STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: GRANDE GRAN TURISMO, cz. I

 

To w założeniu miał być wyjazd sentymentalny. Niedzisiejsza formuła wakacji, niedzisiejsze auta, niedzisiejsza trasa. Tym razem, wyjątkowo, niewiele nieznanych nam miejsc (choć kilka udało się zobaczyć), a w zamian – dwa tygodnie jazdy po najpiękniejszych drogach Europy, wymarzonym klasykiem z najlepszych czasów analogowej motoryzacji. No i mnóstwo wspomnień z epoki, kiedy my, Polacy, dopiero zaczynaliśmy wychylać głowę poza granice Rzeczypospolitej, a do aut z powyższego zdjęcia tęsknie wzdychaliśmy, kartkując katalogi z serii „Samochody Świata„.

Dziś po całej UE podróżujemy bez paszportów i kontroli, a dowolny bilet lotniczy kosztuje dwa baki paliwa. Pomysł jazdy 5.000 km wydaje się więc idiotyczny, prawdziwy automobilizm ma jednak tę magiczną cechę, że z drogi potrafi uczynić cel. Wielkoturystyczna wyprawa samochodowa to niesamowite przeżycie, pozwalające doświadczyć odwiedzanych regionów w sposób niedostępny odciętym od świata pasażerom samolotu, a dla pasjonatów automobilizmu to wręcz esencja życia.

Czy w XXI wieku, uważającym motoryzację za gwałt na naturze i społeczeństwie, jest jeszcze miejsce na takie ekscesy? Jak najbardziej. Fakt, że od lat 90-tych namnożyło się restrykcji, tłumy stały się wręcz niemożebne, a ceny szaleją. Wciąż jednak można nie tylko samodzielnie przejechać Europę, ale i odnaleźć niespodziewanie wielu podobnych entuzjastów, kultywujących tradycje automobilowej Wielkiej Turystyki.

***

5.000 km to jedno, ale że 26-letnim autem – to całkiem inna sprawa, zwłaszcza dla mnie, technicznego melepety. Dlatego też, szukając towarzystwa, zwróciłem się do Pawła, który kiedyś udostępniał mi Mercury’ego Grand Marquisa, a zawodowo serwisuje starsze Mercedesy. Paweł jest wielkim fanem trójramiennej gwiazdy: nieustannie powtarza, że dwa najbardziej dopracowane i najsolidniejsze produkty konsumenckie w historii przemysłu to Mercedesy W140 i R129. Sam kiedyś posiadał je oba, dziś jednak jeździ S430 4MATIC z 2000r., a jego żona, Monika dieslowską A-Klasą drugiej generacji.

Bez Pawła nie odważyłbym się wypuścić starociem w taką trasę. Dzięki jego wiedzy, umiejętnościom i ekwipunkowi zachowałem spokój ducha, a wakacje pozostały wakacjami.

20 lat temu pierwsze podróże planowaliśmy z wiecznie nieaktualnym, papierowym atlasem, a spali w samochodzie, tudzież na przygodnie napotkanych campingach/kwaterach. Dziś mamy GoogleMaps, Booking.com i TripAdvisora, pozwalające świadomie i efektywnie wykorzystać zasoby, ale też wprowadzające sztywne ramy, a więc usuwające spontaniczność i grożące stratami w razie nieprzewidzianych trudności – bo internetowych rezerwacji nie odwołamy w ostatniej chwili.

Elementy ryzyka mieliśmy dwa: technikę i pogodę. Pierwszy jest jasny, a co do drugiego – jechaliśmy w czerwcu, kiedy w wysokich górach statystyki wskazują przeciętnie 25 dni z opadami. Wydawałoby się, że to nie najlepszy termin, jednak w lipcu i sierpniu jest niewiele lepiej, za to drożej i tłoczniej, zaś we wrześniu nieraz pada już śnieg i zamykają drogi, poza tym dni krótkie. Pozostało więc modlić się o aurę, no i solidnie przygotować auto.

W tygodniu wyjazdu w Pawłowej S-Klasie rozsypał się napinacz paska klinowego, a ja w SL-u wykryłem nieszczelność chłodnicy klimatyzacji (Paweł – mieszkający pod Bielskiem-Białą, 80 kilometrów od Krakowa – pędził do mnie z narzędziami i nową chłodnicą po pracy, półtorej doby przed wyjazdem). Ponadto od roku miewałem problemy z temperaturą silnika, pod obciążeniem sięgającą 100-105º – niefajna sprawa w kontekście najwyższych gór Europy (tylko częściowo pomogła wymiana prawie całego układu chłodzenia: termostatu, chłodnicy, wiska i pompy wody, a teraz dodatkowo chłodnicy klimy, zapchanej brudem ze starości). „Spokojnie” – powtarzał mi Paweł – „dodatkowe wentylatory włączają się dopiero przy 110-ciu. Co Daimler ustawił, człowiek niech nie rozdziela„. OK, ale Passo Stelvio to nie Zakopianka…

***

TERMIN PODRÓŻY: 15-30 czerwca 2019
PUNKT KULMINACYJNY: Nicea
TRASA DOJAZDU: Słowacja, Wiedeń, Tyrol Południowy z przełęczami Stelvio i Gavia, muzeum Mille Miglia w Brescii i włoskie wybrzeże
TRASA POWROTU: kolejne alpejskie drogi Włoch i Szwajcarii, Innsbruck i Monachium ze słynnym muzeum techniki

Razem – 15 dni, 4.900 km (według Google), amplituda wysokości 3.540 metrów (w tym 2.760 w samochodzie), temperatur – 40ºC, trzy strefy klimatyczne i poniekąd trzy pory roku. Samochodami w wieku 19 i 26 lat. Żywiliśmy jednak niezłomną nadzieję, że Pawłowe zdolności mechaniczne, moje doświadczenie podróżnicze i troskliwa opieka naszych żon pozwolą uniknąć kłopotów, a wykupione ubezpieczenia okażą się bezużyteczne (polisa ubezpieczeniowa to paradoksalny produkt – kupowany z nadzieją, że to wyrzucone pieniądze 🙂 ).

Dzień -1, piątek 14 czerwca, 21.00h. Parkuję zatankowane i umyte auto z zaimpregnowanym dachem w garażu pod blokiem, gdzie zwykle stoi W204. Cykając zdjęcie zastanawiam się, czy za dwa tygodnie popatrzę na nie z błogim uśmiechem, czy z wściekłością na samego siebie…?

***

Dzień 1, 15 czerwca, 6:05. Wątpiącym w użyteczność cabrioletów powtórzę raz jeszcze, że 250 litrów to aż zanadto na dwuosobowy, dwutygodniowy urlop (duża waliza mierzy 75 x 45 x 30 cm). Dodatkowo za fotele kładziemy dwa plecaki.

 

Planując wyjazdy często kręcę w swej głowie katastroficzne filmy, gdy jednak trzaskam klapą bagażnika, przekręcam w stacyjce staroświecki kluczyk, a w głośnikach rozlega się Chris Rea – zmartwienia zostają z tyłu i zaczyna się całkiem inny świat.

Dziś z Krakowa do Wiednia najlepiej jechać A4 do Gliwic i A1 na Czechy, jednak my, niepoprawni romantycy, rozmyślnie wybieramy Zakopiankę, Chyżne i Słowację – jak w czasach pierwszych wyjazdów, gdy w świeżo upadłej RWPG autostrad prawie nie było.

Nawet Zakopianka nie przypomina dziś wąskiej i krętej dróżki z tamtych lat, dzięki czemu o 7:30h, po zaledwie 80-ciu minutach jazdy…

 

…meldujemy się w Chyżnem. To tu, jako 12-latek, pierwszy raz przekraczałem granicę Polski. Po posterunku celnym i długich kolejkach dawno już nie ma śladu. W zasadzie nie musielibyśmy stawać…

 

…gdyby nie rytuał zakupu słowackiej winiety. Tutaj niespodzianka: nasi sąsiedzi się zinformatyzowali i sprzedają wyłącznie winiety elektroniczne. Z pamiątki na szybie nici. Sprzedawczynię dziwi krótki numer rejestracyjny: „to historické vozidlo” – szpanuję łamaną, polsko-słowacką mową. Pani aż wychodzi z kantorka – żółtych tablic jeszcze nie widziała.

 

Kręte drogi przez urokliwe doliny Orawy i Wagu to przedsmak Alp. Byle pogoda wytrzymała – na razie jest cudowna!!

 

À propos pogody: gdy wyruszaliśmy, najwyższe przełęcze Stelvio i Gavia były wciąż zasypane śniegiem – 15 czerwca!! (zwykle otwierają się w połowie maja). Na facebookowe zapytania zarządcy dróg odpowiadali, że odśnieżają na dwie zmiany, ale nie gwarantują otwarcia do wtorku, kiedy planowaliśmy tam przejeżdżać. Gwóźdź programu stał więc pod znakiem zapytania, tym bardziej że prognozy zapowiadały deszcz. Chociaż tyle, że nie świeży śnieg…

Z dojeżdżającymi spod Bielska Pawłem i Moniką umówiliśmy się na 10.00h, na autostradowym parkingu Zamarovce pod Trenčínem. Kiedyś jadaliśmy tu tanie lunche, lecz dzisiejsze drogi przyspieszają dojazd, a ceny w euro wystrzeliły w kosmos – nie ma więc sensu napychać się na siłę przed południem. Witamy się, odbieramy od Pawła ładowaną z zapalniczki krótkofalówkę i wspólnie wyruszamy dalej. Razem zawsze raźniej!!

 

Do Austrii wjeżdżamy o 12:15. Sentymentów ciąg dalszy: zamiast autostrad znów wybieramy starą krajówkę przez Hainburg, którą kiedyś przecinała Żelazna Kurtyna i zapory przeciwczołgowe. W latach 90-tych zasieki znikły, lecz celnicy wciąż namolnie trzepali Polaków. Dalej zaczynał się inny świat: czysty, schludny, kolorowy… Dziś i tej granicy trzeba uważnie wypatrywać.

 

Austriackie wioski robiły niegdyś bajkowe wrażenie – czyste elewacje, wypielęgnowane ogródki, kwiaty w oknach, piękne auta… Dziś nasza prowincja jest bardziej zadbana, a na pewno ludniejsza i żywsza. Za to benzyna w Austrii tańsza od słowackiej – rzecz kiedyś nie do pomyślenia (porównanie ułatwia wspólna waluta). Gaworzymy o tym z Anią, a z Towarzyszami wymieniamy półsłówka przez radio.

 

Na tym odcinku zamiaruję fotografować więcej, lecz przytwierdzony do szyby smartfon mdleje w 35-stopniowym upale. Dopiero później Ania wpada na pomysł, by odłączyć ładowarkę, uchwyt przesunąć nad wylot klimatyzacji i podkręcić chłodzenie. Pomaga.

W stolicy Cysorza stajemy na peryferyjnym Park & Ride i wsiadamy do metra – czasy łatwego parkowania w centrum pamiętam wprawdzie świetnie, ale to było w poprzednim stuleciu. Wiedeń – niegdyś najbliższy nam skrawek Wielkiego Świata – pozostaje jednym z moich ulubionych miast, choć na tle Krakowa już nie szokuje. Może poza skalą postępowości: na chodnikach Starego Miasta feministki rozrzucają imitacje zużytych podpasek i tamponów, dookoła wyłączonego z ruchu Ringu cały dzień jeździ tęczowa parada Euro Pride puszczająca ogłuszającą muzykę techno, a pod katedrą, dla odmiany, trwa kontrmanifestacja konserwatystów pod hasłem „RODZINA = OJCIEC + MATKA + DZIECI” (ich oczywiście media zgodnie ignorują). Wszyscy oni, wraz z policyjnymi kordonami, okupują cały Ring i główny plac miasta.

Mundurowych i radiowozów chyba więcej niż w stanie wojennym. To nie są warunki do cieszenia się ulubionym miastem. Spacerujemy trochę po bocznych uliczkach, jemy lunch i Sachertorte z wiedeńską kawą, po czym wracamy metrem do aut.

 

Parada uniemożliwia przejażdżkę Ringiem, gdzie 27 lat wcześniej po raz pierwszy ujrzałem Mercedesa R129 z kierowcą rozmawiającym przez telefon (TELEFON !! W SAMOCHODZIE !!). Dajemy za wygraną i bierzemy kierunek na zachodzące słońce.

 

O 20.00h, przejechawszy od rana 540 km, dojeżdżamy na pierwszy nocleg, niedaleko St Pölten.

***

Niedziela, 16 czerwca. Z samego rana Facebook donosi, że Stelvio i Gavia otwarte!!

Program rozpoczynamy zwiedzaniem opactwa benedyktynów w Melku, skąd pochodził Adso – główny bohater „Imienia Róży” Umberto Eco (mojej ulubionej powieści ever). Naddunajski kompleks wygląda niesamowicie…

Foto: CucombreLibre, Licencja CC

 

…a jego średniowieczna biblioteka przywodzi na myśl wspomnianą powieść.

 

Czas jednak nagli, bo kolejny nocleg dopiero we Włoszech, tymczasem niebo ciemnieje.

 

Góry coraz wyższe, pułap chmur – wręcz przeciwnie. Zrywa się też wiatr, przy autostradowej prędkości głośno huczący w miękkim dachu

 

To przy takich zdjęciach wspomnienia wracają najsilniej – wszak fotki Koloseum i wieży Eiffla można znaleźć wszędzie. Po 746 km do 80-litrowego baku SL-a wchodzi 68,5l – średnio 9,2 na 100 km (głównie po autostradach, na tempomacie 130, z domieszką polsko-słowackich gór i wiedeńskich korków). Rozprostowanie kości, tankowanie, kawa z automatu z polskim wafelkiem – i jazda dalej.

 

Wiele zachodnich stacji i parkingów (również hotelowych) oferuje dziś ładowanie elektryków. Zajętych ładowarek w trasie nie widzieliśmy, ale elektryczne samochody często – głównie tubylców w miastach, ale i kilka Tesli z Norwegii (tam muszą mieć bardzo długie urlopy 🙂 ). Paweł ze śmiechem wskazuje napis „STOP HYBRID, GO V8″ na swoim bagażniku.

 

Niezmiennie uwielbiam austriackie drogowskazy: w lewo Niemcy, w prawo Włochy i Słowenia. To się nazywa wolność!!

 

Zjeżdżamy z Autobahnu i zbliżamy się do pierwszej górskiej premii – drogi pod najwyższym szczytem Austrii zwanej Grossglockner Hochalpenstrasse (dosłownie „wysokoalpejska droga pod Grossglocknerem”)

 

Drogę budowano pomiędzy 1931-35r., a więc przed Anschlussem. Ma ona kilka punktów kulminacyjnych: tunel pod uczęszczaną od starożytności przełęczą Hochtor (2.504 m n. p. m.), boczną dróżkę na Edelweisspitze („Wierch Szarotki”, 2.571 m – samochodowy wyjazd na szczyt to wielka rzadkość) i Kaiser-Franz-Josefs-Höhe (gdzie stoi chata Franciszka Józefa, położona pod prawdziwym lodowcem, 2.369 m).

Około 14.30h odpoczywamy w uroczym miasteczku Bruck an der Grossglocknerstrasse. Za chwilę czeka nas wyjazd 1.900 metrów wyżej, stromizną dochodzącą do 12%.

 

Szable w dłoń!!

 

Jednorazowy przejazd kosztuje aż 36€. Poborca, widząc naszego staruszka, potrząsa wątpiąco głową, czym wchodzi mi na ambicje – że niby ja nie wyjadę…?!?!

 

12% to nie w kij dmuchał. Rzędowa szóstka dzielnie ciągnie nas w górę przy 3-5 tys. obrotów, na ręcznie zablokowanym trzecim, a w zakrętach drugim biegu (w dużych górach stare automaty bezwzględnie potrzebują podpowiedzi). Mimo przenikliwego chłodu termometr wody wskazuje 100º, ale wyżej nie idzie. Niestety, na 2.000 metrów wpadamy w gęstą mgłę.

 

Na Edelweisspitze wyjeżdżamy śpiewająco. Jestem tu już trzeci raz (zdjęcie z 2002r. zamieszczałem TUTAJ) – i trzeci raz widoki mogę sobie tylko wyobrazić. Do tego mamy ledwie 5ºC i silny wiatr, lepiej więc uciekać do cieplutkiej kabiny.

 

Nie ma to jak lato w górach!!

 

Granica landów w środku tunelu

 

Niżej zaczyna się przejaśniać

 

Pod chatą Najjaśniejszego Pana niebo ciemne, ale nie pada, a lodowiec widać doskonale. Od lat cofa się on w szybkim tempie, jednak, o dziwo, tablice informacyjne nie grzmią o naszej odpowiedzialności, tylko opisują „odwieczny cykl natury, który raz skuwa Ziemię lodem, by za moment oddać zamarznięte obszary do dyspozycji flory i fauny – i tak w kółko, od milionów lat„. Cóż za odkrycie!!

 

W centrum turystycznym działa hotel, restauracja i kilka wystaw…

 

…w tym „najwyższa w świecie ekspozycja samochodów„, czyli całe dwa Citroëny (przedwojenny AC4 i współczesny C5 Aircross) oraz gablota z modelikami. Po chwili wybija 16.00h i zamykający przybytek strażnik grzecznie nas wyprasza.

 

Zjeżdżamy na południe. Powoli, na dwójce, lekko dohamowując przed zakrętami – bo z kilkunastoma kilometrami karkołomnego zjazdu naprawdę nie ma żartów.

 

Im bliżej Włoch, tym czystsze niebo

 

Malownicze miasteczko Heiligenblut

 

A oto i dno doliny – 600 metrów wyżej niż po północnej stronie

 

Gdyby ktoś chciał zobaczyć całą Grossglockner Hochalpenstrasse w słońcu, znalazłem odpowiedni onboard (kręcony w kierunku odwrotnym do naszego)

 

Włochy droższe, więc przed granicą jemy obiad i dotankowujemy: na jednej z najwyższych dróg Europy SL spala 10,9 litra na setkę.

Dzienny przebieg – 550 km. Nocleg tym razem agroturystyczny, w odludnej wiosce Terento / Terenten, kilkanaście kilometrów od głównej drogi. To zaleta Internetu: bez niego nie znaleźlibyśmy takich miejsc, a warto: jest sporo taniej, serdecznie, autentycznie i naprawdę uroczo.

Zachodnie miasta nie robią już na nas wrażenia, lecz chłopskie gospodarstwa wielkości małych PGR-ów – wciąż jeszcze tak. Przemiła, południowotyrolska góralka wita nas jak starych przyjaciół, opowiada o okolicy i cieszy się, że jej pensjonat trafi na bloga.

 

Dobranoc…

***

…i dzień dobry!! Aż trudno uwierzyć, że w sercu Europy Zachodniej, zaledwie chwilkę jazdy od wielkich miast, wciąż istnieją takie miejsca: zupełnie odludne, ciche, pachnące sianem, lasem i ekologicznym rolnictwem.

 

Plan na kolejne dwa dni, poniedziałek-wtorek 17-18 czerwca, zakłada kręcenie się po stosunkowo niewielkim obszarze dwujęzycznego, niemiecko-włoskiego Tyrolu Południowego (region opisywałem TUTAJ). W pierwszej kolejności – zwiedzenie górskich muzeów Reinholda Messnera.

75-letni dziś Messner to legenda alpinizmu (między innymi pierwszy w dziejach zdobywca wszystkich ośmiotysięczników), a także polarnik, polityk i założyciel sześciu multimedialnych muzeów opowiadających o górach. Zlokalizowane w starych zamczyskach, dostępnych tylko poprzez skaliste i leśne ścieżki piesze, przybliżają one mieszczuchom pierwotne doświadczenie przyrody. Wybór trzech z sześciu oddziałów obgadujemy z gospodynią podającą nam tradycyjne, wiejskie śniadanie.

Aplikacja pogodowa odwołuje zapowiadany wcześniej deszcz. W tak pięknych okolicznościach przyrody, z dala od korków i autostrad, można wreszcie otworzyć dach i wszystkimi zmysłami chłonąć świeżość poranka.

 

Tamten śpiew ptaków i zapach żywicy pamiętam do dziś

 

Monumentalne, ale nudne i drogie autostrady zostawiamy tym razem tirom i zagonionym przedstawicielom handlowym – sami wybieramy wąskie dróżki wzdłuż lodowcowego potoku

 

Główny oddział Messner Mountain Museum nazywa się Firmian, mieści w zamku Sigismond pod Bolzano / Bozen (stolicą regionu) i ukazuje temat konfrontacji Człowieka z Górami. Docieramy tam przed południem.

 

Na wejściu wita nas cytat z Hezjoda: „Tylko bogowie WIEDZĄ. My, śmiertelni, możemy jedynie PRZYPUSZCZAĆ„. W środku, bardziej niż eksponaty, interesuje nas sam zamek, jego położenie i aranżacja wystawy imitującej obcowanie z dzikimi górami. 

 

Chwilami naprawdę czujemy się jak alpiniści

 

Dużą część wystawy zajmuje sztuka o tematyce górsko-wspinaczkowej…

 

…i trójwymiarowe modele Himalajów.

 

Jest też galeria sław, które w górach pozostały na wieczność. Odnajdujemy tu Wandę Rutkiewicz i Jerzego Kukuczkę, który komplet ośmiotysięczników zaliczył jako drugi po Messnerze, ale w osiem, a nie szesnaście lat, no i za własne, PRL-owskie zarobki, bez milionów od korpo-sponsorów.

 

Rzut oka na dolinę Adygi i Bolzano / Bozen. Północ Włoch to podobno najintensywniej zagospodarowany fragment kuli ziemskiej: mimo trudnych warunków naturalnych wyrosły tu duże miasta i maleńkie wioski, rolnictwo, przemysł (z hutnictwem włącznie), turystyka letnia i narciarska, lotniska, autostrady… Do tego mamy nieskażone Alpy i najczystsze środowisko w całej Italii. Jak widać – da się. Twórcy gry „SimCity” powinni z tego zrobić najtrudniejszy scenariusz.

 

Na wyjeździe z parkingu przepala się nam żarówka przedniego pozycyjnego. Na pobliskiej stacji benzynowej bezproblemowo odnajdujemy wszelkie rodzaje alkoholi, pluszowych maskotek i pisemek dla panów, ale samochodowej żarówki brak – takie czasy. Na szczęście Paweł wygrzebuje ze schowka zestaw wszystkich możliwych żarówek (jednocześnie słusznie ochrzania mnie, że w 26-letnim aucie nie zmieniłem profilaktycznie wszystkich). Przy okazji dotankowujemy: 200 km dnem dolin, z lekko ujemnym przewyższeniem, daje wynik 8,7 litra.

Drugi najważniejszy ośrodek regionu, Merano / Meran, wygląda ładniej od przemysłowej stolicy, ale mijamy go podążając szlakiem Messnera.

 

Messner Mountain Museum oddział Ortles zajmuje murowany „bunkier” w Sulden, prawie 2.000 metrów n. p. m. Niestety, wiele obiecująca wystawa na temat śniegu i lodu trochę nas rozczarowuje (zawiera głównie współczesne malarstwo, a sam obiekt całkiem nieciekawy). Chyba lepiej byłoby pochodzić po Merano…

 

Nie zawodzą za to kolejne mijane miasteczka

 

Ponieważ pogoda dopisuje, a czerwcowy dzień długi, muzealny zawód rekompensujemy sobie nadprogramowym, 20-kilometrowym wypadem na przełęcz Passo Resia / Reschenpass, gdzie znajduje się granica z Austrią, oraz…

 

…stary kościół zatopiony przez sztuczny zbiornik retencyjny. Jedyny-taki-zobacz!! (jeszcze ciekawiej wygląda to zimą: LINK)

 

Na obiadokolację – włoska pizza w tyrolskim otoczeniu

 

Paweł z Moniką uwielbiają koty

 

Południowy Tyrol w pigułce: białe autko przyjechało zapewne do PANIFICIO, czarne – do BÄCKEREI (oba słowa z szyldu oznaczają piekarnię, tylko w różnych językach 🙂 )

 

Dzienny przebieg – 182 km. Z pokoju tym razem widzimy cywilizację.

***

Dzień 4, 18 czerwca, wtorek. Dziś czekają nas najwyższe góry, Stelvio i Gavia, ale najpierw jeszcze jedno muzeum Reinholda Messnera: zamek Juval w dolinie Venosta / Vinschgau. Udostępniony tylko latem, przez resztę roku służy rodzinie Messnerów za dom.

Z parkingu zabiera nas wahadłowy autobus, potem jeszcze chwilę idziemy – zgodnie z planem założyciela, kontemplując związki człowieka z naturą.

 

Zamek strzeże całej doliny: „widząc nadciągających gości masz tutaj dość czasu by zdecydować, czy przywitać ich winem, czy wrzącą smołą” – opowiada przewodnik o aparycji celtyckiego druida.

 

Ekspozycja ukazuje sztukę ludów wysokogórskich (głównie Tybetu i Andów). Mieści się w prywatnych pokojach Messnerów, gdzie nie wolno foto… powiedzmy, że ich tu nie pokażę. Turyści chodzą po normalnych schodach, ale gospodarze zrobili sobie skrócik.

 

Ta ściana zakończyła wspinaczkową karierę Reinholda Messnera: pewnego wieczora zapomniał on bowiem klucza i postanowił przejść górą. Zdobywca najtrudniejszych gór świata wchodząc do własnego domu niefortunnie wylądował na pięcie – odniesiony uraz uniemożliwił mu dalsze wyczyny.

 

Powrót autobusem

 

Wtem…!!

 

Z soczystej wiązanki w tyrolskim dialekcie, którą pani kierowczyni puściła przeciwnikowi, zrozumiałem tylko „Ty … miałeś jechać 4 minuty temu, rozkładu nie znasz…?

 

Podjazd pod najważniejszą górską premię wyjazdu – Passo Stelvio / Stilfserjoch – rozpoczynamy tuż przed południem. Ponad półtora kilometra przewyższenia na dystansie 21,5 km, do tego łącznie 75 serpentyn (z obu stron). Trakt w latach 1820-25 wybudowali Austriacy, do których należał wtedy zarówno Tyrol (wschodnia strona przełęczy) jak i Lombardia (strona zachodnia, etnicznie włoska). Droga jest bezpłatna, lecz ciaśniejsza niż pod Grossglocknerem i bardziej stroma: przeciętnie 7,1%, maksymalnie ponad 15 (tam – odpowiednio 5,7 i 12), ponadto bardzo zatłoczona: sława tego miejsca przyciąga samochodziarzy i motocyklistów, ale też tysiące rowerzystów i biegaczy (!!) z całej Europy. Passo Stelvio to dla wszystkich wyzwanie ostateczne.

Przed odbiciem w górę znów dotankowujemy, by dokładnie zmierzyć spalanie w ekstremalnych górach. Na dole temperatura przekracza 30 stopni: cyklistów to nie zraża, ale nasz smartfon znów gaśnie. Podkręcam klimę i modlę się, żeby układ chłodzenia dał radę.

 

Widzicie tę najwyższą górę w centrum? Przełęcz jest na prawo od niej, 2.760 n. p. m. Ćwierć kilometra wyżej niż Rysy.

 

Podjazdu nie fotografowaliśmy, bo smartfon był zajęty filmowaniem. Szczęśliwie dał radę (hałas pochodzi głównie z pracowicie chłodzącej go klimatyzacji). Całości pewnie nikt nie oglądnie, ale polecam moment 27:50.

 

Udało się!! Wprawdzie z redukcjami do jedynki na ostatnich agrafkach i temperaturą wody dochodzącą do 105º, ale szczęśliwie. O 12.30h parkujemy na przełęczy. Pięknych aut wszędzie pełno, bo dziś jeździ się tutaj wyłącznie dla przyjemności. 

 

2.760 metrów!!

 

Tędy przyjechaliśmy

 

Tutejszy ośrodek narciarski, jako jeden z nielicznych w świecie, działa WYŁĄCZNIE latem, bo zimą nie ma dojazdu. W tym roku drogowcy przetarli szlak rekordowo późno – 16 czerwca, zaledwie dwa dni przed naszą wizytą.

 

Czas zjeżdżać. Silnikowi przegrzanie nie grozi, pilnować trzeba za to hamulców – auto bez gazu przyspiesza na dwójce, a lombardzkie Bormio leży 300 metrów poniżej strony tyrolskiej (łącznie tracimy 1,8 km wysokości).

 

Na kilku wirażach stoją fotografowie cykający wszystkie mijające ich pojazdy, z transparentami #curvafoto (przepraszam, nie mogłem się powstrzymać 🙂 ). Pliki można ściągnąć z ich strony za kilka euro.

Nas niestrudzenie fotografuje Monika – zupełnie gratis 🙂 (jako podążający za nami, Towarzysze mają niestety niewiele zdjęć w aucie). Z prawej widać pozostałości starej, nieużywanej już drogi.

 

Fotka tytułowa od drugiej strony

 

Pewnie słabo widać – to stare Porsche 911

 

Od razu po najwyższej i najsłynniejszej przełęczy czeka nas druga górska premia – Passo Gavia (bez nazwy niemieckiej, bo to już Lombardia). Gavia leży niewiele niżej – 2.650 metrów – ale droga jest znacznie węższa, dziksza i momentami pozbawiona barier. Chociaż tyle, że pusta – tutaj przyjeżdża mniej turystów, choć motocykli i rowerów też sporo. Zagęszczenie cyklistów w ogóle szokuje, zwłaszcza takich wyglądających na 60-70 lat i wydrapujących się prawie dwa kilometry w górę, w niemiłosiernym upale!! Najwidoczniej kultura fizyczna stoi tu na zupełnie innym poziomie.

Zniszczona nawierzchnia przeforsowała niestety stabilizację obrazu, a chwilowe przegrzanie telefonu (mimo klimatyzacji) wycięło około minuty materiału

 

Na przełęczy parkujemy o 15:40h. Temperatura wody poniżej 100ºC – być może ze względu na płynniejszy ruch.

 

Strony południowej, którą zjeżdżaliśmy, nie polecam bojaźliwym: jest wąsko i ciasno, w dużej części bez zabezpieczeń. Od czasu tragicznego wypadku wojskowego autobusu, który w 1954r. spadł w przepaść grzebiąc 18 osób, na Passo Gavia obowiązuje zakaz ruchu pojazdów powyżej 3,5 tony DMC.

 

Dwa tygodnie wcześniej odwołano zaplanowany tu etap Giro d’Italia, bo pokrywa śnieżna sięgała trzech metrów – rzecz niespotykana w czerwcu. Dziwnie jedzie się przez biały tunel, kiedy godzinę wcześniej temperatura przekraczała 35 stopni.

 

 

Z Passo Gavia zjeżdżamy do Ponte di Legno – górskiego miasteczka znanego nam z wyjazdów narciarskich.

Ponte di Legno znaczy „drewniany most” (w tle widać rzeczone stoki narciarskie). Spacerujemy chwilę po centrum…

 

…po czym pędzimy do znajomego hotelu Domina Dello Stelvio w Cogolo, którego właściciel, Maurizio, kilkanaście miesięcy temu udostępniał mi Pandę 4×4. Droga wiedzie jeszcze przez Passo Tonale (1.883 metry), ale po dwóch poprzednich przeprawach taki pagórek ledwie zauważamy.

Jeśli ktoś pamięta onboard z wąskich ulic Cogolo – tak, Mercedesy szerokie na 181 i 185 cm przejeżdżają tam równie bezproblemowo jak Panda. Przez całe dwa tygodnie nie mieliśmy zresztą kłopotów ze zmieszczeniem się gdziekolwiek czy parkowaniem, choć przed wyjazdem trochę się o to bałem.

 

Dzienny przebieg wychodzi nieduży – 183 km – ale z sumą przewyższeń, jaką naprawdę trudno pobić w jeden dzień.

Po kolacji przechadzamy się jeszcze po znajomej wiosce, lecz w nietypowych, letnich okolicznościach

***

Dzień 5, środa, 19 czerwca. Dziś opuszczamy wysokie Alpy, lodowce i trzymetrowy  śnieg, kierując się nad Morze Śródziemne.

Po wczorajszych męczarniach Pawłowe V8 domaga się dolewki oleju, ale SL twardo trzyma maksimum. Bynajmniej nie od wyjazdu, a od wymiany, czyli zeszłej jesieni.

 

By dojechać do Brescii, musimy wrócić przez Passo Tonale. Swojski ośrodek narciarski strasznie dziwnie wygląda w zieleni.

 

Po zjeździe tankujemy: ekstremalne góry w postaci Stelvio, Gavia i 2x Tonale (to ostatnie, znane mi na pamięć, jechaliśmy naprawdę dynamicznie) pochłaniają 13,3 litra na 100 km – to najwyższy wynik na całej trasie. Dalej zjeżdżamy w kierunku morza. Do Brescii mamy 150 km.

Upał szybko staje się nieznośny, zamykamy więc dach. Klimatyzacja SL-a jest niesamowita: sekundy po włączeniu wieje autentycznym lodem (nawiewy odsuwam na bok, bo palce na kierownicy drętwieją). W południowym słońcu przy 38ºC wystarcza drugi z czterech biegów dmuchawy, a powyżej 40-50 km/h – nawet pierwszy. Paweł wyjaśnia, że R129 ma klimę projektowaną dla W140 – auta o nieporównywalnej kubaturze kabiny.

W południe docieramy do Brescii, skąd w latach 1927-57 startował Mille Miglia – słynny, jednoetapowy wyścig do Rzymu i z powrotem. Oczywiście zajeżdżamy do jego muzeum.

 

Muzeum Mille Miglia, podobnie jak zamki Messnera, doskonale wprowadza w atmosferę

 

W pierwszej sali wita nas O.M. 469 z 1930r. – model zapomnianej dziś firmy z Brescii, która wygrała pierwszą edycję wyścigu. Sukcesu nigdy powtórzyła, ale ten jeden raz stworzył całą tożsamość marki, do końca jej istnienia.

 

Dalej mamy cały szereg małoseryjnej, sportowej włoszczyzny, jak np. Stanguellini na bazie Fiata 1100…

 

…Bandini 750…

 

…kolorystycznie niepasujące tu Moretti

 

Giaur Sport z firmy Meccaniche Taraschi

 

Abarth 750

 

…albo prawdziwa Cisitalia.

 

Z bardziej znanych rzeczy – Fiat 509

 

…Maserati 250S

 

…kilka zwykłych Alf-Romeo

 

…oraz Lancii

 

…a także samobieżny warsztat na Fiacie 500 Topolino.

 

Z zagranicy – Bentley 4½ Litre

 

…autentyczne Bugatti…

 

…oraz dwa Mercedesy SL, opisywane jako samochody turystyczne. Coś o tym wiemy 🙂

 

Poza samochodami można obejrzeć wyposażenie stacji benzynowych…

 

…oraz warsztatów…

 

…rysunki techniczne…

 

…cuda techniki współczesnej…

 

  …i dawnej…

 

…a także fragmenty autentycznych nawierzchni drogowych z różnych epok.

 

Przy wyjściu napotykamy karabinierów zamykających ulicę. Mówią, że zaraz pojedzie tu wyścig kolarski i nie będzie przejazdu przez trzy godziny. Mamma mia!! – mówię – mamy przed sobą daleką drogę, a jeszcze chcieliśmy wasze piękne miasto oglądnąć!! „Do centrum? Dobra, zdążycie” – mówią mundurowi – „tylko sprawnie, żeby was kolarze nie złapali„. I jak tu nie kochać włoskiego podejścia do życia…?!

W centrum Brescii stajemy na podziemnym parkingu (wcale niedrogim, przy samych murach Starego Miasta) i w popołudniowym skwarze idziemy oglądać prawdziwą Italię, już bez domieszek alpejsko-germańskich.

Ruiny forum i świątyni Triady Kapitolińskiej z czasów Wespazjana

 

Piazza della Vittoria – monumentalny plac wzniesiony przez Mussoliniego kosztem zburzenia średniowiecznej zabudowy (!!)

 

Trzy katedry na jednym placu – to chyba możliwe tylko we Włoszech!! Pierwsza, malutka, pamięta rzymskich cesarzy, w X wieku nadbudowano nad nią większą, a gdy i ta przestała wystarczać – obok postawiono całkiem nową (budowa trwała 220 lat – 1604-1825).

 

Powyżej widzimy tylko katedrę drugą (Duomo Vecchio – okrągła, z prawej) i trzecią (Duomo Nuovo – biała, po lewej). Najstarsza kryje się pod dzisiejszym poziomem gruntu – można tam zejść po schodkach w podłodze Duomo Vecchio.

 

Brescię opuszczamy o 16-tej. Od śniadania nic jeszcze nie jedliśmy, a do zaplanowanego noclegu w La Spezii, nad samym morzem, mamy 220 km – z bólem decydujemy się więc na autostradę.

Nizina Padańska – płaska, nudna i rozpalona jak patelnia – to najbrzydsza część Włoch. Z ciężkim sercem płacimy myto, by jak najszybciej mieć to za sobą.

 

Wieczorem, po łącznie 375 km, La Spezia wita nas ciepłą bryzą i pierwszym widokiem Morza Śródziemnego. To typowe miasto przemysłowo-portowe, lecz jego wybór na bazę nie jest przypadkowy.

***

Dzień 6, czwartek, 20 czerwca. La Spezia jest brzydka i cuchnie portem, ale leży zaraz obok pięciu malowniczych wiosek rybackich, przyklejonych do morskiego klifu: Monterosso, Vernazza, Corniglia, Manarola i Riomaggiore, razem zwanych Cinque Terre („pięć wsi”). Przez setki lat były one dostępne tylko od morza, dziś obsługuje je pociąg z La Spezii – stąd taki wybór noclegu. 24-godzinny karnet na nielimitowane przejazdy pomiędzy wszystkimi sześcioma stacjami (Cinque Terre + La Spezia) hotelarz przynosi nam do śniadania i wlicza w rachunek.

W samych wioskach, zwłaszcza w sezonie, panuje tłok, jednak widoki wynagradzają wszystko

 

Komu nie przeszkadza blisko 40-stopniowy upał i wystawione na południe stromizny, może zaopatrzyć się w wodę i przynajmniej część trasy przejść nadmorskimi ścieżkami. Skądinąd uważam, że częścią sekretu długowieczności południowych Europejczyków – poza wewnętrznym wyluzowaniem i śródziemnomorską dietą z oliwą i czerwonym winem – jest właśnie rzeźba terenu wymuszająca nieustanny wysiłek.

Tam, gdzie prawie każdy chodnik przypomina strome schody, wyjście po bułki z powodzeniem zastępuje trening na siłowni. I tak codziennie, przez całe życie – z rezultatem w postaci bezrobotnych kardiologów i siwych staruszków wyjeżdżających rowerami na Passo Stelvio.

 

Z pięciu wiosek zwiedzamy cztery, częściowo pieszo. Pochłania to siedem godzin i kilka litrów zimnej wody, którą po drodze za darmo pobieramy z ogólnodostępnych ujęć. Do La Spezii wracamy po 16-tej. Wsiadamy do zapakowanych już aut, które hotelarz zgodził się przechować do popołudnia, i wyjeżdżamy na autostradę w kierunku zachodnim – na Genuę i granicę francuską.

W Italii nawet przemysłowe porty prezentują wysmakowaną architekturę

 

Jeśli jakąkolwiek autostradę można nazwać ciekawą, to w pierwszej kolejności tę: La Spezia – Genua – Nicea. Poprowadzona wzdłuż gór schodzących w morze, składa się ona w większości z wiaduktów i tuneli, bez pasa awaryjnego, a jej profil jest kręty i górzysty. Kierowca nie nudzi się ani przez chwilę, mimo że szybkość rzadko przekracza 110 km/h (zwłaszcza w starym aucie, wymagającym uwagi w łukach i zmiany biegów przy byle spowolnieniu czy pochyłości).

 

Pełno tu kamieniołomów, a całkiem niedaleko leży słynna Carrara – zagłębie najlepszego w świecie marmuru, z którego od starożytności wykonywano najpiękniejsze budowle i rzeźby (sam Michał Anioł często tam podróżował, by osobiście wybierać najdorodniejsze bloki kamienia).

 

Tak, to już całkiem niedaleko – informacje drogowe przekazuje Radio Monte Carlo

 

Po drodze przejeżdżamy przez Genuę, gdzie w sierpniu 2018r. zawalił się autostradowy wiadukt Polcevera pochłaniając 43 ofiary śmiertelne. Cały ruch do południowej Francji i dalej, na Półwysep Iberyjski, idzie więc przez centrum miasta, arteriami obsługującymi genueński port. O dziwo, nie stwierdzamy korków – w dzień powszedni o 18.00h!! Na wielopasmowych alejach mamy zieloną falę i już po krótkiej chwili wspinamy się rampami ponad zabudowania, na zachodnią część obwodnicy. Strach pomyśleć, co będzie, gdy na południe Europy dotrą miejscy aktywiści, którzy każą zdemontować szerokie drogi i estakady, a w ich miejsce nastawiać drewnianych palet albo betonowych doniczek.

Z autostrady zjeżdżamy pierwszym ślimakiem we Francji – do Menton, miasteczka, gdzie w latach 90-tych kilkakrotnie spędziłem z rodzicami wakacje. Ostatnie 30 km do Nicei jedziemy brzegiem morza: w ten sposób oszczędzamy na drogim, francuskim mycie, a przy okazji objeżdżamy legendarny, uliczny tor wyścigowy w Monaco.

 

W Nicei robimy jeszcze żywnościowe zakupy w supermarkecie i o 22.00h, przejechawszy od La Spezii 320 km, meldujemy się w hotelu – tym samym, gdzie trzy lata temu rezydowaliśmy wypożyczając klasyki (LINK1 LINK2 LINK3).

C.D.N.

 

Wszystkie nieoznaczone zdjęcia są pracami uczestników wyjazdu

Share Button
Tagi: , , , , , , ,
54 comments on “STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: GRANDE GRAN TURISMO, cz. I
  1. Fabrykant pisze:

    Cuś pięknego. Uczta. Podoba się jak cholera! Wspaniałe widoki na Stelvio. Cinque Terre, Monte Carlo, wyścigowa włoszczyzna. Bosssko!

    Nasuwa mi się pytanie: na jakich oponach przejeżdżałeś Edelweissy i Stelwia?

    • SzK pisze:

      Na zwykłych letnich. Temperatura była plusowa i tym razem nikt nie kontrolował opon.

      W 2001r. gdy wracaliśmy z Chorwacji, na rondzie stał policjant i bez zimówek nie pozwalał jechać do chaty Cysorza, ale i wtedy główną drogę i Edelweiss dało się zaliczyć. A tym razem na Franz-Josefs-Hoehe było całkiem sucho i znacznie cieplej (to jest zresztą południowa strona gór).

  2. K1 pisze:

    Cudowna relacja.
    Piękne zdjęcia, opis jak zawsze najwyższych lotów. A na deser filmy.
    Co do aktywistów miejskich. Na Zachodzie rodzą się różne idee (chyba to też efekt uboczny dobrobytu) i sa eksportowane na siłę do krajów takich jak Nasz.

  3. Klakier pisze:

    Nie ma to jak „trasa życia” a w kadrze zamiast czystej drogi lub w ostateczności jakiegoś cabrio z fajną dziewczyną wbija się master do przewozu cebuli 😉

    A teraz serio , jak czytam i oglądam Szczepanie te twoje relacje z wyjazdów to mój organizm zaczyna działać w trybie „rzucaj wszystkim ładuj dziewczyny (żonkę i córcię)bety do auta i jedź” serio świetnie opisane świetnie udokumentowane , pobudzające wyobraźnię super miejsca. Zastanawiałem się przez chwilę czy mój klamot z o litr mniejszym silnikiem dałby radę ale na filmie zobaczyłem że dały radę takie same więc się uspokoiłem :)I teraz sedno , dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają i głupio mi się pytać, oczywiście nie nalegam , ale czy mógłbyś przynajmniej ramowo przybliżyć koszty tej wyprawy?
    AAA i jeszcze coś ,te wszystkie miejscowości i drogi to są standardowo takie puste czy to efekt pozasezonowej wyprawy?

    • SzK pisze:

      Co do klamota: drogi pod Grossglocknerem i Stelvio przejeżdżali kierowcy przedwojenni (w tym Witold Rychter), a w latach 50-tych hasali tam Niemcy jednocylindrowymi Isettami. Jeździło się na jedynce 15 km/h, przy permanentnie gotującej się wodzie uzupełnianej z ogólnodostępnych studni po drodze, ale się dojeżdżało 🙂 Ja po raz pierwszy jechałem tam z rodzicami, Civikiem 1.4 z 1996r. Każdy normalny samochód jest w stanie pokonać każdą drogę publiczną na świecie – tym bardziej, że w najważniejszych krajach produkujących samochody podobne drogi to codzienność (w większości trochę krótsze i niższe, ale o podobnym profilu).

      Koszty – w sumie około 14 tys. zł, na 15 dni, dla dwóch osób. Z tym że dość paliwożernym autem (z całego wyjazdu wyszło 9,9 litra benzyny na 100 km), z paroma kolacjami, które mogłyby być tańsze (ale to w sumie może kilkadziesiąt € różnicy), i biletami na szwajcarski pociąg na Jungfraujoch, o którym będzie mowa w drugiej części, a za które można byłoby jechać na niedrogie wakacje (ponad 200 CHF od osoby – to chyba najdroższy pociąg świata, ale też wyjątkowy). Reszta była raczej dość ekonomicznie rozwiązana. Najbardziej dają w kość noclegi, bo dzisiaj trudno zarezerwować coś z góry poniżej 70€ za dwuosobowy pokój, podczas gdy jeszcze nie tak dawno spało się za 30-40.

      Aha – my mieszkamy w Krakowie, a to dosyć mocno skraca dojazd. Z domu poza granicę Polski wyjeżdżamy szybciej niż niejeden warszawiak poza granicę aglomeracji 🙂

      Jak chodzi o ruch – nie powiedziałbym, że było jakoś bardzo pusto. Zdjęcia są oczywiście powybierane, no i w korkach ich raczej nie robiłem. Rowerów i motocykli sporo. Czy zawsze tak jest? Nie wiem, nie jeżdżę tam codziennie, ale na większości z tych dróg byłem przynajmniej 2-3 razy i chyba było podobnie. Ale to zbyt mały materiał statystyczny.

      • Klakier pisze:

        Dziękuję za odpowiedź i zawarte informacje, w sumie ja tam do granicy z Czechami mam ponad połowę bliżej niż do Krakowa tak że też zbyt długo po naszych drogach nie musiałbym jechać . Generalnie mnie nakręciłeś tym opisem ,teraz muszę nakręcić moje dziewczyny bo one raczej preferują stacjonarny tryb wypoczynku 😉 .
        I jeszcze jedno, temperatura silnika w twoim Mercedesie, wydaje mi się że to standardowa temperatura pracy tych silników a raczej standardowe wskazania wskaźników z tego okresu, wskaźniki te pracowały liniowo czyli wskazywały mniej więcej faktyczną temperaturę pracy jednostki. Mój były passat b3 również tak pokazywał że za pierwszym razem mało zawału nie dostałem jak wskazówka poszła w kosmos a wentylatora nie było słychać bo nie dość że zadziwiająco cicho pracował to pierwszy stopień pracy miał próg 105 stopni c a drugi 112, teraz wskaźniki pokazują (jak są) 90*c lub „normal” w zakresie od 70-110*c chyba żeby użytkownicy nie musieli mdleć
        Pozdrawiam.

      • SzK pisze:

        Co do nakręcania Rodziny: taki wyjazd może być męczący. My jesteśmy specyficzni, z ogromną pasją poznawania świata, ale wiem, że wielu ludzi nie lubi wakacji polegających na wstawaniu codziennie jak do pracy, kilkuset kilometrach w samochodzie, codziennym rozpakowywaniu się wieczorem i pakowaniu rano, itp. To może być wspaniałe przeżycie, ale raczej nie dla każdego.

        Gdybyś chciał więcej informacji, to chętnie opowiem wszystko na priv albo przez telefon, jeśli podasz mi kontakt przez formę kontaktową.

        Z temperaturą silnika generalnie nie było tragedii, ale to nie jest mój pierwszy Mercedes i nigdy takich historii nie miałem. Wiele wyjaśniło się dopiero później, ale o tym napiszę w drugiej części 🙂

      • Carman pisze:

        Ja wyjeżdżając na Stelvio 3 lata temu moją 156’ką dwa razy (bo z przerwą na podziwianie okolicy) wyprzedzałem takie BMW: https://ibb.co/L6W1cQr
        Skoro Ci wyjechali (z prędkością nie większą niż 20km/h) to nic nowszego nie powinno mieć problemów 🙂 .

        Co do kosztów to można sporo taniej przy rezygnacji z hoteli/pensjonatów na rzecz kempingów. I to wcale nie mówię tu o namiotach czy spaniu w samochodzie. Spora część tego typu placówek oferuje domki z normalnymi łóżkami (w tym roku płaciliśmy od 30 do 50 EUR za 3 osobowe domki).

      • Jakub pisze:

        Szczepanie, a co do tych studni – to już pieśń przeszłości, czy faktycznie można jeszcze gdzieś przy górskiej drodze nabrać wody do chłodnicy? Przyznam, że po przeczytaniu reportażu rozmarzyłem się o podobnej podróży oldtimerem…

      • SzK pisze:

        Nie widziałem żadnej, ale być może słabo patrzyłem.

        Jak wrócę do domu, postaram się znaleźć stare fotki przy ujęciach z wypisanym gotykiem słowem „WASSERDIENST” 🙂

        Jeśli pamiętasz test Pontona własności Mirka – on ma na grillu plakietkę spod Grossglocknera, był też w Rumunii, a na przyszły sezon planuje Albanię. Tak że tego…

  4. Sławomir pisze:

    Świetna relacja – zarówno w warstwie wizualnej jak i tekstowej. Gran Turismo jak się patrzy. Z niecierpliwością czekam na kolejną część.
    Zaciekawił mnie twój komentarz o austriackich wioskach – czy różnica w ich postrzeganiu wynika z tego, że dogoniliśmy mityczny „Zachód”, czy też te wioski nieco podupadły? Jeśli tak, to wiesz może co jest tego przyczyną? Migracje młodych ludzi do dużych miast, czy zmiana struktury ludności?
    I malutka, maluteńka szpilka, ale wrodzony pedant i perfekcjonista nie pozwala mi przejść obojętnie: rozumiem, że te niebieskie prostokąty na asfalcie parkingu przy ośrodku przy Passo Tonale to nie wielkie pole do gry w klasy, tylko wyznaczone miejsca do parkowania? 😉 Przepraszam, musiałem, więcej nie będę!

    • Fabrykant pisze:

      Co do Austrii to mam identyczne przemyślenia jak Autor. Jeżdżę mniej więcej co roku. W latach 90-tych jechało się do Austrii jak do lepszego świata, mitycznego Zachodu, który wyraźnie odróżniał się od tego co było przed granicą. Wiedeń wydawał się wtedy oazą nowoczesności z postmodernistyczną i neo-modernistyczną świeżutką mieszkaniówką (jestem architektem, zatem mam spaczenie na budynki). Wszystko czyste i zadbane, dopasione o zieleń, małą architekturę, zadaszone przystanki i niskopodłogowe tramwaje wyglądające jak z XXI wieku, w przeciwieństwie do naszych przaśnych kanciaków typu Konstal 805, do których wspinało się po trzech stopniach.
      Austria w latach 90-tych też przeżywała dolce vita, a przynajmniej samochodowo – na autostradzie były wtedy same prawie nowe samochody, podczas gdy u nas jeszcze sporo Maluchów i Polonezów, a z zachodnich – mnóstwo strucli i starzyzny.
      Od tamtego czasu nastąpiły wielkie zmiany, znacznie większe po naszej stronie, ale po tamtej także. Granica czesko – austriacka stała się de facto niewidzialna – oprócz tabliczki z napisem nic już nie wyróżnia tamtych wiosek od tych – poziom zupełnie taki sam. Tymczasem polskie miasta wyposażyły się w nowoczesne osiedla, o piętnaście lat młodsze i w bardziej wyrazistej niż w Wiedniu architekturze, samochody zmieniły się na nowe, dużo zostało odnowione. Tymczasem w Wiedniu wszystko zostało mniej więcej takie samo, tylko jest starsze o piętnaście lat, postmodernizm stał się w międzyczasie lekkim pośmiewiskiem, a neo-modernizm kierunkiem obowiązującym wszędzie, także i u nas. Aktualnie przedmieścia Wiednia nie wytrzymują porównania z nowymi osiedlami w Warszawie, Poznaniu i Krakowie, nowymi projektami w centrum Katowic (Muzeum Śląskie, Centrum Kongresowe, Orkiestra Symfoniczna) – mają dużo bardziej monotonną stylistykę, przy tym nie wyglądają już świeżo. Samochody w Austrii też są już nie tyle gorsze, co mniej nowe niż u nas. Nie mówiąc o tramwajach.
      Największy szok „odwrotny” przeżyłem kilka lat temu w Paryżu, kiedy to udałem się do supermarketu Carrefour całkiem blisko centrum (bodaj w 19 dzielnicy). Otóż regały sklepowe i to co na nich były całkiem jak w Polsce, nowe i świecące – natomiast cała reszta – góra budynku, stropy, filary i instalacje pochodziły z lat 70-tych i były ewidentnie nigdy nie odnawiane, bodaj nigdy nie czyszczone z kurzu i wiekowego przyszarzenia. U nas – nie do pomyślenia. Najstarszy hipermarket w moim mieście pochodzi z końcówki lat 90-tych, to jest 20 lat różnicy i to ewidentnie widać. Nie sądzę też, by uchował się u nas jakikolwiek przaśny markowy hipermarket bez remontu.

      • Daozi pisze:

        Pozwolę sobie dodać, że jeszcze silniej odczułem coś podobnego w Danii i Szwecji, do której czasami jeździmy. Widać dobrobyt, ale budowany w latach 70-tych / 80-tych, wszystko jest takie „przygaszone”. Wnętrza są bogate, ale na zewnątrz budynki wyglądają na, używając określenia samochodowego, spatynowane. Inną kwestią jest skandynawski minimalizm, nawet nowo budowane domy i bloki wyglądają skromniej niż u nas – przynajmniej z zewnątrz.

    • SzK pisze:

      Co do Austrii – Fabrykant wyjaśnił wszystko w 200% profesjonalnie (bez przedrostka „pół-„).

      Co do parkowania – masz rację. Na usprawiedliwienie powiem tylko, że byliśmy sami na wielu hektarach parkingów (zimą przyjeżdża tam tysiące narciarzy, latem prawie nikt) i staliśmy dosłownie kilka minut, nie oddalając się od samochodów. Ale uwaga jest całkiem słuszna, więc biję się w pierś.

      • wojluk pisze:

        Może i dogonilismy, ale standard życia w Austrii nadal wyższy. Przy przeciętnych zarobkach około 3k€ tam i 3kPLN u nas T-Roc tam kosztuje 17k€, a u nas pewno z 70kPLN. Przypomniała mi się ta analiza z tego rocznego pobytu w Wachau.
        W Wiedniu nasza 19 letnia fura wyraźnie dostawała od reszty samochodów (przeciętnie 4latkow), natomiast w Wachau i Weinviertel średnia wieku samochodów wyraźnie skoczyła do góry.
        To takie luźne przemyślenia i próba wyjaśnienia dlaczego wiele osób z mojego regionu pracuje we Wiedniu.
        A Szczepanowi bardzo gratuluję wyprawy i relacji z niej. Aż chciałoby się zaraz pakować i jechać. Zresztą podobnie jak po relacjach szanownej Fotodinozy.

  5. SP pisze:

    Wciągająca opowieść i piekny SL. Mam nadzieję , że kiedyś będzie mi dane podążyć tym samym szlakiem .

  6. Pierr pisze:

    Aaaa 😮

  7. krzysiek3452 pisze:

    Echh przypomina mi się mój wakacyjny wyjazd 2 lata temu. Niestety jechałem paroletnim dieslem, ale to bardziej z względów ekonomicznych.
    Jechałem odcinek autostrady z Monaco do Włoch – najlepsza autostrada jaką jechałem w życiu. W tedy zrozumiałem że 130 na tempomacie jest średnim pomysłem nawet w współczesnym aucie.
    Czekam na dalszą część relacji z niecierpliwością, może uda mi się namówić kilku znajomych i udać na wyjazd w celu zdobycia kilku przełęczy w klasykach. Jedynie będę jechał dzień dłużej bo z północy Polski mamy te parę km więcej 😉
    Jeszcze jedno pytanie, jak hamulce po całej trasie? Zwłaszcza na zjazdach?

    • SzK pisze:

      Hamulec działa normalnie do dziś 🙂 Oczywiście przednie felgi szybko poczerniały, ale umyliśmy auta w Nicei 🙂

  8. Sławomir pisze:

    Austrii i „okolic okołoalpejskich” nie znam w ogóle (stąd też moje pytanie), ale czy przypadkiem jeśli chodzi o auta, to nie chodzi o to, że skoro kupiony jako nowy i zadbany samochód wciąż jeździ, ma klimatyzację, ABS, ESP i radio z Bluetoothem, to statystyczny Gruber czy Huber nie czuje potrzeby jego wymiany co 3 lata? Oczywiście w przypadku gdy auto staje się dla właściciela tylko środkiem transportu, a nie przedmiotem pasji (daj Boże) czy (nie daj Boże) narzędziem do przesadnego epatowania swoim stanem materialnym (zwłaszcza, że często to tylko prezentacja zdolności kredytowej, a nie realnego bogactwa).
    Skojarzyło mi się to z sytuacją na drogach w Tallinie i Helsinkach. W tym pierwszym ilość luksusowych/szpanerskich samochodów na ulicach jest o wiele większa niż w Helsinkach, mimo, że ludności jest 3x mniej, a jej siła nabywcza per capita jest o wiele niższa. Podobnie na estońskiej wsi, gdzie średnia wieku aut jest sporo niższa niż w Finlandii. Co ciekawe, funkcjonuje tam specyficzny dualizm mentalny, bo z jednej strony auto (a przynajmniej tak mi się wydaje na podstawie moich obserwacji) jest sposobem na zaprezentowanie swojego statusu w społeczeństwie, ale z drugiej strony skandynawskie wpływy zrobiły swoje, bo widać, że większość bardziej ceni 3-letniego Ceeda czy Golfa od 10-letniej „beemki”. Chociaż gdy kogoś stać, to widać, że szczytem marzeń jest niemieckie auto klasy wyższej w kolorze czarnym. Chętnie zobaczyłbym statystyki sprzedaży kolorów aut w tamtejszych salonach Mercdesa/BMW/Audi. Obstawiam, że 90% sprzedaży to czarny 🙂

    • SzK pisze:

      W każdym kraju mieszkają miliony ludzi, a każdy ma swoją filozofię. W Wiedniu masz pełno nowych S-Klas AMG, ale też starych Golfów i nowych Skód. Oni na szczęście nie ograniczają ruchu starszych aut, więc znajdziesz tam wszystko (do niedawna po Wiedniu jeździło W115 na taksówce, ale właściciel był już w bardzo podeszłym wieku i jak mu wreszcie silnik padł, to już go nie remontował po raz kolejny tylko odszedł na emeryturę).

      • Fabrykant pisze:

        Ale są pewne „krajowe” socjologiczno – ekonomiczne reguły zmotoryzowania i wypasu. Austriacy, wydaje mi się, musieli w latach 90-tych mieć albo lepszy okres gospodarczy niż teraz, albo np. jakieś dopłaty do wymiany aut.
        Szpanowanie motoryzacyjne jest w różnych krajach w różnym natężeniu – np. w Rumunii wielkie zróżnicowanie- stare Dacie mieszają się tam z nowymi Porsche Cayenne i Mercedesami, stanowiącymi zapewne ważny obiekt wzmacniania statusu. W Bułgarii podobnie – na wybrzeżu zdarzają się nowe Bentleye i Ferrari, wśród poniemieckich szrotów z lat 90-tych. Na Węgrzech (nie byłem w Budapeszcie – stolice są zawsze trochę inne) panuje absulutna filozofia „po co zmieniać, jeśli jeszcze jeździ” – skromnie, spokojnie i raczej staro (Łady i Skody nadal w użyciu), małe Swifty, od biedy SX4, który jest samochodem narodowym, bo go tam produkują. Większych prawie nie ma. W południowych Włoszech (Apulia, Basilicata) właściwie w ogóle nie ma żadnych dużych aut – kompakty to maksimum. Większe są tam zupełnie niepraktyczne, wobec ciasnoty średniowiecznych miast (notabene znacznie ciaśniejszych niż na dotychczasowych zdjęciach Szczepana, nie wiem co będzie w części II), a przy okazji wypasu mało, bo tam dość biednie, samochód, w przeciwieństwie do północnych Włoch, nie jest tam obiektem wielkiego pożądania.

        To oczywiście nie obiektywne dane, tylko subiektywne obserwacje własne, więc mogą być błędne.

      • SzK pisze:

        Dopłat żadnych na pewno nie mieli, takie rzeczy pojaiwły się dopiero w XXI wieku.

        Myślę, że faktycznie, fascynacja Zachodu samochodami należy zdecydowanie do przeszłości, ale do tej pory najdroższe auta sprzedają się tam w dużych ilościach, a stare… one zawsze tam były, tylko mniej je zauważaliśmy. Ja np. byłem w Wiedniu na Sylwestra 97/98, tydzień po otrzymaniu kluczyków do swojego pierwszego W116 i… voila, w 3 dni na wiedeńskich ulicach zauważyłem chyba z 5 egzemplarzy W116, czyli auta wtedy już dwudziestokilkuletniego i nigdy nie popularnego – bo po prostu go wypatrywałem. 30 lat temu nasz wzrok przykuwał wypas, więc wypas widzieliśmy, a dziadostwa nie. Tymczasem druciarskich wspomnień w niemieckich gazetach oldtimerowych można przeczytać nie mniej niż w naszych. Co nie zmienia oczywiście ego, co zauważyłeś – że kiedyś Zachód miał pewnie lepsze auta, bo też przykładał do tego większą wagę.

      • wojluk pisze:

        @Fotodinoza. W Budapeszcie byłem dwa razy, więc wiem 😉 Przekroj samochodów jak w dniu roboczym w Katowicach. Pod prywatnymi domami starsze fury, sporo też nowych (pewnie leasin). Trzy lata temu sporo już było elektryków czy innych hybryd (inne kolory tablic i przywileje parkingowe rzucały się w oczy). Ruch nie był tam dość intensywny, bo mają tam doskonaly zbiorkom (sic! Trzecie metro na świecie w kolejności uruchomienia).

  9. Marek Jarosz pisze:

    O, nowy kolektor do Ferrari 599, trzeba Mikiciukowi powiedzieć 🙂

  10. kierowca bombowca pisze:

    Świetna relacja 🙂

    W tym roku w maju odbyłem ze znajomymi podobną wycieczkę, nawet punktów wspólnych z waszą było co najmniej kilka 🙂 Nam niestety w kość dała pogoda – maj był strasznie deszczowy i mglisty, więc w Dolomitach zobaczyliśmy naprawdę niewiele i przejazd niektórymi przełęczami, które akurat były otwarte odbywał się prawie wyłącznie „dla sztuki” – np. na Passo Sella poza kolorem białym lub burym widziałem jedynie asfalt, najczęściej tak mokry, że przy temperaturze na zewnątrz w okolicach 0 stopni miałem poważne obawy o trakcję na letnich gumach… Na szczęście nic straconego, dzisiaj taki wyjazd w kwestiach materialnych powtórzyć jest łatwo, gorzej o czas (urlopy) 🙂

    Wprawdzie mocno eksplorowaliśmy w dalszej części drogi Toskanię, ale zahaczyliśmy o Cinque Terre i Carrarę. O tej pierwszej krainie powiedziano już chyba wszystko, ale moim zdaniem warto zobaczyć jeszcze pobliskie Portovenere – miasteczko o podobnym charakterze, ale przyjemniejsze do zwiedzania, pewnie dlatego iż jest mniej znane. Gdybyśmy mieli więcej czasu, to Cinque Terre zamiast autem wygodniej jest chyba zwiedzać korzystając z pociągów – trasa kolejowa to też ciekawe dzieło inżynierii warte obejrzenia samo w sobie. Nas akurat taniej wyszły przejazdy samochodem – była awaria parkomatów i „kazano nam” parkować za darmo 🙂 Choć drugi raz na parking w Vernazzy bym już chyba zjeżdżać nie chciał…

    W Carrarze pojeździliśmy m.in. tunelami technologicznymi oraz wjechaliśmy na Passo del Vestito, skąd wyrobiska oraz dawne wioski górnicze widać doskonale. Jest też tam cała masa kozic górskich, które jakoś specjalnie nie boją się ludzi – jak ktoś lubi takie spotkania z przyrodą, to będzie wniebowzięty. Swoją drogą Carrara to prawdopodobnie jeden z najdłużej funkcjonujących „obozów pracy” w Europie – podobno było to dla pracowników istne piekło na ziemi.

    Co do tanich noclegów – korzystaliśmy prawie wyłącznie z AirBnb rezerwując z jednodniowym wyprzedzeniem najtańsze noclegi jakie się dało – nie przekroczyliśmy nigdy 90 euro za 4 osoby. Spaliśmy w miejscach od parterów w prywatnych domach, poprzez agroturystyki, toskańskie wille z basenem po „chatkę czarownicy” jak nazwaliśmy domek uroczej babci, będący istnym składzikiem bibelotów, zabawek, figurek, butelek z miksturami i innym szpejem, którego człowiek bał się dotknąć 🙂

    • SzK pisze:

      Mgła i deszcze w górach w lecie to standard – my mieliśmy niesamowite szczęście, że za całe dwa tygodnie praktycznie jedyne chwile niepogody spotkały nas na Edelweiss, może przez 45 minut, albo i krócej.

      Ja noclegi rezerwowałem z booking.com. Być może AirBnB byłoby tańsze, nie sprawdzałem, pewnie błąd. Inna sprawa, że w Toskanii też kiedyś spaliśmy taniej (opisywałem tu kiedyś nawet jedną agroturystykę pod Florencją), i to też z booking.com, ale to już było 7 lat temu.

      Cinque Terre samochodem to trochę masochizm, ale fajnie, że w ogóle się da. My jeszcze chcieliśmy w okolicy zahaczyć o Portofino, ale już nie było czasu, bo zasiedzieliśmy się w CT (a dokładniej – woleliśmy więcej pochodzić niż jeździć pociągami, bo widoki naprawdę urzekały).

  11. Robal_pl pisze:

    A pozwolenie na wywóz zabytku za granice było ? W końcu zarejestrowany jako zabytek, to pewne obowiązki są wymagane.

  12. Pawian123 pisze:

    Fajna wyprawa i super relacja. Tylko cholerka 14k…..:( Powiedzmy optymistycznie, że jeszcze jakiś czas mnie nie będzie stać 😉
    Na pocieszenie poszukałem w necie Radio Monte Carlo 🙂
    A ten Chris Rea to oczywiście z kasety? ;)Pozdrowienia.

    • SzK pisze:

      Nasza pierwsza podróż z Anią (opisywana tutaj Chorwacja z 2002r., W124) kosztowała 500€ za dwa tygodnie. Jasne, ceny były inne (ON kosztował w Austrii 0,75€, campingi nad Adriatykiem koło 12€), ale można to zrobić taniej niż my. Oszczędniejsze auto, camping, dużo suchego jedzenia z Polski – tak robiliśmy kiedyś i tak można do dzisiaj. Spaliśmy w aucie, myli się w prysznicach dla tirowców na stacjach benzynowych i jedli ryż z parówkami, gotowany na butli na poboczu drogi na św. Bernarda w Szwajcarii – ale podróżowaliśmy 🙂

      P.S. W SLu mam mercedesowskie radio Becker z kasetą, ale wkładam tam adapter i podłączam MP3 z telefonu, żeby mieć całą kolekcję pod ręką

      • Pawian123 pisze:

        Właśnie wiem o tym Beckerze pisałeś przy opisie samochodu. Ja od jakiegoś czasu zbieram radioodtwarzacze samochodowe no i jeden Becker Monza BE 2130. Taki z Porsche, też już stoi na półce. Dzięki za odpowiedź. Czytałem wcześniejsze wpisy o Waszych podróżach tak, że wiem jak to opisywałeś. Najfajniej i tak chyba jechać,po prostu, odpowiednim autem a Twój Merc się idealnie do tego nadaje.

      • SzK pisze:

        Stary Becker z adapterem kasetowym brzmi fatalnie, ale w aucie jest tak głośno, że to bez różnicy, tym bardziej że ulubioną muzykę i tak znam na pamięć 😉

    • kierowca bombowca pisze:

      Koszty wypraw można bardzo zbić do niższego poziomu, no ale trochę wyrzeczeń trzeba. W tym konkretnym przypadku podejrzewam, że jazda na dwa samochody i związane z tym opłaty za paliwo, winiety i ew. parkowanie zrobiły swoje. Ja w tym roku robiąc sobie wycieczkę pt. 2 dni Dolomity, 8 dni Toskania i dwa dni stricte na jazdę zmieściłem się w 2000 zł na osobę bez jakichś większych wyrzeczeń, tyle że jadąc z jeszcze trzema osobami na pokładzie w miarę oszczędnego auta. Zresztą koszty paliwa nie były jakoś bardzo dotkliwe – kluczowe były noclegi.

      • SzK pisze:

        Można wiedzieć, jak szukaliście tych noclegów? W trasie w ciemno, czy przez jakieś portale?

        booking.com w Polsce ma bardzo tanie oferty, nawet po 30 zł, ale po naszej trasie poniżej 70€ nie było nic, mimo że kilka lat temu dostawaliśmy i po 30€. Gdyby było teraz dostępne coś tańszego, to byśmy wzięli, bo tak jak mówisz, to jest największy składnik kosztów (po paliwie, ale tutaj niewiele poradzisz, poza zjeżdżaniem na tankowanie z autostrad do miasteczek – nawet 20 centów na litrze można tak zaoszczędzić).

      • kierowca bombowca pisze:

        Jeździliśmy na ślepy traf – poza dwoma pierwszymi noclegami wszystkie załatwialiśmy dosłownie na kilka godzin przed przyjazdem, bo zwyczajnie nigdy nie planowaliśmy dokładnie gdzie będziemy chcieli spać – jedynie ogólnie rozumiany rejon (miasta, doliny itp.). Wiele osób wynajmujących przez airbnb jeśli ma jakiś wolny termin – to woli obniżyć cenę dość znacznie niż zostawić mieszkanie/dom puste – tym sposobem byliśmy zarówno w pokojach o standardzie przyzwoitym a czasem w willach z basenem i pięknym widokiem na okolicę. Oczywiście niekiedy trzeba było „nadrobić” trochę kilometrów – co z punktu widzenia krajoznawczego okazywało się często bardzo korzystne 🙂

        Rezerwując z wyprzedzeniem powiedzmy miesięcznym już takich dobrych cen się nie uzyska. Minus jest oczywisty – może być tak, że nie znajdzie się niczego interesującego, albo wszystko będzie zajęte. W przeciwieństwie do booking.com rezerwacja jest też mniej „pewna” – dwa razy zdarzyło nam się, że właściciel nie przybył by nam otworzyć (bo rzekomo był w szpitalu albo zgubił klucze). Airbnb zwraca wprawdzie pieniądze od razu i dodaje ekstra kilkanaście procent rekompensaty, no ale zostaje się trochę w polu – a na to nie każdy może sobie pozwolić. Nas to nie zrażało, bo zwyczajnie jechaliśmy sobie dalej do innego znalezionego miejsca albo w jednym przypadku – zapytaliśmy osobę wychodzącą z kamienicy, czy nie wie o jakichś pokojach do wynajęcia – i tak się szczęśliwie złożyło, że pokój się znalazł. I wino. DUUUUŻO wina 🙂

      • SzK pisze:

        Fakt, że spontaniczne poszukiwania czasem pozwalają coś oszczędzić, ale kiedy indziej pochłaniają mnóstwo czasu. A AirBnB muszę się zainteresować, bo nie jesteś pierwszym, który mi mówi, że tam niedrogo.

  13. Kapitan Manuel pisze:

    Piękna trasa i super zdjęcia! W tej scenerii R129 wygląda jakby był do takich podróży stworzony. Nie do ciasnych miast czy spokojnego przedmieścia, ale właśnie do dalekich wojaży po górskich serpentynach i otwartych przestrzeniach, gdzie można czerpać pełną radość z tego, co oferuje.

    W przyszłym roku planuję wycieczkę na Słowenię W124, zahaczając o północno-wschodnie Włochy. Ale kto wie, może i część śródziemnomorską uda się kiedyś zobaczyć 🙂

    • SzK pisze:

      R129 jest bardzo podobny w charakterze do W124. Ten sam silnik i skrzynia (jeśli mówimy o 300E-24 i 722.5), prawie to samo zawieszenie i wyposażenie. Tylko buda inna – bez dachu, mniej praktyczna, cięższa i szersza, ale krótsza i dużo niższa. Jak założysz hardtop, to wrażenia z jazdy są dość podobne (SL prowadzi się lepiej z uwagi na inne proporcje, ale z drugiej strony czuć mocno masę).

      • Kapitan Manuel pisze:

        Tak jest, nawet wnętrze jest podobne, w końcu Sacco 🙂 W moim siedzi 250D, zatem wrażenia mogłyby się nieco różnić, aczkolwiek spalanie w trasie jest bardziej niż satysfakcjonujące.

        A co do R129, tam po zdjęciu dachu jest coś w rodzaju materiałowej osłonki (takiej czarnej) za głowami pasażerów, jeśli dobrze kojarzę. Podobno to zmniejsza hałas i wicher we wnętrzu – rzeczywiście robi to dużą różnicę?

      • SzK pisze:

        To się nazywa Windschott, czyli wiatrochron. Różnica jest taka, jak gdybyś w czasie wichury otwarł albo zamknął okna w dwóch pokojach na przestrzał 🙂 Tzn. jak postawisz to ustrojstwo, to możesz bez dachu jechać dowolnie szybko (ja próbowałem 160, więcej generalnie nie jeżdżę) – będzie oczywiście głośno, ale bez szkody dla fryzury. Jak je położysz, to w zasadzie 50-60 km/h już powoduje tornado.

  14. Pawian123 pisze:

    Jeśli mogę Ci Szczepanie coś doradzić w kwestii poprawy brzmienia to napiszę tak. To są jedne z najlepszych radioodtwarzaczy jakie wyprodukowano. Spróbuj porządnie wyczyścić głowicę i może kupić lepszy adapter kasetowy. Ważne żeby obie głowice w kasecie adapterze i radioodtwarzaczu dokładnie do siebie przylegały czołami i szczelinami magnetycznymi i obie były czyste. Do tego ważny jest poziom z zewnętrznego odtwarzacza, telefonu czy co tam kto stosuje iPoda czy coś innego. Nie za wysoki ale też nie za słaby. Jak to dograsz a nie ma innej usterki to powinno być bardzo dobrze. Możliwe, że trzeba by też wymienić kondensatory elektrolityczne w Beckerze, chociaż te najważniejsze. Mój gra rewelacyjnie szczególnie na dobrych kasetach nagranych z Dolby C.

    • SzK pisze:

      Bardzo dziękuję.

      Radio na pewno jest stare i ma powysychane kondensatory, głośniki też nie działają jak należy (tzn. basowe są nowe, średnie i wysokie mają zapewne 26 lat). Kaseta-adapter to chińszczyzna za 10 zł – szczerze, to nigdzie nie widziałem innych i nie wiem, czy w ogóle produkuje się takie coś w sensownej jakości.

      Za całe audio na razie się nie biorę, bo a) nie znam dobrych fachowców w tej dziedzinie, b) przy starym aucie zawsze są pilniejsze rzeczy do zrobienia, które skutecznie zjadają budżet, c) to nie jest żart, że w cabriolecie słabo słychać muzykę, więc trudno docenić dobrą jakość sprzętu (zresztą MP3 przez kasetę nigdy nie będzie super). Z tych powodów audio to dla mnie niski priorytet, chociaż być może, gdybym znał kogoś, kto zrobiłby to za rozsądną cenę, to rozwiązałbym sprawę raz, a dobrze.

  15. Pawian123 pisze:

    Nie ma za co. Jeżeli średniotonowe są kopułkowe to mogą być w idealnej kondycji pomimo lat. Basowe zapewnie wymieniono bo rozleciały się sparciałe zawieszenia piankowe membran. Kasety adaptery są różnej jakości. Jeśli masz taką chińską za 10zł to nic dziwnego, że to nie gra. Są nawet takie do których wkłada się karty micro SD albo z modułem bluetooth. Dużo droższe ale świetne. Rozumiem, że masz w aucie do ogarnięcia ważniejsze rzeczy i jak słychać w kabriolecie też dobrze wiem. Nawet windschoot nie ratuje za bardzo sprawy. Rozumiem, że chcesz zachować audio w stanie oryginalnym w klasyku. Już znasz kogoś kto się tym zajmuje. Mnie;)
    Co prawda amatorsko ale, nie przechwalając się, znajomi twierdzą, że znam się na rzeczy. Jeśli będziesz chciał to możemy się dogadać. Będzie tanio i dobrze. Tylko wolałbym po zimie bo nie dysponuję drugim garażem. Ale pamiętaj o mnie. Ja z chęcią pomogę bo audio to moje hobby. Domowe i samochodowe. Podobnie jak auta 😉 A daleko do mnie nie masz. Mieszkam ok. 40km od Krakowa w stronę Oświęcimia.
    A dzięki za podanie namiarów na Radio Monte Carlo. Słucham już kilka godzin i to jest to. Nie denerwuje. Wreszcie jakaś rozgłośnia, która nie denerwuje. Muzyka starannie wyselekcjonowana. I nie przeszkadza mi, że ja nic po włosku nie umiem.

    • SzK pisze:

      Bardzo dziękuję, nawet nie wiedziałem, że mieszkasz tak blisko. Poza tym ludzie z pasją są najlepsi do tego typu zadań, wiem to już z doświadczenia (kimś takim jest np. Paweł, nasz towarzysz z wakacji – po wyjeździe oddałem mu SLa na warsztat i jestem zachwycony, bo zrobił mi wiele drobiazgów, których nikt inny nie chciał się podjąć, a które sumarycznie robią dużą różnicę)

      Można prosić namiary na priv? W tym roku już raczej nie planuję prac nad SLem, ale w przyszłym pewnie się zgłoszę.

  16. Pawian123 pisze:

    Jasne. Po prostu napisz na mój mail audioholik@wp.pl. Wieczorem Ci odpiszę i dogadamy temat. Nie prowadzę własnego warsztatu mam tylko małą pracownię elektroniczną ale chęć rozwoju jest. Właśnie tak jak napisałeś pasja. Po prostu cieszy mnie jak coś naprawię, zbuduję. Pozdrawiam serdecznie. 😉
    Marcin

  17. Hurgot Sztancy pisze:

    a mnie ciekawi to niebieskie toczydełko na podjeździe pod Stelvio, które się mija z jakimś srebrnym chybaaudim
    nie wygląda na potężne

  18. mocnyvito pisze:

    to zbrodnia kazać czekać na drugą część ! 😛

  19. Arkadiusz pisze:

    Mogę prosić o wyjaśnienie pomagania starej skrzyni na podjazdach? W ubiegłym roku byłem mazda 626 z 1992r z automatyczną skrzynia na Bałkanach. Dystans wyszedł podobny. To nie Alpy ale z perspektywy mieszkańca woj. Zachodniopomorskiego pokonywane wzniesienia robiły wrażenie. Jadąc wakacyjnym tempem, nawet spore podjazdy samochód pokonywał bez problemu ze skrzynia w pozycji D (choć faktycznie gdybym miał ręczną skrzynię wybierałbym wyższe obroty niż okolice 2-2,5tys, ale zakładam że automat nie zrobi krzywdy silnikowi). Korzystałem za to kilkukrotnie z niższych przełożeń na zjazdach wymuszając hamowanie silnikiem. Czy taka technika, szanowny Autorze, jest odpowiednia?

    • SzK pisze:

      Nie chcę się wymądrzać na temat auta, którego nie znam, ale powiem generalnie: starsze automaty – przynajmniej ten mój, bo nie wiem jak u Ciebie – zmieniały biegi wyłącznie na podstawie obrotów i położenia pedału gazu, przy czym znacznie chętniej zmieniały w górę niż redukowały. Dlatego w naprawdę dużych górach – takich powiedzmy od 7-8% wzwyż – najczęściej wrzucają zbyt wysokie biegi (na zjeździe na pewno, bo nie dajesz gazu, na podjeździe niby powinny dłużej trzymać niski bieg, ale tylko do pierwszego odpuszczenia, a potem już nie redukują). Dopiero elektronicznie sterowane skrzynie mają dodatkowe czujniki, np. właśnie wykrywające pochyłości – dlatego np. moje aktualne auto ładnie hamuje biegami na zjazdach.

      Jeśli u Ciebie automat działa dobrze, to super. Nie jechałem nim, więc nie wiem, ale myślę, że przynajmniej na zjazdach ręczna redukcja może się przydać. A co do robienia krzywdy – dawniej instrukcje obsługi pisały, żeby w górach redukować ręcznie. Nie ma jednej reguły – generalnie jest podobnie jak przy skrzyni ręcznej: jeśli masz dobry bieg, to masz dobry, a jak masz za wysoki, to redukujesz. To już trzeba samemu ocenić, kiedy silnik dobrze pracuje.

  20. Arkadiusz pisze:

    Dziękuję za odpowiedź. Miewałem wrażenie, że bieg bywa za wysoki ale ufałem, że skrzynia wie co robi. Wprawdzie japońskie silniki lubią wysokie obroty ale to w końcu v6 więc moment leży niżej i czuć było, że silnik przyjmuje to obciążenie nie najgorzej. Zwrócę na to jeszcze uwagę przy kolejnych wyjazdach. Nie ukrywam, że powyższy tekst jest inspirujący.

    Nie stosuję ekojazdy (pracownikowi należy się godna zapłata) a średnie spalanie wyniosło 8,8l/100km w dwie osoby i boks na dachu, tempo spokojne, większość trasy z klimatyzacją. Silnik 2.5 V6 165KM.

    Z wrzucaniem wysokich biegów przytakuję- mazda załącza czwarty (ostatni) bieg już od ok 45km/h przy spokojnym operowaniu gazem.

    Ponieważ pierwszy raz odważyłem się napisać (czytam od dawna), chciałbym pogratulować talentu i podziękować za chęć dzielenia się nim.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.