekawe (przynajmniej tak mi się wydaje) to naturalne zużycie nie martwi mnie tak bardzo. Najgorzej kiedy jest coś co uznam za „awarię”, czyli np. rysa na lakierze jest ok, ale wgniecenie naprawiam najszybciej jak mogę. Wygnieciony i wytarty fotel czy „wybłyszczona” kierownica są ok, ale skrzypiący plastik już nie, itd., itp.

        „Z tym przecieraniem ściereczką to jak OCD”

        Co nie przeszkadza mi pracować w przemyśle i wsadzać rąk do smaru, chwytać zarówno brudną stal jak i detale jeszcze mokre od chłodziwa. Ale to na produkcji, w biurze jest czysto i staram się „swoje” otoczenie zachowywać w takim stanie.

      • Fabrykant napisał(a):

        @Benny: Ostała. Ale nadal nie jeździ. Jeśli reflektujesz na pojazd do zmontowania, to daj znać na mail. Właśnie doszedłem do wniosku, że mam za dużo niejeżdżących Zastavek 750.

  6. Qropatwa napisał(a):

    Szkoda, że pod wpisem o W116 nie można już dodawać komentarzy – ale dodam tu. Rewelacyjnie się to czytało, nie wiem dlaczego wcześniej na niego nie trafiłem na ten tekst. Z racji podobnych doświadczeń i wyborów motoryzacyjnych (jedno z moich pierwszych aut to w końcu W123 z 2-litrowym grzechotnikiem pod maską) to mam wrażenie, że mogłem się bardzo dobrze wczuć w tę historię. Nawet kluczyk też mi się kiedyś złamał:D

    • SzK napisał(a):

      Z powodu zalewu spamu już dawno temu wyłaczyłem komentowanie artykułów starszych niż 30 dni. Ale zawsze możesz się do nich odnieść pod młodszymi wpisami – ja nigdy nie mam nic przeciwko offtopom.

      • Qropatwa napisał(a):

        Kupiłeś R129?

      • Aleksander napisał(a):

        A tak z ciekawości, czemu akurat 300? Jesteś tak dużym zwolennikiem rzędowych szóstek, czy wersja silnikowa nie miała znaczenia i liczył się możliwie jak najlepszy stan techniczny?

      • SzK napisał(a):

        Szukałem 500-tki, ale trafił się piękny egzemplarz z silnikiem 300. Tak, mam słabość do szóstek i faktycznie, ona brzmi dla mnie dużo przyjemniej (oczywiście mniej agresywnie, co niektórym się nie podoba) i jest odrobinę oszczędniejsza (wcale zreszta niedużo). To jednak nie była świadoma decyzja że akurat 300-tka – po prostu ten egzemplarz był w najlepszym stanie, a w starym aucie to jest najważniejsze.

      • Aleksander napisał(a):

        Ja lubię wszystko, co ma więcej niż cztery cylindry. Od rzędowych piątek do V12 😉 Dla mnie rzędowa szóstka kręcona do końca brzmi agresywniej od V6, ale spokojniej od V8. No ale SL-a pewnie i tak się nigdy nie kręci do odcięcia, nie o to chodzi w takim modelu.

      • SzK napisał(a):

        Ja w zasadzie też. Ale R6 wolę od V8 (V12 jeszcze nie było mi dane wypróbować).

      • Qbakuba napisał(a):

        SzK, przepiękne R129, musiałem przegapić wcześniejsze informacje 😉 kolorystycznie idealne połączenie!

  7. Cham w Audi napisał(a):

    Powiedzmy sobie wprost – problemy z LPG były normalne w końcówce lat 90-tych i pewnie nawet trochę później. W mniejszych miejscowościach monterzy to byli dosłownie „monterzy” (oni tylko montowali a o regulacji mieli niewielkie pojęcie), montowano najtańsze instalacje, generalnie koszt był jedynym kryterium. Z lat 90-tych nie pamiętam żebym kiedykolwiek spotkał auto pracujące na gazie bez problemów.
    Dlatego w 2006 roku miałem bardzo duże opory by zamontować ten wynalazek do auta żony, ale ona bardzo naciskała. Co prawda koszty jazdy spadły znacznie, jakichś dużych problemów z instalacją przez 10 lat też nie było, ale mimo wszystko parę dokuczliwych wpadek było.
    Dziś wydaje mi się, że świadomość mechaników jest dużo wyższa, a przede wszystkim mają już doświadczenie.

    • SzK napisał(a):

      Dziś mamy instalacje sekwencyjne, sterowane fabrycznym komputerem auta. To jest olbrzymia różnica.

    • truten23 napisał(a):

      Co do gazu bardziej też zmieniła się mentalność użytkowników. Coraz więcej ludzi po prostu rozumie, że żeby zacząć oszczędzać trzeba nie oszczędzać na instalacji.

    • benny_pl napisał(a):

      przesadzacie, mialem prawie wszystko z gazem, zawsze najprostszym mieszalnikowym ze sruba, i wszystko dzialalo lepiej na gazie niz na benzynie (choc mialo mniej mocy) ze wzgledu na to ze to w wiekszosci byly gaznikowce, a z gaznikami i pompkami membrankowymi sa co raz jakies problemy i nic mi nie strzelalo chyba ze byly stare przebijajace kable WN albo swiece z popekana porcelanka (NGK prawie zawsze pekaja, straszny badziew) do wtrysku w CC900 tez mialem najprostszy gaz ze sruba i dzialal idealnie (po odlaczeniu sondy lambda zeby komputer regulowal wolne obroty po obrotach a nie korygowal po lambdzie) a teraz w Mercurym mam Blosa i uwazam ze nic lepszego do gazu niema, a do komputerkow nikt mnie nie przekona bo nie wiem jak sie to reguluje a jeden mialem w Kadecie automacie i dzialalo to gorzej niz sruba ktora zalozylem i bylo dobrze, a spalanie wieksze o litr-dwa na srubie to zadna roznica

      • truten23 napisał(a):

        Benny, „..do komputerkow nikt mnie nie przekona bo nie wiem jak sie to reguluje..”
        Trochę grzybowe podejście, nie uważasz? Oczywiście bez urazy 🙂

        Sekwencyjne wtryski gazu to ogólnie fajna sprawa. Można dawkować paliwo precyzyjnie i czasie praktycznie rzeczywistym zależnie od obciążenia. Z mieszalnikiem ciągle masz albo za bogato, albo za ubogo. Choć przyznam, gaźnik to zło, które dobrze łagodzi się gazem 😉 Na wspomnienie Aisina ciarki mnie przechodzą.
        Idea BLOSa bardzo mi się podoba do gaźnikowców. Choć u nas ponoć jest nie zgodna z przepisami.

  8. maxx304 napisał(a):

    Na pewno świadomość/umiejętności gazowników są obecnie znacznie wyższe, ale partaczy nie brakuje. Kiedy zakładałem gaz do Mondeo MK3, słyszałem opinie że tego silnika się nie gazuje, że bez lubryfikatora nie ma co zaczynać, okazało się, że auto na gazie przejechało już ponad 70 tysięcy kilometrów i jeździ dalej. Problemów brak. Na początku były, bo gazownik założył za duże dysze i auto się dusiło. Po redukcji średnicy dysz Mondeo ciśnie na gazie jak wściekłe, spalanie w trasie to 8,5-9,5l gazu na 100 km, w mieście 12-14l. Silnik 1,8 Duratec HE 125KM. Instalacja STAG-300 ISA2. Dwa razy do roku jeżdzę pro forma na regulację gazu, kiedy robi się cieplej i na początku zimy, jak są niskie temperatury. Jestem bardzo zadowolony, zarówno z kultury pracy silnika, przyspieszenia, jak i kosztów pod dystrybutorem 🙂

  9. RoccoXXX napisał(a):

    Świetnie oddany klimat lat 90-tych. Choć jestem starszy od autora niniejszego bloga – myślę, że o jakieś 5 może 6 lat – to podobnie odbieram ludzi kręcących się wówczas wokół samochodów (co zapewne wynika z tego, że też pochodzę – można powiedzieć –z motoryzacyjnej rodziny). Pan Y.Y, który był milionerem, ale potem wiodło mu się coraz gorzej (bo mentalnie pozostał w starych czasach), cyganie handlującymi autami (pamiętam ich dokładnie z giełdy samochodowej w Warszawie oraz opinie mojego dziadka i taty na ich temat i temat aut, którymi handlowali, a w szczególności pochodzenia tych aut), pan od Beczki 300D, który kupił ją pewnie za pół ceny (być może nawet w dobrej wierze i być może od cyganów) a potem dzięki różnym koneksjom zalegalizował. Takie były czasy i myślę, że jak ktoś tego nie przeżył (np. ze względu na metrykę urodzenia) to nie poczuje klimatu tego wpisu.
    Dodam jeszcze, że w owym czasie posiadałem Mercedesa 190D, rok produkcji 1983. Podobnie jak u Ciebie drewniana gałka od biegów i ohydne srebrne nakładki na rantach błotników. Pomimo, że auto miało już swoje lata to cały czas było w miarę „na bajerze”. Samochód sprzedałem hodowcy chryzantem, który spotykając mnie co roku przed cmentarzem mówił jakie to świetne auto (choć w momencie sprzedaży miało przebieg myślę około 300-400 tys km).
    TAK TRZYMAJ!

  10. SMKA napisał(a):

    Ja mam kilka uwag człowieka który ze starymi Mercedesami nie miał w ogóle do czynienia (co ciekawe, z „francuzami” też do czynienia nie miałem, jestem ich miłośnikiem, bowiem jestem neofitą… choć nie wiem po co to piszę kolejny raz 😉 ).

    -Mam wrażenie że W123 momentalnie zanikł. Ot, te samochody widywałem powszechnie na drogach, chyba nikt ich nie traktował jako zabytki, a tu nagle „pstryk” i W123 prawie w ogóle nie ma. No, ale kiedyś motoryzacją się nie interesowałem, więc może po prostu nie zwróciłem uwagi na stopniowe zanikanie modelu.

    -Co do „automatów”- zdziwił mnie następujący fragment:

    „W większości czterobiegowych automatów występuje układ P-N-R-D-3-2-1”

    Hmmm, zawsze byłem pewien że w prawie każdym automacie, niezależnie od ilości biegów, był i jest układ PRND, który chyba został nawet w USA jakoś prawnie usankcjonowany

    • SMKA napisał(a):

      A, jeszcze coś- co do Diesli w dużych samochodach. Ta tendencja spaczyła nieco mój obraz niektórych samochodów. Przykładowo, często widząc Forda Granadę widywałem ten samochód z Dieslem pod maską (choć „widywałem” to nieco słabe określenie, silnik raczej słyszałem). Stąd też byłem przekonany że Granda często z Dieslem występowała. Dopiero wiele, wiele lat później (niedawno) wyczytałem że Granada z Dieslem stanowiła jedynie niewielką część produkcji.

    • SMKA napisał(a):

      No i kolejna sprawa- czy to stwierdzenie:

      „Jeździł pięknie utrzymanym, granatowym W123 300D z rocznika ’83, ale nie takim zwyczajnym, taksówkarskim, tylko z jasną, welurową tapicerką, elektrycznymi szybami i szyberdachem, ABS-em, klimatyzacją (!!), a nawet – i to było najbardziej niesamowite – pięciobiegową skrzynią!! (o piątym biegu marzył każdy użytkownik tego modelu, a miało go jedynie kilka promil produkcji)”

      Oznacza niezwykłą rzadkość pięciu biegów (jak domyślam się w skrzyni ręcznej) w Mercedesie W123 ogółem, czy może niezwykłą rzadkość pięciu biegów w wersji 300D? Bo po prawdzie, byłem przekonany że sporo W123 miało skrzynie pięciobiegowe. Z tego co wiem na przełomie lat 70. i 80. skrzynie pięciobiegowe nie były już jakimś ewenementem, nawet w samochodach tańszych od Mercedesów (choć oczywiście skrzynie pięciobiegowe to też nie było coś szczególnie często spotykanego w tamtym okresie).

      • SzK napisał(a):

        5 biegów miało kilka promil produkcji W123.

        Generalnie nabywcy Mercedesów mieli tendencję do zamawiania podstawowych wersji, a one były bardzo ubogie. Wtedy klima, elektryka albo piąty bieg były tym, co dzisiaj automatyczne parkowanie albo asystent pasa ruchu – konserwatyści nie znosili takich bajerów. Na liście opcji – owszem, były, ale prawie nikt ich nie zamawiał (poza USA, bo tam większość klientów zaznacza hurtem wszystkie opcje na zamówieniu, nieraz bez patrzenia o co chodzi). Pisałem już o tym w „50-ciu twarzach Mercedesa”.

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        Szczepanie , nie zapomina tez o rynku Szwajcarskim gdzie praktycznie wszystkie auta to full opcje w automatach

      • SzK napisał(a):

        Mój SL jest ze Szwajcarii i jest bardzo daleki od full opcji 🙂

    • Padalec napisał(a):

      Twoje wrażenie nagłego zniknięcia W123 z dróg pokrywa się z moimi obserwacjami. Jest nas dwóch. Może kwestia taksówkarzy którzy hurtowo zmieniali samochody np. po obniżeniu haraczy urzędowych za zachodnie używki? Zawsze jakieś wytłumaczenie. Z drugiej strony mogły zwyczajnie wygnić.
      Niedawno rozmawiałem ze znajomym znad wschodniej granicy, że beczki nagle wyparowały (szukał takiego samochodu), no i nie do końca się zgodził. Sprawa regionalna? Większego stężenia starych Mercedesów tam nie stwierdziłem.

      • Streetu napisał(a):

        Wydaje mi się, że dużo wspólnego z tym może mieć napływ używek po 2004. Wiele aut wtedy nagle zaczęło znikać z naszych dróg.

      • Jakub napisał(a):

        Nie wydaje mi się. Ostatnie beczki na taryfie widywałem koło 2009-10 roku, więc już kilka lat po wejściu do unii. I czy gwałtownie zniknęły? Z taksówek- tak. Zastąpiły je W124, które chyba zupełnie nie znikną nigdy. A w cywilu? Tu bym polemizował, znikały raczej dość płynnie.

        Za to autami, które zniknęły praktycznie z dnia na dzień były Kadetty E i Golfy I. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie- pełno, pełno, pełno- zero.

    • Daozi napisał(a):

      Też odniosłem wrażenie, że W123 zniknęły z ulic dość szybko i nagle. Moje przypuszczenie, to korozja. Jeżeli w takim aucie coś zaczynało gnić po około 15 latach powiedzmy, to w krótkim czasie większość rocznika szła na złom; nieliczne były dobrze zabezpieczone. Tak samo było np. ze Sierrami – kiedyś było ich dużo i nagle ciach – zniknęły.
      A może chodziło o odsprzedaż Mercedesów do Afryki? Tam korozja to mały problem, a gro starych trafiło właśnie tam.

      • Michal napisał(a):

        Ha! A ja mam kadetta E na gaźniku. Pierburg 2E3 to rewelacja, kosmos i demon werwy przy elektrycznej przepustnicy. Jest sprawny,nie ma rdzy aż sie ludziska dziwują, ale to ulep. Za to rewelacyjnie świecą ori lampy bosch. Zero kompleksów nawet przy nówka sztukach. I też zniknie, zbyt zamęczony. Jak przyjdzie na to czas oddam za free co kto chce z niego. Reflektory jak z fabryki z el reg.

  11. Yossarian napisał(a):

    heh, „profan-butan” – ze wszystkich określeń na LPG to jest jedno z lepszych 🙂 Będę używał 🙂

  12. ;) napisał(a):

    LPG Lepsze Paliwo Głupcze 😉
    Profan butan Nie słyszałem 🙂

  13. Michal napisał(a):

    To komentarze mogą pojawiać się nie tylko na końcu ?

    • SzK napisał(a):

      Jak wciśniesz „odpowiedz”, to robi się drzewko. Kiedyś robiłem ankietę wśród Czytelników i taka opcja wygrała.

  14. Qropatwa napisał(a):

    No tak – wiązki elektryczne silnika to w Merolach z początku lat 90. spory problem. Tylko ponoć to już szło od 1991 roku – do 1997 właśnie. Kable posiadają biodegradowalne osłonki, więć potrafi to narobić niezłych szkód. Pierwsza rzecz po zakupie np. W124 z np. 1993 roku to wymiana tego cholerstwa na nową wiązkę. To coś jakby rozrząd na start;) Z tym, że ten ostatni to akurat w tym przypadku jest na tyle trwały, że nie potrzebuje ingerencji.
    A co do R129 to powinienieś im zrobić z dupy jesień średniowiecza. Auto jest nawet opisane jako „bez wad ukrytych”. Niezgodność towaru z umową.

    • SzK napisał(a):

      Podobno w M104 te wiazki były dopiero przy wersji 3,2, czyli od 1994r. Może w innych silnikach dawali takie już wcześniej, nie wiem, ale 300-tki nie maja ponoć tego problemu. Poza tym te wiazki zmienia się raz, bo te dostępne później już też były dobre, a dzisiaj już praktycznie wszystkie egzemplarze maja to za soba, bo 20 lat te oryginalne nie wytrzymywały.

      A co do auta, to jeszcze nic o nim nie napisałem, a już wszyscy najlepiej wszystko wiedza. Opiszę to kiedyś dokładnie, to pogadamy.

    • Michal napisał(a):

      !!! Biją naszych !!!

  15. Paweł napisał(a):

    Kolejny wspaniale napisany artykuł Szczepanie! Dziękuje!
    Moim pierwszym samochodem było Audi 80 1.6 z 1980 roku. Kupiłem go w 1997 za niecałe 6 tyś.
    Potem w 1998 wreszcie miałem szanse stać się posiadaczem wymarzonej granatowej W123 200D i to z 5-biegową skrzynią!
    Ale niestety właściciel zmienił zdanie na temat sprzedaży i…
    Kupiłem Audi 5000S 2.3E z pełnym wyposażeniem (łączne z fotelami z pamięcią, automatem i klimatyzacją) do tego Audi był kilka lat młodszy i tańszy, a do tego jak to w Audi brak rdzy! A ten dźwięk 5-cylindrowca :))) – radio nie było potrzebne.
    Piękne to były czasy, życzę każdemu młodemu kierowcy takich wspomnień i takich wspaniałych samochodów.

    • SzK napisał(a):

      200D z 5 biegami to jest dopiero hipsterstwo. Ciekawe, czy na piatce w ogóle się uciagał 🙂

      • Paweł napisał(a):

        Pamiętam jak na jeździe próbnej rozpędziłem go do 128km/h – było troszkę z górki 🙂
        Takich wrażeń się nie zapomina.

      • benny_pl napisał(a):

        ja do swojego DFa zalozylem skrzynie 5 z poloneza 😉 i na 5 biegu dalo sie co najwyzej utrzymac predkosc, albo zwalniac, nawet z gazem w ziemi, wiec w praktyce tej 5 nigdy nie uzywalem 😉

  16. RoccoXXX napisał(a):

    Właśnie doczytałem w komentarzach, że kupiłeś R129 – gratulacje. Twój egzemplarz potwierdza tezę głoszoną przeze mnie, że kolor auta „robi robotę” (zarówno na klasyku jak i samochodzie współczesnym). Ostatnio udało mi się zdobyć prospekt SL73 – może pokażemy to na autoArchiwum.

  17. Aleksander napisał(a):

    Fajna ta beczka 😉 Moim zdaniem trzeba kupować takie samochody, nawet jeśli z ekonomicznego czy praktycznego punktu widzenia są beznadziejne, żeby na starość nie żałować, że się tego nie zrobiło.

    Wiadomo co to za przedni zderzak? Od jakiegoś renomowanego niemieckiego tunera z epoki, czy jakiś chiński zmiennik?

    Raz we współczesnych czasach jechałem odrestaurowaną beczką 300D sedan z automatem. Nieprawdopodobne jak bardzo ten samochód jest inny od dzisiejszych. Duży prześwit, wysoki profil opon, miękkie zawieszenie o dużym skoku, sprężyny w siedziskach foteli i nie czuć żadnych dziur. Większe przeszkody, jak progi zwalniające, były zamieniane na bujanie nadwozia, ale nigdy żaden wstrząs. Same fotele dawały wrażenie siedzenia w babcinym salonie, a nie w samochodzie. Przy tym wszystkim, teoretycznie konkurencyjne BMW serii 5 E12 i E24 są dosyć „normalne” w porównaniu do nowszych samochodów.

    Ja ze swoim pierwszym samochodem miałem chyba jeszcze więcej małych i dużych problemów, mimo że nie było LPG. Ale jak już czasem wszystko działało, to dawał tyle frajdy, że zdecydowanie kupił bym go jeszcze raz 😉

    • SzK napisał(a):

      E12 nigdy nie było konkurentem W123. Tak wydaje się dzisiaj, ale to tylko nasza ekstrapolacja obecnej sytuacji w przeszłość: dziś BMW rywalizuje z Daimlerem, to pewnie 40 lat temu też tak było. Otóż nie było – to był zupełnie inne samochody i przede wszystkim inni klienci. W123 w zasadzie nie miało żadnych konkurentów (poza może Volvem 2xx) i między innymi dlatego osiagnęło taki sukces rynkowy. Pisałem o tym w porównaniu sytuacji Daimlera z 1980-tego i 2012-tego roku.

      • As napisał(a):

        A Peugeot 505? też auto legendarnie trwałe mechanicznie, tylnonapędowe i komfortowe i podobnie gnijące.
        Myślę, że grupa docelowa była podobna.

      • SzK napisał(a):

        Podobnych przykładów można kilka znaleźć, ale spróbuj się spytać statystycznego pierwszego właściciela W123 jakie alternatywy brał pod uwagę – sadzę, że przynajmniej z dwie trzecie powiedziałoby, że żadne 🙂 Mnie nie chodzi o to, że inne auta tej wielkości były gorsze, tylko o sytuację na rynku. W123 i wcześniej W115/114 były jedynymi w Europie samochodami tej klasy, które na swoim krajowym rynku zostały na pewien czas bezwzględnymi liderami sprzedaży pokonujac modele klasy kompakt i miejskiej. Nie dlatego, że więcej klientów było na auta drogie niż na tanie, tylko właśnie dlatego, że tanimi segmentami dzieliło się wielu producentów, a ten droższy Mercedes zgarniał cały dla siebie.

      • Aleksander napisał(a):

        Wiem, czytałem, pamiętam 😉 Dlatego napisałem „teoretycznie konkurencyjne”. Może lepiej było napisać po prostu „z tego samego segmentu”. Niefortunne porównanie wyszło stąd, że wiem jak jeździ stare BMW i stary Mercedes, ale nie miałem przyjemności obcowania ze starym Volvo.

        Co do Peugeota to regularnie widuję w ruchu miejskim ładnie zachowany egzemplarz 504 Pickup z plandeką. Ciężko powiedzieć, czy jakiś stary rzemieślnik wozi coś na pace, czy jeździ bo lubi. 504 Coupe uważam za naprawę ładne. W123 do dzisiaj często widuję sedany i coupe, kombi wyraźnie mniej. Ostatnio widuję beczki coupe z oponami z białym paskiem. Myślę, że w ten sposób właściciele chcą podkreślić klasyczność swoich beczek, bo samo malowanie opony jest raczej znacznie starsze 😉 Opony z białym paskiem widuję jeszcze na Rolls Roycach Silver Seraph, a to już lata 90-te. Może to jakaś tradycja.

      • SzK napisał(a):

        Peugeoty 403/404/504 można uznać za bardzo podobne ideowo, miały nawet silniki Diesla (jako jedyne w Europie sprzed kryzysu naftowego, poza Mercedesem) i nadwozia kombi (w Mercedesie niedostępne przed 1978r.). W Afryce jeżdża do dzisiaj, tak jak W123. Ale europejski rynek – oczywiście poza francuskim i częściowo beneluxowym – miał na ten temat inne zdanie. Ja tutaj nie chcę wartościować i przekonywać, że jedno było lepsze od drugiego (bo znów ktoś zacznie mnie wzywać od -filów i -fobów), tylko mówię o opiniach rynku odzwierciedlonych w wielkościach sprzedaży.

        P.S. Opony z białym bokiem oryginalnie stosowano do lat 60-tych, zakładanie ich do późniejszych aut uważam za czyste pozerstwo.

      • Aleksander napisał(a):

        Jednak Silver Seraph pewnie wyjeżdżał z salonu na takich oponach. Ich właściciele często mają je od nowości i wątpię żeby interesował ich tuning, klasyczność czy inne hipsterstwo 😉

        Kiedyś za to słyszałem, że w Rolls Roycach (nie pamiętam czy Silver Shadow albo Silver Spirit) masowo były wymieniane wewnętrzne zegarki przez właścicieli, bo te fabryczne tykały za głośno.

      • SzK napisał(a):

        Tak, były fabryczne, co nie zmienia mojej opinii, że to pozerstwo 🙂 Zreszta białe boki opon zawsze służyły jedynie estetyce.

        Co do zegarka, to w lipcu w pewnym sensie obaliłem ten mit, bo w wypróbbowanym przeze mnie Corniche’u silnik było słychać bardzo wyraźnie. Tyle tylko, że to był cabriolet – w limuzyna miała na pewno lepsze wytłumienie.

      • SMKA napisał(a):

        O ile Peugeot 505 bardzo mi się podoba (kanciasty, pudełkowaty, sedanowaty, francuski, agresywnie wyglądający, z przełomu lat 70. i 80., dla mnie ideał 😉 ), to jednak raczej nie wrzucał bym go do jednego wora z Mercedesem W123. Mam wrażenie że jednak Peugeot był postrzegany jako bardziej „plebejska” marka od Mercedesa. Z drugiej strony, jestem Polakiem, a mam wrażenie że motoryzacyjne stereotypy i archetypy zakorzenione w głowie Polaka mogą być inne od tych znajdujących się w głowie zachodniej (żelazna kurtyna). Przykładowo, nie zdziwił bym się gdyby stereotypy i archetypy motoryzacyjne u Polaków pochodziły z późniejszego okresu niż te u ludzi na zachodzie (na zachodzie chyba pochodzą z epoki chromu, u nas raczej z epoki plastiku).

        Przykładowo, ja Forda nigdy nie postrzegałem jako marki bardziej „plebejskiej” od Peugeota i Citroena, stąd też jak zacząłem interesować się zabytkową francuską motoryzacją, to często porównywałem francuskie pojazdy do europejskich Fordów (może aż za często), podczas gdy dzisiaj zauważam że Ford był chyba postrzegany na zachodzie jako bardziej „plebejski” od Peugeota i Citroena (jestem pewien że tak było w Wielkiej Brytanii, ale tu dochodzi to że brytyjskie Fordy mogły być postrzegane jako produkt krajowy, co mogło zmniejszać „elitarność”). Z drugiej jednak strony, o ile Ford w epoce chromu stosował silniki V6, to Francuzi stosowali praktycznie wyłącznie silniki R4… no, ale samo V6 nie oznacza jakiegoś wielkiego prestiżu. Podobno (było tak w artykule z Automobilisty o Fordzie Granada) mówiono nawet że Ford produkuje samochody 6 cylindrowe w cenie 4 cylindrowych i o prestiżu 2 cylindrowych.

        Rany, ale się rozpisałem. To może jeszcze dodam że według tego samego artykułu cena Forda Granady z silnikiem 2,3 litra V6 nie przekraczała 2/3 ceny 4 cylindrowego Mercedesa w podstawowej wersji (nie chce mi się teraz szukać, ale prawie na pewno chodziło o W123).

      • SzK napisał(a):

        We Francji były zawsze ogromne podatki od dużych silników – to wiele tłumaczy.

        A „prestiż” to chyba najbardziej subiektywna rzecz na świecie.

      • mql napisał(a):

        Znowu trochę nie w tym miejscu, ale ‚odpowiedz’ nigdzie indziej nie ma.
        Powiedziałbym, że z Francuzów nieco bliżej był Peugeot 604, bardziej ‚kanapowaty’ niż 505 (który chyba celował właśnie w Granadę, R30, Rekorda itp.), choć oba były w zasadzie w tym samym segmencie i pokrywały się w czasie.
        Potwierdzałaby to kolejność w PRL-owskim na świeczniku – niżej od przedłużanego(-nych?) Volvo 700 ale wyżej od Wołg, Fiatów 132 i Polonezów 2000. 604 występowały pojedyncze sztuki a 505 jeździło większe stadko.

      • ndv napisał(a):

        Gdzieś kiedyś trafiłem na test Peugeota 604. Tylna kanapa przestronniejsza niż w ówczesnej S klasie (nie pamiętam czy W116 czy W126), ponoć wysoki komfort ale w porównaniu do Mercedesa krytykowano detale jak przełączniki czy inne pierdoły.
        Swoją drogą polecam (poraz któryś już) stronę https://www.flickr.com/photos/triggerscarstuff/ z masą skanów testów sprzed lat. Niektóre porównania są dosyć dziwne z dzisiejszego punktu widzenia, jak np: Ford Scorpio zestawiony z BMW 7 czy Bentley z Jaguarem, Mercedesem i Lexusem.

        Do 505 Peugeoty kombi były dość wyjątkowe, dłuższy rozstaw osi, wzmocnione tylne zawieszenie (sztywny most zamiast wahaczy). I jeszcze Dangel chociaż nie mam pojęcia czy wersje 4×4 były dostępne przez sieć Peugeota.

  18. Pat. napisał(a):

    Nie sluchaj tych glupot o bananowej młodzieży i podliczaniem Twojego stanu posiadania. To sa komenatrze ludzi dymajacych za max 2000 netto i wscieklych na to, ze nie sa tam gdzie by chcieli.
    Prawda jest taka, ze w latach 90 ciezko bylo sie czegos nie dorobic. Trzeba bylo byc totalnym tlumokiem i leniem. Przespac najlepszy okres w polskiej gospodarce, gdzie rynek lykal wszystko jak leci. Pretensje mozecie miec do siebie, do swoich rodzicow. A teraz obrzucacie gownem ludzi ktorzy maja cos wiecej niz wy, bo zamiast walic jabole po szkole to poswiecali czas na nauke. Podejrzewam, ze SzK nie jest osoba ktora sie ”dorobila” na przekretach. Ale nie zapominajmy, ze zyjemy w kraju gdzie glowne motto ludzi to „niech pada na moje pole, a na sasiada slome”.

    Nie zawracaj sobie glowy pluciem sie zgorzknialego planktonu. Gowno ich obchodzi czy kupujesz maslo w biedrze za 3zl czy w delikatesach za 13.
    Wybacz za offtop ale juz mam dosyc tej zawiści.
    Komus sie nie podoba miejsce w ktorym jest? To trzeba ruszyc tylek a nie siedziec przed telewizorem i narzekac. Lepiej sprobowac i zalowac niz zalowac, ze sie nie sprobowalo.

    • SzK napisał(a):

      Nie czuję na tym forum żadnej zawiści ani hejtu.

      Określenie „bananowa młodzież” nie padło w kontekście obraźliwym i sam przeciwko niemu nie protestowałem, bo faktycznie miałem bardzo dobrą sytuację materialną i ułatwiony start w życie wynikający z prowadzenia przez tatę firmy (jej dzieje kiedyś tutaj opisałem). Zareagowałem tylko na post mówiący, że ja nie muszę liczyć pieniędzy, bo tak wcale nie jest – ale nie mam za złe jego Autorowi, że mu się tak wydawało. Po prostu sprostowałem i tyle.

      I nie – nieprawda, że każdy człowiek, któremu się słabo wiedzie, jest sam sobie winien. Wielu na pewno tak, ale nigdy nie zgodzę się, że każdy.

      Proponuję, żebyśmy ostudzili emocje i pogadali o samochodach.

      • Pat. napisał(a):

        Nie napisałem, ze kazdy zarabiajacy 2 kola to smierdzacy len. Niektorzy maja rozne definicje szczescia nie do konca oznaczajaca status materialny.
        Nie chodzilo mi o konkretny komentarz „bananowa mlodziez w prestizowym nadwoziu” czy jakos tak tylko wydźwięk niektorych komentarzy ponizej.
        Odnioslem sie do ludzi ktorzy Cie podliczaja, dla ktorych definicja szczęścia jest glownie pieniadz. Pieniadz ktorego nie maja i winia za to wszystkich tylko nie siebie.
        Jasne, nie kazdy mial rowny start i z rynsztoku trudniej dojsc „na szczyt” niz osobie ktora urodzila sie w rodzinie lekarzy. Lecz nie jest to nienozliwe i ten „szczyt” moze byc w ciut innym miejscu, niekoniecznie w nowej S klasie. Wazne jest to zeby probowac i sie nie poddawac a nie szczekac na kazdego jakby ich sukces byl przyczyna mojego niepowodzenia.

      • benny_pl napisał(a):

        hmmm ja zarabiam 2tys i jestem bardzo szczesliwy 😉 w zasadzie wczesniej, 10 lat zarabialem ok 1500zl i nadal z tego odkladalem i mialem przez ten czas niezliczona ilosc samochodow :), a 2tys to juz bardzo duzo pieniedzy 🙂

      • benny_pl napisał(a):

        a wogole to zaczynalem od jakis 670zl bo taka byla najnizsza krajowa a i tak bylem zadowolony 🙂
        bycie zgorzkniala maruda nie zalezy od tego ile sie zarabia, poza tym mozna pracowac w zasadzie gdzie sie chce, wystarczy chciec sie czegos nauczyc i szkola tu niema zadnego znaczenia, bo tam sie w zasadzie niczego nie uczy

      • Aleksander napisał(a):

        Tak dla rozluźnienia jeszcze to spotkałem kiedyś faceta (to było jakieś 6-7 lat temu i wyglądał na 19-23 lata) który kupił Hondę Civic IV. Mówił, że zapłacił za nią jednym banknotem 200 zł, dostał 150 zł reszty i jeszcze nigdy wcześniej nie miał samochodu w tak dobrym stanie 😉 Słyszałem o taktyce polegającej na kupowaniu ekstremalnie tanich samochodów, całkowitego braku serwisowania i jeżdżenia do pierwszej awrii.

      • benny_pl napisał(a):

        ja tam kupuje samochody takie na ktore mam ochote, max do 1700zl (taki najdrozszy mialem- Frontere A) w najlepszym mozliwie stanie blacharskim ale w rozny prosty sposob zepsute – np zepsuty silnik, sprzeglo, skrzynia itp. silnik do 20 letniego samochodu kosztuje zazwyczaj 200-300zl, a skrzynia jeszcze taniej, wiec prawie darmo, poza tym podremontowuje sobie, wymieniam plyny, robie zaprawki albo jakies latki wspawuje i jezdze az mi sie trafi jakis inny samochod ktory sobie wyremontuje w miedzy czasie i okaze sie fajniejszy, choc zazwyczaj sie nie okazuje i ten „w miedzy czasowy” sprzedaje i kupuje znow inny. takich „glownych” to mialem dopiero 3 – DFa, CC900 i teraz Fieste.
        Kadett w automacie mial byc glownym ale okazal sie zbyt zgnity strukturalnie (tylne podluznice) i sprzedalem

      • Aleksander napisał(a):

        @Benny, niesamowite podejście do tematu, ale jednak nie dla mnie 😉 Nie umiem nic sam robić, ale nie czuję nawet takiej potrzeby. Domyślam się, że tak starym i tanim samochodom często coś dolega. Jesteś w stanie oszacować, ile przeciętnie godzin tygodniowo spędzasz na naprawianiu samochodów (łącznie, tymczasowe i główne)? Ciekawe czy jakby do ceny samochodów doliczyć to, co możnaby by zarobić w czasie kiedy się je naprawia, to czy jest to uzasadnione z samego ekonomicznego punktu widzenia. Oczywiście rozumiem, że samo naprawianie może dawać satysfakcję. Ja zawsze uważałem, że zakup droższych egzemplarzy opłaca się bardziej, bo mniej trzeba na nie wydać.

      • benny_pl napisał(a):

        jestem w stanie oszacowac – remont „glowny” CC900 czyli wymiana zdechlego zespolu napedowego 700 na sprawny 900 – to zupelnie inny sillnik ze skrzynia poprzecznie a nie wzdluznie, inna elektryka + komputer + chlodzenie, wydech, sterowanie biegami, poduszki i troche drobnych pierdol to lacznie 4 dni pracy z kolega do pomocy – jeden dzien to rozebranie cc900 „dawcy” w taki sposob zeby nic nie zniszczyc, drugi dzien rozebranie CC700 biorcy tak zeby nie uszkodzic budy, i kolejne 2 dni na zalozenie zespolu napedowego z cc900 i uzbrojenie calosci.
        samemu:
        wymiana progow (2 strony) to 2-3 dni razem z wycinaniem wspawanien, szpachlowaniem i malowaniem
        wymiana nadkola blotnika 1szt – 1 dzien
        wymiana silnika – 1 dzien lub 2 wieczory
        drobiazgi – jedno popoludnie po pracy

        co do czestotliwosci napraw – „zone oszukasz, matke oszukasz, ale mechaniki nie oszukasz” czyli jak zrobisz byle jak to zaraz bedziesz musial poprawiac, a jak zrobisz dobrze to jest i jest. ja tam jak kupie samochod, poswiece pare dni/wieczorow na doprowadzenie go do ladu to jezdze i jezdze i nic sie nie psuje miesiacami
        Mercurym Villagerem bylem niedawno nad morzem (600km) i z powrotem, bez najmniejszych problemow, Fiesta tez jestem w stanie pojechac gdzie tylko zechce bez najmniejszego strachu i nie naprawialem w niej nic od czasu wymiany silnika (bo z zajechanym ja kupilem) + zaprawki

        oczywiscie w tym czasie mozna robic jakas dodatkowa prace, jednakze wiekszosc osob w tym czasie siedzi bezproduktywnie przed telewizorem/komputerem albo chleje, ale kazdy robi co lubi i tak byc powinno 🙂

      • Aleksander napisał(a):

        Czyli na utrzymanie takiej floty potrzeba poświęcić mniej więcej pięć dni raz na parę miesięcy? Mniej niż się spodziewałem, a jeżeli do tego samo naprawianie daje Ci frajdę, to wszystko razem wygląda sensowniej niż myślałem 😉

      • benny_pl napisał(a):

        w zasadzie tak, oczywiscie doliczyc trzeba pare dni na doprowadzenie do ladu auta po zakupie czyli wymiane plynow, filtrow, paska rozrzadu, zwykle doprowadzenie do ladu elektryki oraz przede wszystkim porzadne wyczyszczenie rdzy (rowniez pod podloga a wiec wyjecie foteli, wykladziny, wywalenie zawsze namoknietych gabek wygluszajacych, wyczyszczenie i wymalowanie podlogi, i zrobienie innych zaprawek, czasem jakis latek w podlodze czy gdzies, no ogolnie po zakupie to z tydzien roboty wieczorami po praci i wekend samemu, ale jak mowilem ja to lubie 🙂 a poza tym jak sie dobrze z poczatku zrobi to sie jezdzi i jezdzi, no chyba ze sie kupi strasznie zapuszczonego parcha, ale ja juz mam dosc spore doswiadczenie i wiem czego nie kupowac 🙂

      • benny_pl napisał(a):

        oczywiscie w zimie albo w deszcz (tak jak dzisiaj) prace przy samochodzie sa mniej przyjemne, ale satysfakcja i tak duza, a dzis w deszcz akurat zdejmowalem miske oleju automatu w Mercurym bo Zonka ja wczoraj rozwalila i zauwazyla to jak samochod przestal jechac.. no i ją dzis odkrecilem, wyczyscilem, pospawalem i zalozylem i nalalem ATFu i o dziwo nic sie nie zepsulo od braku oleju i skrzynia dalej dziala! takze cud, teraz trzeba kupic nowy olej i filtr i uszczelke i to zmienic bo nalalem jakiegos niebardzo wiadomo jakiego ATFu na probe

    • Daozi napisał(a):

      @Pat: „Prawda jest taka, ze w latach 90 ciezko bylo sie czegos nie dorobic. Trzeba bylo byc totalnym tlumokiem i leniem”
      Aż skomentuję: piszesz bzdury i generalizujesz w sposób uwłaczający innym. Nie będę się rozpisywał o mojej sytuacji rodzinnej, ale z doświadczenia wiem, że jest to najzwyczjaniej w świecie nieprawda. Zresztą gdyby było tak jak mówisz, to dorobiłoby się o wiele więcej osób niż w rzeczywistości. Pierwszy przkład z brzegu – historia producentów makaronu Malma i ich bankructwa…
      I nie – nie zarabiam 2000, nie czepiam się również tego, że ktoś jeździł Mercedesem w wieku 19 lat. Są ludzie, którzy jeżdżą w tym wieku nowymi Lamborghini – na świecie nie ma równości i nigdy nie będzie. Ale pisanie głupot w stylu: a, jesteś biedny bo jesteś głupi i leniwy, można wybaczyć ośmiolatkowi a nie osobie dorosłej.
      I wiem, że nie pieniądze decydują o szczęściu, chociaż są niestety istotnym czynnikiem poprawiającym dobrostan.

  19. Aleksander napisał(a):

    Kolejny artykuł i komentarze sprowokowały mnie do długich przemyśleń nie na temat 😉

    Dla mnie nie do pomyślenia, że beczka może kojarzyć się z bananową młodzieżą. Kiedy ja zrobiłem prawo jazdy i wchodziłem w świat automobilizmu W123 było już bardzo tanie, dostępne dla każdego, niezależnie od wersji, ale nie uchodziło jeszcze za klasyka.

    Nie podobają mi się złośliwosci o bananowej młodzieży. Proponuję spojrzeć na to z drugiej strony. Ta straszna młodzież musi włożyć bardzo dużo pracy, żeby w przyszłości utrzymać poziom życia, do którego są przyzwyczajeni. Nie wystarczy pójść do pracy od razu po technikum i całe życie zawodowe spędzić w jednym zakładzie na tym samym stanowisku. Trzeba skończyć przydatny kierunek studiów na dobrej uczelni, znać języki i umieć rozmawiać z ludźmi. A własne rodzinne, małe ale dochodowe przedsiębiorstwo to zwykle praca po 12 godzin dziennie, czasem 7 dni w tygodniu.

    Więc tacy co większość życia planują przesiedzieć przed TV z piwem w ręku (zgaduję, że oni najwięcej gadają o bananowej młodzieży) zamiast zazdrościć powinni się cieszyć, że nic nie muszą, nie mają presji i mogą dalej marnować swoje życia 😉 Nawet jeśli w życiu zawodowym nie osiągną zupełnie nic, to poziom życia i tak się nie obniży. Więc jak chodzi o luksus beztroski, to klasa robotnicza jest w bardziej komfortowej sytuacji od bananowej młodzieży, więc skąd ta zawiść?

    To że jeden banan nie miałby jakiegoś Mercedesa, to wcale nie poprawiłoby jakości życia tego drugiego zawistnika 😉 Moim zdaniem zamiast zwalać winę za życiowe niepowodzenia na wszystko do okoła i wytykać całemu światu niesprawiedliwość, lepiej po prostu ruszyć tyłek z kanapy i wziąć się do roboty 😉

    Dobrobyt rodzinny nie spada z nieba, nie bierze się z siedzenia na kanapie, ani ze stania pod sklepem i nigdy nie przyjdzie sam z siebie.

    • Pat. napisał(a):

      Idealnie dopelniles moj komentarz. Mozesz juz wyjsc z mojej glowy, dziekuje. 😉

      • Aleksander napisał(a):

        Właśnie nie zauważyłem tego Twojego wcześniej, inaczej pewnie bym nie pisał żeby nie powtarzać tego samego i nie nakręcać się wzajemnie za bardzo 😉
        P.S. To wszystko nie było o nikim konkretnym, tylko tak ogólnie, bo od dawna irytuje mnie zawiść.

    • ndv napisał(a):

      Kolega ze studiów (+-10 lat temu) jeździł białym w123 w klekocie. Z pamięci był to straszny złom, kupiony chyba bardziej dla picu niz z potrzeby za jakieś grosze. Nie pamiętam, chyba koło 1000 PLN. Z jakiegoś powodu w zimie nie jeździł, nie pamiętam czy z powodu łysych opon, niemożliwości odpalenia silnika czy czegoś innego. W tamtym okresie części do tego ponoć były śmiesznie tanie bo jeszcze się walały po kątach magazynów a beczek już nie było więc popyt spadł niemal do zera. A najlepsze, że sprzedał to z zyskiem do Afryki 🙂

      I nie napinajcie się z tą bananową młodzieżą: raz że człowiek za gówniarza się wieloma rzeczami w ogóle nie musi przejmować i może szaleć (co generalnie mija) a dwa, jeśli komuś się wydaje że jego miejsce we wszechświecie zależy tylko i wyłącznie od niego to jest w grubym błędzie.

      • Aleksander napisał(a):

        Co do miejsca we wszechświecie to ja o widzę tak: Jest wiele czynników losowych na które nie mamy wpływu. Jednak swoimi działaniami bardzo silnie wpływamy na prawdopodobieństwo wystąpienia sukcesu czy porażki. Oczywiście, może się zdarzyć, że nie z naszej winy, mimo najlepszych starań następuje porażka. Ale taka świadomość w żadnym wypadku nie może usprawiedliwiać odpuszczenia, lenistwa itp.

      • Daozi napisał(a):

        Co do miejsca we wszechświecie to po pierwsze bywają czynniki zewnętrzne, które mogą złamać albo zrujnować nawet najbardziej cwanego mądralę, któremu wydaje się, że jak będzie ciężko pracował to osiągnie tzw. „sukces”. A po drugie przypominają mi się idiotyczne komentarze z serwisu pt. wykop.pl, gdzie co rusz trafia się jakiś mądrala, który pisze, że jak Ci źle to zostań programistą komputerowym, bo oni zarabiają 10 albo w ogóle 90 tys. na rękę miesięcznie… Tak jakby każdy mógł zostać programistą albo nauczyć się 15 języków, lub ewentualnie zostać laureatem nagrody Nobla. Żeby było śmieszniej zarabiając tyle, wcale nie musiałby być szczęśliwy.
        Raz jeszcze napiszę: ja nie wspominałem o bananowej młodzieży. Ale z kolei większość moich znajomych z czasów liceum czy studiów w ogóle nie miała samochodu, bo nikogo nie byłoby na to stać. Tak więc w tamtejszych realiach jak najbardziej kogoś takiego można było przyrównać do „bananowej młodzieży”. Bez zawiści – po prostu realistycznie na to patrząc.
        Zresztą autor się o to nie oburza i sam poniekąd to potwierdza. Nie sądzę, żeby na tym blogu dało się wyczuć jakąś zawiść.

    • benny_pl napisał(a):

      nie zauwazylem czasow kiedy beczki byly „smiesznie tanie” pognite ledwozywe trupy faktycznie dalo sie kupic za jakies 1300zl, ale cos w miare dobrym stanie to zawsze bylo minimum ze 3tys, w zwiazku z czym nie uwazam ze sa to tanie auta, sam sie kiesys przymierzalem do zakupu beczki (za strasznymi namowami kolegi), najtanszej wtedy za 1800zl i sprzedalem w tym celu swojego DFa za 1200zl ale wrocil z pretensja ze „silnik jest do remontu tak chlapie olejem” a ja mowilem ze trzeba tylko wymienic pokrywke zaworow na taka z DFa z polonezowym silnikiem z odma na gorze bo zalozylem miske polonezowa bez odmy, no i potem zdobylem taka pokrywke na zlomie i zalozylem i bylo dobrze, ale juz beczki nie bylo i w sumie mi sie odechciala 😉

  20. Lux napisał(a):

    Skoro już pojawił się temat R129 Autora, pokuszę się o offtop… Pisałeś Szczepanie na fejsie, że po 1,5 roku będziesz się ubiegał o żółte blachy. Nie wiem jak jest w Krakowie, ale ja chciałem w Gdańsku zarejestrować na żółte LS400, bo w styczniu skończy 25 lat – niestety w urzędzie mówią, że wozów młodszych niż 30 lat już nie wpisują do ewidencji, bo nie chcą jej zaśmiecać wciąż popularnymi modelami, często w kiepskim stanie, wpisywanymi do ewidencji na podstawie nierzetelnych opinii rzeczoznawców. Na stronie internetowej powołują się na nową definicję na potrzeby cła i akcyzy:

    http://www.ochronazabytkow.gda.pl/wojewodzka-ewidencja-pojazdow-zabytkowych/

    Na stronie www łódzkiego urzędu nawet wyraźnie wyjaśnili, że zmiana kryteriów spowodowana jest chęcią dostosowania do definicji z prawa celnego:

    http://www.wuoz.bip.lodz.pl/page/176,zmiana-kryteriow-wlaczenia-do-ewidencji-pojazdow.html

    Ale na stronach niektórych innych urzędów (nie wszystkie to podają) nadal „wisi” kryterium 25 lat, podobno ustalone „pismem Generalnego Konserwatora Zabytków z dnia 23 marca 2001 roku w porozumieniu z Naczelną Organizacją Techniczną” (które oczywiście nie jest powszechnie obowiązującym źródłem prawa)… Zastanawiam się więc, czy ta zmiana w Gdańsku i Łodzi wynika z jakichś nowych wytycznych GKZ, którego nie uwzględniono na stronach internetowych niektórych WKZ, czy to raczej jakaś regionalna samowola… Ktoś wie coś więcej?

  21. SMKA napisał(a):

    Ja natomiast skrytykuję krytykę stwierdzenia o „bananowej młodzieży”. Po pierwsze, nie uważam aby padło ono w obraźliwym kontekście. Raczej padło ono w kontekście żartobliwym. Po drugie, jak dla mnie nic nie wskazuje aby autor tego stwierdzenia był jakimś zawistnikiem. Po trzecie, skoro ten W123 kosztował więcej od nowego Malucha, a jednocześnie Szczepan miał ten samochód jako człowiek bardzo młody, to w mojej ocenie nie zarobił na niego (a przynajmniej nie cała kwota była przez niego zarobiona). Ergo, w mojej ocenie określenie „bananowa młodzież” pasuje do Szczepana.

    Aby było jasne, nie oceniam tutaj czy to dobrze że Szczepan miał taką a nie inną sytuację materialną, nie oceniam czy to dobrze że miał taki a nie inny pojazd, nie oceniam czy to dobrze że najpewniej nie zarobił całej kwoty jaką pojazd kosztował (sytuacja materialna Szczepana jest mi po prawdzie obojętna), po prostu uważam że krytyka określenia „bananowa młodzież”, które padło w kontekście żartobliwym, jest krytyką zupełnie nietrafioną, a już zupełnie bzdurne są w moich oczach teksty o jakichś zawistnikach.

    • Aleksander napisał(a):

      No i narobiliśmy zamieszania na Automobilowni 😉 Zgadzam się, że w tym przypadku okreslenie to zostało użyte żartobliwie i nikt nie powinien być urażony. Nie odnosiłem się do żadnych konkretnych osób (napisałem to już wcześniej), jeśli w ogóle do kogoś to częściowo do swojej młodości. Po prostu samo określenie plus wspominanie młodości wywołało te wszystkie przemyślenia. Rozumiem, że ktoś może myśleć, że ja myślę, że jakiś komentarz był obraźliwy, ale tak nie jest 😉 A co do różnego odbierania samego określenia „bananowej młodzieży” to różne odbieranie go wynika pewnie z różnicy pokoleń. Chodzi o to, że powstało w innych czasach, w dzisiejszym systemie jest nieaktualne, a ludziom do dzisiaj się wydaje, że bycie takim dzieckiem daje jakieś super przywileje poza dobrami materialnymi.

  22. As napisał(a):

    Nie rozumiem oburzenia.
    Sam się zaliczam do bananowej młodzieży, dostałem na pierwsze auto Mercedesa, rodzice mi sponsorowali wyjazdy, na studiach nie musiałem pracować itd.
    Bardziej zazdrościłem bycia bananowym dzieckiem w tym okresie, ja jestem 10 lat młodszy i niestety zamiast charakternego W123, trafiło mi się dość nudne W202, ale to było 2008 i na tle Golfów II, Kadetów czy Renówek 19 kolegów to było niezłe auto.
    Z zawistnikami, no cóż, skończyłem dwa stopnie ciężkich studiów technicznych(nie popierdółki w stylu ZiP czy logistyka albo transport), rodzice, dziadkowie mieli wyższe wykształcenie, pradziadek też.
    Podobnie jak Szczepan cieszę się, że miałem dobry start w życiu, bo jakby np. nie pieniądze z domu to dorabiając bardzo ciężko byłoby mi skończyć mój kierunek studiów.
    Szczepan opisał historię firmy ojca, z tego pamiętam, że dorobił się po prostu ciężką i rzetelną pracą.

    • As napisał(a):

      I to tyle z mojej strony.
      Inna sprawa, że człowiek sobie w wieku 19 lat, dostając od rodziców wypasione auto po prostu nie zdaje sprawy z wartości pieniądza, to nie jest zarzut do Szczepana, ale chyba większość tak ma.
      U mnie też było beztrosko, samochód, studia i pieniądze na utrzymanie, imprezy dopiero później nastąpiło zderzenie z rzeczywistością jak się człowiek musiał usamodzielnić i uświadomić sobie, że nie ma drogi na skróty.

      • Aleksander napisał(a):

        „…później nastąpiło zdarzenie z rzeczywistością…” – To zdanie dobitnie pokazuje dlaczego moim zdaniem, myślenie że bananowa młodzież w dzisiejszych czasach ma w czymś łatwiej. W czasach komuny ustawiony ojciec, jakiś członek partii albo dyrektor zakładu, faktycznie miał ogromne wpływy i mógł dużo załatwić swojemu dziecku w większości dziedzin życia. W dzisiejszym systemie takie dziecko ma po prostu lepszy samochód, ciuchy, pokój, telefon, ale to wszystko to tylko pierdoły, a w sprawach ważniejszych musi się samo napracować. W skrócie, bycie bananową młodzieżą kiedyś mogło byc drogą na skróty, dzisiaj nie. Dlatego nie lubię tego określenia, skojarzenia nie pasują do dzisiejszych czasów. Obecnie nikt nie jest w stanie wepchnąć swojego dziecka na dobre stanowisko w dużej firmie, jeśli nie spełnia ono wymogów czy po prostu się nie nadaje.

      • Aleksander napisał(a):

        @As: no chyba że tak 😉 Egzemplarz egzemplarzowi nie równy, jakoś W202 automatycznie skojarzyło mi się z pordzewiałym C180 Classic z materiałowymi fotelami, ale przecież ładniejsze wersje też były.

      • Daozi napisał(a):

        Nie dostrzegasz jednego, piekielnie istotnego czynnika: dziecko z biednej rodziny nie zostanie posłane na kursy językowe, nie będzie mogło iść na dobre studia i PRZEDE WSZYSTKIM nie dostanie rewelacyjnej puli genów. Jeżeli masz 110 IQ (upraszczając; mediana w Polsce to ok. 96) i brak zdolności językowych to nie UKOŃCZYSZ ciężkich studiów tecnicznych czy ekonomicznych. Po prostu nie masz do tego predyspozycji i kropka. Kiedy czytam to co piszesz, to mam wrażenie, że żyjesz w oderwaniu od rzeczywistości: ludzie którzy dostali w wieku 19 lat samochód, należą do elity! Znałem może dwóch takich.
        Żeby nie było – sam dostałem niezłą pulę genów i nawet 1000 PLN na pierwsze auto (miałem wtedy 25 lat). Nie piszę tego z zawiści; po prostu drażni mnie to, że ci którzy mieli bardzo łatwy start uważają, że każdy tak może, tylko musi się wziąć do pracy i to wszystko.
        Bananowa młodzież to określenie, które bardzo dobrze sprawdza się i dzisiaj. Nie chodzi tylko o nepotyzm – chodzi o możliwości, których często nawet nie widać gołym okiem.

      • SzK napisał(a):

        Jeszcze raz potwierdzam, że uważam się za wielkiego szczęściarza, docenim to i nie obrażam się, jeśli ludzie o tym mówia w sposób kulturalny. Natomiast od ukończenia studiów pracowałem sam na siebie, w korporacjach, i tam, powiedziałbym, pracownicy reprezentuja pełny przekrój społeczny. Bananowej młodzieży jest bardzo mało (pradopodobnie w granicach jej statystycznego udziału w społeczeństwie), większość zaś pochodzi z małych miasteczek i miała całkiem niezamożnych rodziców, przyjechała do Krakowa na studia i tu już została. Tę sama ścieżkę przeszła np. moja żona, która jest już managerem i to nienajniższego stopnia.

        Tak że tego… Według mnie prawda jest, że bardzo dużo mozna zyskać własna praca i odpowiednim podejściem do życia, tylko tyle, że ktoś to nam musi wpoić, a w poprzednich pokoleniach nie był to wzorzec rozpowszechniony. Zgadzam się, że najbardziej narzekaja ci, którzy niewiele robia by swój los poprawić, podczas gdy ci, któym naprawdę ciężko mimo wytężonej pracy, zazwyczaj siedza cicho. Tyle tylko, że my nie wybieramy swojego rodzinnego backgroundu i wychowania, jakie odbieramy.

      • Aleksander napisał(a):

        @Daozi: Dalej uważam, że w Polsce każdy kto chce, może skończyć studia. Języków można nauczyć się samemu i to za darmo. Najlepsze co możesz dostać w domu to sposób myślenia i obycie w świecie, dzięki czemu niczego się nie boisz i w razie potrzeby możesz zacząć nowe życie, na dowolnym kontynencie, w dowolnym czasie i osiągniesz co chcesz. Młodzież z biedniejszych domów ma mentalność gorzej przystosowaną do współczesnego świata i kiedy myślą, że się do czegoś nie nadają, to przekreślają swoje szanse. Najtrudniej mentalnie wygrzebać się z biedy.

        Nie uważam się za oderwanego od rzeczywistości. Studiowałem zaocznie, pracowałem na cały etat, samochód kupiłem częściowo za odłożone pieniądze, resztę pożyczyłem i splaciłem na czas. Płaciłem za studia, paliwo, swoje używki. Jedzenie i pokój miałem za darmo, ale gdybym miał zapłacić to też nic wielkiego by się nie stało.

        Jako student miałem znajomych takich co dostawali samochody za 200 tys. zł i takich, którzy poszli do pracy od razu po zawodówce. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że Ci pierwsi włożyli w swoje życia o wiele więcej wysiłku i zaangażowania od tych drugich.
        Ci po zawodówce mieli znacznie mniej stresów, wyborów i obowiązków. Zarabiając 2500 zł miesięcznie wydawali ponad 600 zł na cowieczorny czteropak i paczkę fajek. Wolny czas, którego mieli mnóstwo, spędzali na głupotach. Nie mówię, że są źli, to moi znajomi i bardzo ich lubię, ale sami są sobie winni, że nie zostaje im na zbędne luksusy. I tak już zostanie, bo sami nie chcą się ogarnąć.

        @Szczepan: Dzięki za głos zdrowego rozsądku.

        Chętnie dyskutowałbym dalej, ale to w końcu jednak blog automobilowy i czas skończyć. Nie musimy się we wszystkim zgadzać, ważne że jest zawsze kulturalnie, nikogo nie ponoszą emocje i wszyscy lubimy samochody. Przepraszam jeśli popsułem komuś humor i obiecuję się wstrzymać od kontrowersyjnych komentarzy nie na temat prez co najmniej kilka kolejnych wpisów 😉

    • Aleksander napisał(a):

      Moim zdaniem z samego motoryzacyjnego punktu widzenia W202 w 2008r. nie kwalifikuje do bycia bananową młodzieżą 😉 Wydaje mi się, że bananowa młodzież dostaje samochód, który jest całkowicie poza zasięgiem finansowym legalnie pracujących rówieśników, np. SLK z salonu. Ale to wszystko pewnie zależy od miejsca i otoczenia, w niektórych przypadkach pewnie samo posiadanie samochodu przez studenta jest już bananowe. A to, że rodzice utrzymują dziecko studiujące dziennie też uważam za całkowicie normalne i chyba w dzisiejszych czasach nie bywa inaczej.

      • Fabrykant napisał(a):

        @Aleksander: „Obecnie nikt nie jest w stanie wepchnąć swojego dziecka na dobre stanowisko w dużej firmie, jeśli nie spełnia ono wymogów czy po prostu się nie nadaje”. Niestety sporo znanych mi przykładów przeczy Twojej opinii. Nie znam stosunków w innych krajach, ale w Polsce nepotyzm jest jednym z czynników, które bardzo hamują rozwój.

      • As napisał(a):

        Oj tam, w wieku 18 lat o połowę ode mnie młodsze C230 kompressor ze skórzaną tapicerką to było coś.
        Trochę się od tamtego czasu zmieniło, wtedy np. W202 były wyraźnie droższe od W124, które były w dołku cenowym.

      • Aleksander napisał(a):

        @Fabrykant: Bardzo chciałbym żebyś nie miał racji o tym nepotyzmie, dlatego chciałbym prosić o jakiś przykład 😉 Czy znasz to z firm w których faktycznie pracowałeś, czy z opowieści innych ludzi? Zaznaczam, że mówię o polskich korporacjach, ewentualnie międzynarodowych działających też u nas. Nie mam pojęcia jak to jest w budżetówce.

        Może podam jakieś swoje przykłady. Miałem w rodzinie dyrektorkę działu HR w polskim koncernie farmaceutycznym (pochodziła z małego miasteczka, rodzice biedni, skończyła polonistykę, do firmy trafiła z ulicy na najniższe stanowisko i przykładała się w pracy). Teoretycznie stanowisko idealne do dawania pracy swoim. Jednak to nie jest takie proste, w korporacji o istotnych stanowiskach nie decyduje jedna osoba i na wszystko są procedury, których nie można przeskoczyć. Faktycznie mogła mi zaoferować udział w rekrutacji, nie musiałem się zastanawiać czy się odezwą jak złożę CV. Ale to tyle i tacy jak ja odpadali po pierwszym spotkaniu. Faktycznie się nie nadawałem, byłem młody i niekompetentny. Wybrali lepszego mimo mojej bardzo korzystnej znajomości.

        Znajoma rodziców pracuje w międzynarodowym koncernie spożywczym. Nie wiem co dokładnie robi, ale jest po 50-tce, bardzo się przykłada i sporo zarabia, więc prawdopodobnie jest tam dość ważna. Jedyne co mogła załatwić swojemu synowi, który nie poszedł na studia, to kiepskie stanowisko na produkcji, nawet nie w biurze. Praca kiepsko płatna, zawsze brakuje ludzi i biorą każdego, więc co to za nepotyzm?

        Oczywiście fajnie mieć kogoś, kto powie gdzie i kiedy warto przyjść i załatwi zaproszenie na rozmowę (mi w końcu się to do niczego nie przydało), ale myślę że generalnie nie zdarza się, żeby ktoś kto nic nie umie i do niczego się nie nadaje, dostał dobrze płatną, odpowiedzialną pracę w branży, na której się nie zna.

      • Fabrykant napisał(a):

        Przykłady nepotyzmu mam z własnej i z drugiej ręki. Dotyczą wszystkie instytucji państwowych lub pół-państwowych, bo oczywiście w Toyota Motor Poland ciężko zatrudnić niekumatego pociotka. Ale za to łatwo na Politechnikach, Uniwersytetach, spółkach Skarbu Państwa i zbrojeniówce. One wszystkie co prawda niewiele produkują, ale też dość mocno wpływają na życie kraju.
        Bardzo częste przypadki w mniejszych firmach prywatnych (co akurat zrozumiałe).
        Nie wszystkie przypadki nepotyzmu działają źle, oczywista sprawa. Ale jak tu szurnąć niekumatego pociotka ze stanowiska na które właśnie się go wstawiło? Będzie trwał.

      • Aleksander napisał(a):

        Niestety muszę się zgodzić. Nie brałem pod uwagę instytucji państwowych z powodu braku własnych doświadczeń w tej dziedzinie.

        W dużym uproszczeniu, to uważam że instytucje powinny być prywatne prawie wszędzie tam, gdzie to możliwe, oczywiście w granicach rozsądku. W prywatnym biznesie wszystko działa sprawniej, nie ma większości problemów,jak nepotyzm, zbędne stanowiska czy marnowanie pieniędzy podatników. Przez konkurencję jakość usług i obsługi klienta się poprawia, co moim zdaniem wpływa na wyższą jakość codziennego życia.

        Chyba w każdym, nawet bogatym kraju, tam gdzie służba zdrowia jest panstwowa, to ludzie narzekają. Nie wiem czy działa sprawniej tam gdzie jest prywatna, ale nie podoba mi się obowiązkowe płacenie ZUS w Polsce czy National Insurance w UK. Po pierwsze nieprzyjemna świadomość, że takie instytucje marnują ciężko zarobione pieniądze, po drugie, to co oferują i tak jest niedopasowane do realnych potrzeb, szczególnie dla ludzi nie pracujących na etacie. Wolałbym mieć wybór ubezpieczenia i płacić za to, z czego faktycznie mogę skorzystać w razie potrzeby. Trzeba płacić ZUS/NI, a za szybkie i skuteczne leczenie i tak trzeba zapłacić samemu i to dużo, na emeryturę każdy musi sam sobie znaleźć sposób, żeby nie było niemiłego zaskoczenia kiedy już będzie stary i bezsilny, więc raczej to wszystko nie działa zbyt dobrze.

        P.S. No i znowu wyszedł mi offtop, ale przynajmniej chyba nie kontrowersyjny 😉

  23. zkn napisał(a):

    Wpis o tej beczce to był inny wpis na który czekałem, i muszę przyznać że wóz świetny i dziś też by się takim polatało.
    A gdyby wszystkie banany miały takie wozy to każdy by ich lubił. 😉

  24. Maliszep napisał(a):

    Dopiero w komentarzach wyczytalem, ze sprawiles sobie nowa zabawke.
    Gratuluje, R129 to fajne nawiazanie do starego C123.
    Chociaz patrzac na ten samochod z profilu, to mi osobiscie sie on nie podoba. Moim skromnym zdaniem ma zaburzone proporcje, jest za krotki. Dokladnie tak samo odbieram W124 vs C124.
    Ale to auto ma sie podobac Tobie a nie przechodniom na ulicy czy czytelnikom bloga 🙂
    Szerokosci Zycze!

  25. zkn napisał(a):

    A tak swoją drogą to miałeś po tej beczce jeszcze jakiś ciekawy wóz? A Civicem z 1989 to bym osobiście też nie pogardził

    • SzK napisał(a):

      Będa o tym artykuły. Trzecie auto najbardziej podpada pod „bananowa młodzież”, bo to było piękne W124. Dopiero czwarte było kupione całkowicie za moje własne pieniadze, ale do tego stopniowo dojdziemy.

      • zkn napisał(a):

        Ja doszedłem do wniosku, że prawdziwy banan poprosiłby tatę o (choćby prawie) nowego Civica

  26. benny_pl napisał(a):

    tyle komentarzy i nikt jeszcze nie napisal nic o kwestii dokumentow tego niekupionego Mercedesa – no to Ci powiem ze zrobiles wielka glupote Szczepanie bo miales najlepsze mozliwe dokumenty – czyli legalnie przeprowadzona zmiane numerow VIN – wydaja takie powolenie z powodu np przegnicia orginalnych numerow, wypadku w ktorych orginalne numery zostaly zniszczone itp, jednakze to musi jakis specjalny rzeczoznawca wystawic kwit i nie jest to proste, potem wydaja decyzje o nabiciu nowych numerow (gdzie sie chce) + nowa tabliczna zastepcza
    w praktyce daje to nieograniczone mozliwosci – majac takie kwity mozesz miec ile chcesz takich samych mercedesow (np przywiezionych z za granicy i zamiast placic te wszystkie drogie oplaty) w ktorych sam sobie nabijesz numery numeratorem np na kielichu a stare gumowka zeszlifujesz, zapewne tamten Mercedes nie byl w zbyt legalny sposob pozyskany, ale skoro mial juz takie kwity to byl skarb 😉 a rodzaj silnika i pojemnosc mozna juz prosciej zmienic w dowodzie i to zapewne poprzedni wysoko postawiony wlasciciel zalatwil by bez problemu 🙂
    zeby legalnie takie cos zalatwic to trzeba miec przynajmniej zniszczone ale miec te numery fabryczne, albo miec jakies bardzo dobre dojscia – w dzisiejszych czasach dojscia juz zapewne nie pomoga bo wszystko jest w komputerach, ale kiedys wszystko bylo mozliwe
    kolega takie cos robil w swoim Unie ktore gnije jak kazde uno tez na kielichach gdzie sa orginalne numery i mu wlasnie takie cos przyznali 🙂 ja osobiscie jestem bardzo kiepski we wszystkich „papierkowych” sprawach wiec nigdy nawet nie probowalem
    mialem jedna C15 z taka zmiana numerow, ale niestety w dowodzie byl „zastaw bankowy” wiec i tak nie dalo sie jej przejestrowac i ja sprzedalem

    • SzK napisał(a):

      Benny, to był 1999 rok. Facet z nomenklatury, z samochodem pozyskanym z nie wiadomo jakiego źródła. On sobie to załatwił, my byśmy nie byli w stanie. Gduby ktoś kiedyś sądził się że bezprawnie samochód odebrany, ukradziony albo zarekwirowany jakiemuś opozycjoniście sprzed 1989r… ja wiem, że zasiedzenie w dobrej wierze itp., ale wtedy różnie bywało. Dobra wiara nie zawsze w życiu wystarcza, zwłaszcza w starciu z takimi historiami.

      • benny_pl napisał(a):

        ale on juz to zalatwil, Ty nie musial bys juz niczego zalatwiac (no moze poza zmiana pojemnosci silnika jak bys juz bardzo chcial, ale do tego nie trzeba jakis nadludzkich kontaktow, wielokrotnie to jest opisywane na wielu forach) przerejestrowal bys to normalnie i tyle, przed 99r nie bylo kart pojazdu wiec nawet nie wiadomo by bylo dla czego byla zmiana numerow – byla to byla, sa jakie sa i wszystko

        do moich zmienionych numerow w C15 nie mial nikt zastrzezen nawet na przegladzie

  27. mql napisał(a):

    @ndv:
    Przeleciałem pobieżnie te skany. Niezłe, bardzo to lubię. Ale wspomniane porównanie Scorpio do BMW 7 to jeszcze nic. Z 1981: Range Rover ‚compares’ to: Niva (w sumie ok., choć różnica w cenie 3-krotna), ale wspólnych punktów Range z Citroenem CX Familiale albo Volvo 265 nie znajduję…
    Lepsze było chyba tylko jakieś niemieckie porównanie Porsche 959 i Mana F90 19-462, bo miały podobną moc. Ale to był jakiś primaaprilisowy numer z lat 80 🙂

    • ndv napisał(a):

      Źródło informacji moim zdaniem świetne. i podejście do motoryzacji trochę inne niż dzisiaj, raczej ciężko mi sobie wyobrazić dzisiaj porównanie w którym koło siebie stają Audi?BMW/Mercedes i Fordy, Peugoty, Renaulty i Fiaty, a w skanach to się zdarza. Chociaż parę lat temu natknołem się na porównanie BMW 5 i Skody Superb w kombi 🙂

      • SzK napisał(a):

        Ależ kiedyś głównymi konkurentami Mercedesa były Peugeot (403, 404, 504) i Opel (Kapitan, Rekord), a nawet Fiat (130). O jakimś BMW wiedzieli wtedy wyłącznie Bawarczycy (w Hamburgu już praktycznie tych aut nie było), a Audi wspominano jako markę zlikwidowaną wraz z wybuchem wojny, w dodatku bardzo egzotyczną (superluksusowy Horch miał w latach 30-tych większą sprzedaż niż znacznie tańsze Audi).

  28. SMKA napisał(a):

    To może zamiast offtopować o „bananowych dzieciach”, zaofftopuję o Peugeocie 505. Ale może to nie offtop- w mojej ocenie faktycznie, na upartego można 505 porównać do W123. Piszę „na upartego”, bowiem 505 zazwyczaj kojarzył mi się z klasę średnią, a W123 z klasą wyższą średnią, ale z drugiej strony, mam wrażenie że 505 jest różnie klasyfikowany (przykładowo, anglojęzyczna Wikipedia to chyba klasyfikowanie jako klasa średnia, ale już niemiecka jako wyższa średnia). Do rzeczy, użytkownik As zasugerował że 505 szybko gnije- zastanawia mnie ile w tym prawdy. Znam co prawda ludzi którzy dzisiaj eksploatują 505 (w tym właściciela Dangela), ale po prawdzie, nie pytałem się ich o „gnicie”, a i można dyskutować na ile są oni obiektywni (fan danego modelu może nie być do końca obiektywny jeśli idzie o wady swojego samochodu 😉 ). Do rzeczy, z tego co wiem już wczesne 405 i 605 uchodziły za samochody dobrze zabezpieczone przed korozją, ale spotykałem się z różnymi opiniami dotyczącymi starszych Peugeotów. Jedni piszą że też było nieźle jeśli idzie o korozję, inni z kolei że rdzewiały na potęgę. Jednocześnie opinie te nie pochodziły od ludzi którzy dzisiaj eksploatują 505. Mam wrażenie że większa jednomyślność panuje w temacie starych Renault (podobno wszystkie rdzewiały na potęgę) i Citroenów (BX generacji drugiej jest dobrze zabezpieczony, XM też, natomiast BX generacji pierwszej, CX i starsze rzekomo korodują na potęgę).

    Jak to więc było z korozją 505/304 i 504/304? Ktoś ma jakieś doświadczenia jeśli idzie o te pojazdy? Być może było słabo, bowiem gdzieniegdzie spotykałem się ze stereotypem że francuzy mają „słabe blachy”, a jak dla mnie takie stwierdzenia to sugestia że ich blachy były podatne na korozję. Jednocześnie te stereotypy najpewniej nie wzięły się od 405 i 605- te pojazdy miały swoje wady (jak wszystko), ale raczej nie były jakoś szczególnie podatne na korozję.

    Swoją drogą, tak jak kiedyś widywałem bardzo często W123, tak jak kiedyś zdarzało mi się widywać Forda Granadę bądź Taunusa (choć Taunus wymarł chyba wcześniej niż Granada), to mam wrażenie że zupełnie nie widywałem Peugeotów 505 i 305. Zastanawia mnie czy faktycznie tych pojazdów w Polsce prawie nie było, czy może po prostu nie zwracałem uwagi na pojazdy francuskie (byłem przekonany że to jakieś dziwne wynalazki 😉 ). Choć z drugiej strony, 405 i 605 kojarzę z naszych dróg, więc może nie tylko moja dawna niechęć do „francuzów” gra tu rolę.

    • Aleksander napisał(a):

      Ja mam wrażenie, że Granada w ogóle nie wyginęła. Pewnie to przypadek, akurat w miasteczku gdzie się wychowałem i w okolicach żyło wielu miłośników Granady i oni zaburzyli mój obraz. W czasie studiów pracowałem na stacji paliw i co chwila tankowałem gaz do jakiejś zmęczonej, ale dzielnej Granady 😉 Samochody uwielbiam od dziecka, więc pamiętałbym jakieś widywane we wczesnych latach 90-tych Peugeoty 305, ale ani jedna sztuka nie zachowała się do dzisiaj w mojej pamięci. Już bardziej kojarzy mi się 504, ale też nie wiem gdzie i kto nimi jeździł, poza jednym dziadkiem w okolicy. O wiele lepiej pamiętam z ulic 309.

      • SMKA napisał(a):

        Ja mam wrażenie że Granada wyginęła i to już jakiś czas temu- u mnie w 34 tysięcznym mieście/miasteczku jeździ chyba jedna, a jej stan jest tragiczny (korozja). Nawet młodsze Scorpio Mk 1 jest w mojej ocenie bardzo rzadko spotykane. Fordów Sierra trochę więcej, ale też mało. Taunusów praktycznie w ogóle.

      • Aleksander napisał(a):

        Aż mi się przypomniała najbardziej charakterystyczna Granada jaką widywałem w okolicy. Miała przypominać karawan. Ciekawe czy jeździ dzisiaj i czy w ogóle została kiedyś ukończona.

        http://www.capri.pl/car/1593&img=large

  29. Ausf. F2 napisał(a):

    Historycznie rzecz biorąc mamy do czynienia z klasycznym przypadkiem niedostosowania standardu samochodu do zakładanego budżetu na eksploatację. Tyle że tu trafiło na żelastwo o konstrukcji jeszcze tylko niewiele bardziej skomplikowanej niż cep, znoszące mimo buntów oszczędności i brutalne druciarskie patenty. W przypadku zelektronizowanych i wyposażonych w wyszukane szpeje samochodów wyższych klas z lat 90. i późniejszych nie było już jednak tak różowo, szczególnie jeżeli kumulowały się oszczędności producenta i kolejnych właścicieli — stąd np. smętne widoki zgwałconych przez życie W220.

    • SzK napisał(a):

      Ja bardzo chętnie wydałbym więcej na instalację gazową, podobnie jak wydawałem sporo na nowe amortyzatory i wszystkie części eksploatacyjne w bardzo dobrym standardzie. Jedyną przyczyną zastosowania badziewnej instalacji było zaufanie wobec człowieka, który mi ją doradził i twierdził, że wszystko będzie super (w jego Volvie nawet to działało). To nie jest przypadek nadmiernej oszczędności, tylko niewiedzy – nie miałem pojęcia, że takiego silnika najlepiej nie gazować wcale, a jeżeli już, to lepszą instalacją.

  30. fox napisał(a):

    Miałem kiedyś okazję bliżej zetknąć się z dwiema dobrze wyposażonymi „beczkami”, co ciekawe, obiema w kolorze anytracytowym, z welurowym wnętrzem tej samej barwy. Pierwszą była 300-tka Turbodiesel, pojemne kombi, którym jeździł w Niemczech emerytowany architekt, a w którym brakowało wyłącznie poduszki powietrznej i telefonu. Drugim zaś 280-tka po adwokacie, w której brakowało tylko… automatycznej przekładni. Były to dwa „bogate wyjątki”, które jak sądzę, potwierdzały tylko regułę o ubóstwie W123-ek.

  31. Krass napisał(a):

    O, ludzie. Jaki ból dupy.

    Naprawdę trzeba być niedouczonym abderytą i wręcz ignorantem, żeby tak zareagować na „bananową młodzież” w takim kontekscie. W ogóle którakolwiek z tych sfochanych kokot wie tak naprawdę, co to znaczyło?

    A poza tym to PRZECIEZ BYŁ ZART! Ludzie, Krakus, rozrzutnym bananowcem? 😉

    • Aleksander napisał(a):

      To trollowanie czy tak na poważnie? Napisałeś komentarz po pijaku, czy Ty po prostu już tak masz? 😉

  32. Lucas napisał(a):

    @Krass.
    Oczywiście że wiem i uważam podobnie ktoś jak we wcześniejszym komentarzu że trudno ten termin stosować w kontekście dzisiejszych czasów.
    Apropos, zaczynając liceum w 1995r,pamiętam dziewczynę z klasy maturalnej dojeżdżającą do szkoły toyotą rav4 (prekursor suv-ów, trendsetterka, baaardzo wysoka cena salonowa tego auta)a my z kolegami patrzyliśmy na tą zabaweczkę w niebieskim kolorze i pukaliśmy się w czoło jak można było wybrać coś tak niepraktycznego, przecież za taką kasę można było kupić jakieś fajne auto klasy średniej;)
    Ktoś z komentujących określił lata 90-te mianem eldorado. Pewnie zna tamten okres tylko z opowieści. Faktycznie, można było dojść szybko do dużych pieniędzy w pierwszym okresie transformacji: 1989-1993 ale później było znacznie trudniej: zmiany przepisów podatkowych, rosnąca konkurencja, nasycenie rynku itp. Znam parę osób które sporo zarobiły, później praktycznie wszystko straciły nie potrafiąc dostosować się do zmieniających realiów a dzisiaj z rozrzewnieniem wspominają jak to super było na początku lat 90-tych…..
    SzK jak będziesz w Kętach, masz u mnie piwo za całokształt- rewelacyjny blog, zwłaszcza strumień świadomości.
    @Benny – zazdroszczę umiejętności.
    W mojej astrze tydzień temu coś gruchnęło w silniku podczas jazdy i tyle – czekam na werdykt mechanika ale wiem że tanio nie będzie.Prawdopodobnie cały silnik do wymiany. Moja ośmioletnia przygoda z tym autem została zakończona ale po cichu liczę że oddam je mojej siostrze…..

    • benny_pl napisał(a):

      niema czego zazdroscic, trzeba sie wziac do roboty i tyle 😉 masz teraz akurat okazje na nauczenie sie wymiany silnika, to bardzo proste, odkrecasz duzo srub, odlaczasz duzo rurek i kabli, wyciagasz jeden silnik wsadzasz drugi i przykrecasz srubki rurki i kable tam gdzie byly 😉 cos takiego zapewne zrobil by kazdy gdyby tylko bardzo chcial, bo to nie wymaga zadnego tworczego myslenia, najgorzej jest pocelowac wielowypustem skrzyni w dziurke w sprzegle, reszta to proscizna

      mi to z nieba nie spadlo, po prostu kupilem sobie kiedys rometa kadeta za 130zl i cale wakacje z 2 kolegami zesmy sie nad nim pastwili zeby to dziadostwo odpalilo rozbierajac i skladajac silnik z paru pudelek starych czesci rometowych nie majac pojecia zabardzo o co w tym chodzi, ale rozlozyc i zlozyc to zadna umiejetnosc (gdybysmy wtedy wiedzieli ze w dwusuwie najwazniejsza jest szczelnosc to bysmy wymienili simeringi na nowe a nie wbijali wciaz stare myslac ze to takie tam uszczelnienie zeby nie cieklo, a co za roznica czy cieknie, niech sobie cieknie), potem godzinami pchali przez parkingi podregulowujac co raz a to gaznik a to zaplon az w koncu zapalali i dalo sie przejechac przez osiedle, potem zesmy jezdzili az sie znow psulo (zwykle dnia nie przejezdzalo bez awarii) i tak w kolko 😉
      potem kupilem starego DFa za 600zl bo mi sie zawsze ten samochod podobal, a za takie pieniadze nawet jak sie cos zchrzani na amen no to trudno i sie uczylem na nim, na poczatku u kolegi z jego zaprzyjaznionym mechanikiem (na emeryturze) zrobilismy remont silnika, oczywiscie taki wiejski po taniosci czyli wymiana pierscieni uszczelek itp ale i tak jezdzil duzo lepiej, a przede wszystkim zapalal lepiej 🙂 no i tam w nim wymienialem co raz jakies czesci uczac sie przy tym, i nie – nie mieszkalem wtedy jeszcze na wsi tylko w miescie, i wszystko to dlubalismy albo z jednym kolega u niego na wsi, albo zwykle z drugim w miescie przy garazach, nawet skrzynie biegow kiedys w swieta „Szczepana” zesmy wymieniali bo ja to tam malo swiateczny jestem, a potem coraz wiecej sam probowalem robic, no bo i co mi szkodzi probowac?

      tak samo z naprawami telewizorow pralek kamer telefonow itp – kupuje sobie takie zdechle urzadzenie za grosze (max 30zl) i probuje, jak sie uda to dobrze, a jak nie to sie na czesci rozbierze i tyle albo do regalu polozy bo fajne (np stare kamery video lubie :))

  33. Aleksander napisał(a):

    A tak w ogóle to czemu W123 nazywane jest beczką? 😉 Chodzi o wygląd atrapy chłodnicy, który na upartego można porównać do beczki, czy jest inne wyjaśnienie? Ktoś może wie, kiedy to określenie powstało?

    Zastanawia mnie jeszcze jak potoczyły się zawodowe losy Pana Y.Y. po zmianie systemu. Zbankrutował, przebranżowił się, czy może został przy tym samym, tylko zyski spadły?

    • Ernesto napisał(a):

      Też mnie ciekawi co u niego ale nie byłem w stanie przebrnąć przez te wszystkie socjologiczne komentarze powyżej żeby mieć pewność czy jego historia nie została już opisana:-)

    • SzK napisał(a):

      Ludowe nazwy modeli samochodów to ciekawy temat – zazwyczaj coś się komuś skojarzy i tak już zostaje. Niektóre są oczywiste („Maluch”, „Garbus”), inne mniej („Cygaro”, „Beczka” – tak a propos, to „Cygaro” bywało również nazywane „Beczką”, przynajmniej w moich stronach).

      Co do pana Y.Y., to on wciąż żyje i (chyba) jakoś tam działa, mimo siódmego krzyżyka na karku – dlatego nie chcę podawać zbyt wielu szczegółów. Niestety, po 1990r. wiodło mu się coraz gorzej. Gdy tylko na rynku pojawiła się poważniejsza konkurencja, na skutek swojego specyficznego podejścia do biznesu (źle pojęta oszczędność, nie najlepsze traktowanie pracowników, brak dobrej kontroli jakości usług) stracił klientów i popadł w długi (co przyspieszył jego bardzo rozrzutny tryb życia). Ostatni znany mi jego warsztat – wulkanizacja opon w dość eksponowanym miejscu Krakowa – zamknął się coś koło roku temu. Obecnie jest tam sklep meblowy. Samego pana Y.Y. nie widziałem dobre 5 lat i nie wiem, z czego aktualnie żyje. Jego syn wyjechał do USA, przyjąwszy po ślubie nazwisko żony.

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        u nas beczka to było Audi 80 B3 i trzeba przyznać, że to chyba najbardziej pasujący model do określenia „beczka”

      • Aleksander napisał(a):

        Jak wiedziałem czego i gdzie szukać to nawet w grillu marki Edsel znalazłem to co rzekomo się kojarzyło, ale w beczce dalej beczki nie dostrzegam 😉 Z Audi 80 B3 jako beczką to już w ogóle zgłupiałem. Mi już bardziej określenie „deska” pasowałoby do B3. Za to w BMW z lat szóstki E24 widzę rekina wyraźnie.

      • Ernesto napisał(a):

        W ogóle ten pan Y. Y. jest takim bohaterem łączącym Twoje historie i nawet go zdążyłem polubić bo to barwna postać.
        Myślę też, że każdy w swoim kręgu ma podobnego ygreka, który opowiada zawsze niezwykłe histore, potrafi z rękawa rzucić rozwiązanie na każdy problem, a jego tymczasowe sukcesy w tej czy innej dziedzinie utwierdzają go w jego nieomylności.

      • SzK napisał(a):

        Więcej już o nim raczej nie będzie, bo w późniejszym okresie moje kontakty z nim były już sporadyczne.

  34. Lucas napisał(a):

    Mnie też to ciekawi. Beczka miała charakterystyczne wytłoczenia na bokach nadwozia, dlatego beczka. Jak wujek miał beczkę w latach 80-tych to kojarzyła mi się z puszką piwa, dziecięca wyobraźnia;)

  35. kierowca_bombowca napisał(a):

    Późny komentarz, ale napiszę tak czy owak 🙂

    Po pierwsze: bardzo ładny ten Mercedes. W123 Coupe zawsze bardzo mi się podobały. Zaraz po zdaniu prawa jazdy, czyli lekko ponad 10 lat temu W123 mało nie stał się moim pierwszym samochodem. Pamiętam, że był to sedan w chyba najbardziej przaśnej opcji kolorystycznej – zielony groszkowy lakier, kawowa tapicerka, silnik 3 litrowy diesel, „biegowiec”. Byłem na ten wóz napalony jak nie wiem co, ale ostatecznie zdecydowały oględziny na SKP: podłoga była raczej nie do uratowania. Ostatecznie zakup pierwszego samochodu skończył się na Fabii z fajnym 2 litrowym benzynowcem, którą to przejeździłem bez większych problemów ( za wyjątkiem elektryki ) kolejnych 6 lat.

    Po drugie: ulica Podgórki lubi upomnieć się o swoje: raz miałem tam zimą mocno nieprzyjemną sytuację właśnie na zakręcie zaraz za odcinkiem leśnym – gość jadący z góry prawie wyhamował, ja prawie wyhamowałem.. zderzyliśmy się lusterkami bocznymi z tak małą prędkością, że złożyły się bez widocznych śladów 🙂 Innym razem w sąsiada, na tym samym zakręcie wjechał gość, który postanowił pójść przy lewej krawędzi. Mieszkam może 300 metrów dalej, ale na ul. Rokadowej, Tuchowskiej, Osterwy o kolizjach i drobnych stłuczkach słyszy się często.

    Co do Junkersów ( jak często nazywam samochody na gaz, w tym swój ), wszystko kwestia dobrania podzespołów, ale przede wszystkim fachowości instalatora. Niewyregulowany druto-patent będzie tylko denerwował – Meganka wujka na prostej instalacji jeździła wprawdzie tanio, ale niepewnie – nie było wiadomo czy odpali, czy nie zgaśnie przy dojeżdżaniu do świateł.. Pomógł jej dopiero chłopak, którzy rzetelnie wziął się za poprawki po innych – nie skasował wiele, ale minęły frustracje związane z instalacją. Teraz w swoim wozie mam gaz i sprawuje się bardzo dobrze, więc pewnie w następnym samochodzie też się pokuszę.

  36. Franek napisał(a):

    Co za wpis! uwielbiam się zaczytywać w takich historiach.
    Tym bardziej,że już chyba się też nie powtórzą czasy takiej różnorodności – gdzie pośród ogólnej szarzyzny nagle wypływa (dosłownie) W123 w dwóch drzwiach i z mocnym silnikiem benzynowym. Dziś to nie robi na nikim wrażenia, inna jest ilość i różnorodność aut i inne jest też postrzeganie ich samych… Nie powinno się żyć przeszłością, ale taki skok na kwadrans w minioną epokę, jest naprawdę kojący.
    Czuję się też zmotywowany do odszukania starych zdjęć i towarzyszących im historii motoryzacyjnych.

  37. qq napisał(a):

    LPG? Mam od 2002 r. Astrę 1 z X14NZ i LPG. Najtańszy, wtedy za 1600 zł, na „śrubkę”. Żadnych regulacji, serwisu, jak sobie przypomnę to wymieniam filtr fazy ciekłej, a na corocznym przeglądzie proszę zawsze o „obwąchanie” przyrządem instalacji i to wszystko. Do dziś ponad 100 kkm, nic nigdy nie strzeliło, UPG w formie, oryginalna membrana w parowniku; pali około 10 l gazu w mieście. Raz poszedł elektrozawór za parownikiem, w kierunku wtryskiwacza LPG. Muł, rdzewieje, ale 100% pewności że pojadę i dojadę.