WPIS GOŚCINNY: ELBIL I NORGE

 

Dziś znów będzie wpis gościnny i znów wyjazdowy – jako że sezon wyjazdów właśnie się kończy. Tym razem wspomnieniami podzieli się jeden z najaktywniejszych gościnnych Autorów Automobilowni, Hurgot Sztancy. Hurgot wrócił niedawno z długiego objazdu pięknego kraju i zechciał nam o tym opowiedzieć.

Zapraszam więc, w imieniu Hurgota i swoim!!

***

W najcięższą zimę, gdy dni krótkie, a na zewnątrz zimno i mokro, zamarzyły nam się wakacje. Myśleliśmy o ciepłych krajach, rajskich plażach, drinkach z palemką… Pomarzyć oczywiście można, ale w sumie, gdy przychodzi co do czego, to te plaże często okazują się nie być wcale takimi rajskimi, a palemki cokolwiek wyleniałe. Wtedy myślimy raczej o ucieczce od upałów w rejony chłodniejsze, mniej sprzyjające produkcji witaminy D, ale też wymagające niższego zużycia Panthenolu. Tak narodził się plan wyjazdu do zimnego kraju – Norwegii. Udało nam się znaleźć drugą rodzinę z dzieckiem (to ważne, żeby Twoje dziecko nie było pępkiem całej imprezy, ale by takie pępki były co najmniej dwa), również myślącą o podobnym wyjeździe. Na dodatek, Arek to mój kumpel ze studiów – możecie go pamiętać z relacji z Goodwood, czy 24h Le Mans. No wszędzie ciągam go z sobą, a on się tak daje, wiedząc, że ogólnie to jestem nieszkodliwy.

Jeszcze w zimie zaczęliśmy snuć wizje, dokąd to i kiedy pojedziemy. Przemierzymy Norwegię wzdłuż i wszerz, zahaczymy o krąg podbiegunowy, Lofoty i w ogóle. Rzeczywistość dość szybko to zweryfikowała, ponieważ w trakcie dwutygodniowego urlopu zjechać się całej Norwegii po prostu nie da. Stanęło na tym, że w lato pojedziemy na południe i południowy zachód, za to w zimie pojedziemy na północ, oglądać zorzę polarną.

Termin i zakres mieliśmy więc ustalone. Pozostał środek transportu. Kamper? Podróż własnym samochodem z Polski? Wynajem na miejscu? Wszystkie miały swoje wady i zalety. Jednak gdy zaczęliśmy szukać samochodów, ceny okazały się zaskakująco niskie – nawet około 200zł za dobę w przypadku kombi albo małego SUVa w stylu Mazdy CX-30 (to było jeszcze w lutym!!). Hybrydowa Corolla kombi wydawała się idealnym, zdroworozsądkowym wyborem. Pakowna, oszczędna, wygodna. No, ale jak to tak? Żeby tacy motomaniacy mieli się zadowolić Corollą w kąbiu? Zaczęliśmy szukać czegoś ciekawszego, bardziej porywającego, mając w pamięci Mustangi z amerykańskich wypożyczalni. No, ale w sumie to niczego takiego nie było. Może poza jednym potworem z mocnym silnikiem… Teslą. Hmm… w sumie, jeśli gdzieś spróbować zalet motoryzacyjnej elektryfikacji, to przecież właśnie w Norwegii!! Zestawień i tabelek nie będzie, ale musicie mi uwierzyć, że program dopłat do elektryków oraz wszechobecnych przywilejów (oba powoli się kończące) dał efekty i „elektryki” spotyka się tam na każdym kroku.

Tym sposobem plan został zarysowany, Tesla Model S (lub podobny) zarezerwowana, a hotele i miejsca noclegowe zabukowane. W chwili kiedy to piszę, zapomniałem już, ile czasu zeszło nam na faktyczne planowanie tego wyjazdu. Kilka ładnych wieczorów z mapami wszelkiego rodzaju poświęciliśmy na kombinacje jaką obrać marszrutę (a w lutym mapy online pokazywały drogi objazdowe, ze względu na zimową niedostępność wielu tras), aby na koniec urlopu wylądować w Oslo, a nie jakimś Galdbygde. Jak to zwykle bywa, im więcej czasu poświęcimy na planowanie, tym mniej rozczarowań spotyka nas na miejscu.

A co do planowań i rozczarowań. Pewnie zorientowaliście się już, że samochody ze zdjęcia tytułowego nieco różnią się od Tesli. Otóż już w maju otrzymaliśmy od Avisu potwierdzenie naszych rezerwacji i możliwości odprawienia się online. Gdy z ciekawości wszedłem na stronę, jak też może wyglądać odprawa w przypadku samochodów spotkało mnie pierwsze zdziwienie – wg strony Avisu, zarezerwowaliśmy dużego elektryka, czyli… Audi E-Tron (lub podobny).

Po lewej stronie rezerwacja z lutego, po prawej z maja

 

Zostałem porażony ciosem od Avisa… Znajomi wiedzą, że na rynku jest tylko jedna marka, której nie znoszę, nie cierpię, jeździć nią nie chcę – i jest to właśnie Audi. Uprzedzenie nieuzasadnione niczym racjonalnym, po prostu tak mam (Arek nie lubi Seata)… Powiedziałem sobie, że tak to być nie będzie i niech mi dają Teslę!! Znaleźliśmy numer do lokalnego oddziału, ale nikt nie odbierał, a na centralnej infolinii pan stwierdził, że w systemie jest nadal Tesla. OK, trochę nas uspokoił, a nawet podał email do tego oddziału w Oslo. Napisaliśmy, że życzymy sobie Teslę, a nie jakieś tam Audi, ponieważ: mamy zakaz konkurencji (zmyślony), mamy kontrakt na artykuł o Tesli w Norwegii (na Automobilowni, a co!), a poza tym to mieli pół roku, żeby nam przygotować samochód podług rezerwacji. Email poszedł i przepadł. Żadnego odzewu, a na stronie nadal E-Tron. Wtedy pojawił się nowy plan, żeby zmienić samochód z rezerwacji na klasę niższy. No i właściwie to było wykonalne, ale ceny od lutego wzrosły trzykrotnie (tak, trzykrotnie) – słaby kurs złotówki, inflacja oraz wysoki popyt. Za auto niższej klasy musielibyśmy zapłacić około dwa razy drożej niż za Teslę w lutym. Siłą rzeczy musiałem nastawić się na Audi. W porównaniu do Tesli to gorszy zasięg, osiągi i generalnie mało zalet, za to bagażnik z wielką klapą. A skoro już jesteśmy przy klapie – po przyjechaniu na miejsce, do małego biura Avisu w Oslo, okazało się, że nie mają dla nas tam samochodów, nie tylko Tesli, ale nawet żadnego Audi (lub podobnego). Nie mamy dla was samochodu zarezerwowanego pół roku temu i co nam panowie zrobią? Cały misterny plan…

Pani z wypożyczalni była jednak dość obrotna i zapytała, czy nie zadowoli nas coś innego, np. Hyundai Tucson Plug-in, a jeśli już tak się upieramy przy elektrykach, to np. VW ID.3. No, taka wizja uśmiechała nam się średnio, chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego. Przy okazji pani opowiedziała, że Tesle wycofali ze wszystkich wypożyczalni jeszcze w maju, ze względu na ponadprzeciętną liczbę usterek i problemów. Przytoczyła nawet historię rodziny, która zostawiła dwuletnie dziecko w środku wraz z kluczykami. Auto się zatrzasnęło, a wszelkie próby dostania się do środka uznało za włamanie i włączyło na cały regulator jakąś muzykę metalową. Ciekawe, jak przeżyło to dziecko. Moje regularnie przy takiej muzyce zasypiało, ale nie wszyscy rodzice słuchają białego szumu…

Gdy Pani pogrzebała głębiej w dostępnych kluczykach, okazało się, że ma dostępnego ID.4, na którego zdecydował się ostatecznie Arek. A ja musiałem wspomnianym wcześniej Tucsonem pojechać do innego biura Avisu w Oslo (są tam łącznie trzy, z czego największe i w sumie najsensowniejsze na lotnisku), gdzie czekał na mnie świeżutko niedokładnie umyty i naładowany do 75% Polestar 2.

W kilku słowach – zamawiasz duży, elektryczny samochód z ogromnym wyprzedzeniem, po drodze dowiadujesz się, że będzie inny niż chciałeś, a na końcu dostajesz to, co jest. I to wszystko dzieje się w Norwegii, a nie jakimś tam Bantustanie, w ogólnoświatowej przecież sieci wypożyczalni.

***

Dla tych, którzy nie śledzą nowości motoryzacyjnych, pokrótce cóż to takiego ten Polestar. Otóż, jest to marka reklamowana jako szwedzka, a należąca do Geely, aktualnego właściciela Volvo. Polestar ma produkować tylko samochody elektryczne, oczywiście premium. Polestar 2 powstał na tej samej modułowej platformie co Volvo XC40 oraz różne modele Geely i Lync&Co, czyli nieco mniejszej niż V60.

Polestar 2 w kolorze szarym czołgowym

 

Oboma elektrowozami udaliśmy się do hotelu po nasze rodziny oraz bagaże. No i od razu okazało się, że owszem Polestar jest może dłuższy od VW i mniej zwrotny, ale za to bagażnik ma znacznie skromniejszy. Do ID zmieściły się wszelkie torby, plecaki i dodatkowe kable do ładowania, a do Polestara już nie. Pomocny był frunk, tam wylądowały kable. Jednak po wrzuceniu trzech sporych walizek okazało się, że klapa nie chce się zamknąć, głównie ze względu na odstającą półkę. Dla mnie, który od lat użytkuje kombi i SUVy, półka to jest nieznane terytorium. Nie składa się, nie zwija, nie ma co z nią zrobić. Wylądowała na tylnym siedzeniu, bo przecież Polestar to konkretny liftback, a więc i półkę ma konkretną. Ilość miejsca w środku i pojemność bagażnika – 1:0 dla Volkswagena.

Bagażnik Polestara, podkładka jako punkt odniesienia

Bagażnik ID.4 – lepszy dla rodziny

 

Gdy spojrzeliśmy na prognozowany zasięg naszych pojazdów, wynik na korzyść Volkswagena jeszcze się powiększył. Mój przy 75% pokazywał 260km, a VW prawie 500. Kwestia zasięgów wydawała się jasna, choć w kolejnych dniach rzeczywistość trochę zweryfikowała dane z naszych komputerów. W każdym razie byliśmy już spakowani i gotowi wyruszyć w drogę, na przygodę życia.

Pierwszy przystanek na ładowanie

 

Jak się jeździ po drogach przygody życia Norwegii? Dla tych, którzy jeszcze nie mieli okazji – przede wszystkim spokojnie. Limity prędkości są niskie – 80 km/h poza obszarem zabudowanym i 100/110 na autostradach. Ruch jest bardzo płynny (naturalnie poza ekstremalnymi odcinkami wąskich dróg górskich, albo ścieżek pełnych turystów wysiadających z ogromnych wycieczkowców), jest mało wyprzedzania, a za wolnym pojazdem ustawia się kolejka. Są fotoradary (podobno ustawione na +1 km/h) i odcinki z pomiarem średniej prędkości. Natomiast, nie widzieliśmy ani razu policji z ”suszarkami”. Generalnie, większość osób przestrzega przepisów, w czym pomaga też sensowne umieszczanie znaków i ograniczeń. Poza miastem jedziemy 80 km/h, ale gdy pojawią się jakieś domki zwalniamy do 70 czy 60. Rzadko hamujemy do 50 – właściwie tylko w obszarze rzeczywiście zabudowanym. Gdy jest „czterdziestka” oznacza to, albo faktyczne niebezpieczeństwo w stylu ostrego zakrętu, czy zwężenia, albo szkołę. Dodatkowo, co krok znajdują się jakieś urodziwe miejscówki – a to jeziorko, a to lodowiec, a to wodospad, koło których jedzie się powolutku napawając ich urokiem. Aż chce się przestrzegać tych wszystkich ograniczeń. Szczególnie, że dobrze wpływa to na zasięg naszych pojazdów.

Na początku zatrzymujesz się przy każdym wodospadzie. Pod koniec wyprawy liczba wodospadów na kilometr kwadratowy przestaje robić wrażenie.

 

Niesamowite wrażenie robi liczba tuneli, krótszych i dłuższych. Najdłuższy, którym jechaliśmy, był wykopany pod morzem – ze Stavanger do Solbak, łącznie ponad 14 kilometrów pod wodą!! Jazda w takich warunkach może nużyć, więc Norwegowie obmyślili kolorowe bańki umieszczane w połowie długości tych najdłuższych tuneli. System tuneli jest tak skomplikowany, że trafiają się w nich rozjazdy, a nawet ronda!

Kolorowa bańka wewnątrz tunelu dba o zdrowie psychiczne obywateli

 

System tuneli jest tak rozbudowany, że buduje się w nich normalne ronda

 

Ale i tak podejrzewam, że Was na pewno ciekawi najbardziej ile się da przejechać takim elektrykiem, ile trwa ładowanie i jak długie tworzą się kolejki do ładowarek. I czy elektryk to samo zło. Już śpieszę z odpowiedziami.

W przypadku Polestara średnie zużycie energii kształtowało się na poziomie 15-18 kWh/100km. Przy spokojnej jeździe, ale nie specjalnie oszczędnej – w tempie tłumu, bez przekraczania prędkości, z wyprzedzaniem zestawów z przyczepami kempingowymi. Raz, jadąc długim odcinkiem wciąż pod górę (Złota Droga z Geiranger do Djupevatn), komputer pokazał średnie zużycie 60 kWh! Na szczęście można szybko to nadrobić zjeżdżając potem w dół. Przy średnim zużyciu, 1% baterii ubywał na każde 4 km. Jak nietrudno to przeliczyć, maksymalny nasz zasięg na jednym ładowaniu powinien wynosić około 400 km. Jednak w tym momencie dała o sobie znać jedna ze zgryzot Polestara – dramatyczny wręcz system multimedialny, który jednocześnie odpowiada za wszystkie ustawienia auta.

Plus – można wybrać język polski. Minus – ech…

 

System ten uznał, że ze względu na trwałość i bezpieczeństwo baterii, ładować można tylko do 90%. Teoretycznie można to zmienić w ustawieniach, ale zmiana ta nie przynosiła żadnego efektu. Potem gdzieś doczytałem, że poprawka 2.0 do oprogramowania Polestara nie była zbyt udana i należy natychmiast wgrać poprawkę 2.2, która poprawia wiele błędów, od ładowania do 90%, problemów z połączeniem z telefonami, a nawet takich z trudnościami z połączeniem z Internetem. Nawet chciałem ją wgrać na jakimś postoju, ale miałem trudność, żeby się połączyć z Internetem

Wolne ładowanie, dobre dla baterii i kieszeni

 

Czyli, 100% baterii to by było 400 km realnego zasięgu w Norwegii, a 90% to ok. 360km. VW wypadał lepiej, po pierwsze ma większą baterię (82 vs 78 kWh), a poza tym można ustawić oszczędne tryby jazdy, np. eco. No i ogólnie, napędy Polestara/Volvo nie słyną z oszczędności.

To, co Polestar robił lepiej, to obliczał realny zasięg. Jeśli pokazywał 360, to tyle realnie dawało się przejechać. VW pokazywał najpierw optymistyczne 540km, ale potem liczba ta szybciej spadała, osiągając trochę ponad 450 km zasięgu.

Skoro już wiecie jak się jeździ po Norwegii, to teraz kilka słów o tym, jak jeździ sam Polestar. Bo w sumie, to jest o czym pisać. Po pierwsze, w co trudno było mi uwierzyć, ale otrzymałem z wypożyczalni samochód z wdzięcznym oznakowaniem 4×4. A w nomenklaturze Polestara oznacza to obecność 2 silników, po jednym przy każdej osi i każdy po trochę ponad 200 koni. Łącznie dają to magiczne 408 KM – tyle co Mercedes W140 V12! Przyśpieszenie jest fantastyczne, praktycznie z każdej prędkości. Podawane w danych 4,9s do setki nie oddaje tego, co się dzieje po dodaniu gazu przy wyższych prędkościach – zapewne silniki są w jakiś sposób tłumione przy starcie, żeby nie zrywać przyczepności, albo nie nadwerężać układu napędowego. Wyprzedzanie kolumny przyczep i kamperów trwa dosłownie kilka sekund. Uderzenie głową w oparcie jest takie same w każdym zakresie dozwolonych prędkości. Trzeba o tym pamiętać po powrocie do domu i przesiadce do codziennego kanapowozu.

Widok na Geiranger z perspektywy wycieczkowca – Polestar to takie trochę współczesne GT, pasuje do wycieczkowców…

 

Zawieszenie mi bardzo odpowiadało. Raczej komfortowe niż sportowe, ale nigdy nie miałem wątpliwości, że to auto może więcej, niż ja chciałbym kiedykolwiek spróbować. Opór układu kierowniczego można regulować, ale standardowe nastawy były w porządku. Zawieszenie jest o dwie klasy bardziej komfortowe niż w V60, który dostałem jakiś czas temu jako zastępczy. Podobnie jest z wykończeniem. Ma się wrażenie, że V60 jest pozycjonowane niżej niż Polestar w hierarchii Volvo.

Chociaż na co dzień jeżdżę SUVem, dość łatwo zadomowiłem się w kabinie, choć siedzi się nisko, ale na wygodnych (wg mojej żony – za twardych) i ładnie tapicerowanych fotelach. W ogóle wnętrze jest eleganckie i dobrze wykonane z porządnych materiałów. Jest kawałek matowego drewna, jest spora połać miękkiego materiału – naprawdę materiału, takiego jak na sukienkę, albo zasłonkę.

Wnętrze Polarisa jest lepiej wykończone niż VW ( fajna jest ta wstawka materiałowa) ale mniejsze i mniej wygodne

 

Piękny i na pewno bardzo drogi dodatek – panoramiczny dach. Nie można go ani ani ściemnić, ani zasłonić, ani otworzyć. Ja dziękuję, ale nie poproszę.

 

Wszystko doprawione wielkim ekranem, służącym do obsługi… wszystkiego. I tu wracamy do nowoczesnego systemu pokładowego. Spróbuję wyliczyć z czym musieliśmy się mierzyć:

– nie mogliśmy podłączyć AppleCar Play – próbowaliśmy zgodnie z instrukcją, na dwóch różnych telefonach – nie zadziałało (można podłączyć oczywiście przez Bluetooth, ale działania są ograniczone, np. nie wyświetla mapy);

– nie udało nam się podłączyć do Internetu – ustawialiśmy hot-spoty na telefonie, albo łączyliśmy się do sieci hotelowych – wi-fi jest, Internetu nie ma;

– raz system zawiesił się w górach na 15 minut – a to oznacza, że nie można było zmienić stacji radiowej, zamknąć obiegu powietrza, czy zadzwonić;

– systemy wspomagające działały jak chciały – czasem rozpoznawały znaki, czasem nie, czasem aktywnie utrzymywały tor jazdy, czasem tylko wibrowały kierownicą;

– limiter prędkości był bardzo czuły na mocniejsze wciśnięcie gazu – ustawiam sobie limit na 80km/h, przez przypadek głębiej wciskam pedał, np. sięgając po okulary (ale nigdy do końca!), a ten już wyrywa się do przodu; nie muszę dodawać, że przy takiej mocy, podobny zryw jest bardzo nieprzyjemny;

– w pewnym tunelu włączyły się samoczynnie światła drogowe, mimo że przed nami jechał samochód;

– 1 raz wyświetlił mi się na dosłownie 2 sekundy komunikat błędu – coś w stylu „EC unit failure service required”, po czym zgasł i się już więcej nie pojawił;

– czy wspominałem już o niemożliwości naładowania baterii do 100%?

– radio można wybierać jedynie ze stacji znalezionych automatycznie – nie wiem, jak można ustawiać konkretną częstotliwość (fakt, że 90% stacji nadawało w DAB, ale kilka FM też się znalazło, szczególnie w górach). A system Harman Kardon słaby. Brzmi jak Bose w mojej Maździe, czyli przeciętnie. Na marginesie kolejne podobieństwo z Mazdą – głośne szumy pochodzące z nadkoli. Takie wypasione elektryczne auto powinno być ciche jak myszka, a tu zmierzyłem 65 dB przy 100 km/h. Pomiar aplikacją, więc nie jakiś bardzo dokładny, ale powtarzalny i porównywalny z moim autem.

Wszystko jest niby na bazie Androida, ale tak nieintuicyjne i koślawe, że trochę mi wstyd było przy zwyczajnym VW, który też ma już wszystko dotykowe, ale przynajmniej jakoś tam działające. Przykład – żeby włączyć obieg zamknięty należy przywołać ekran powitalny, wejść w ustawienia klimatyzacji i odnaleźć linijkę z recyrkulacją. Ot, progres. Za to można dodawać jakieś appki. Podobno, bo jak pamiętacie, nasz nie chciał się łączyć z Internetem. Być może aktualizacja rozwiązywała wszystkie przypadłości? Nie było mi dane sprawdzić.

Z plusów – świetna kamera cofania z obrazem 360 stopni, dobra i szybka reakcja na dotyk i obraz widzialny nawet pod słońce. Tu widać estetyczne odciski palców po dwóch dniach klikania.

Kryminalni nie mieliby tu wielkich trudności z zebraniem materiału dowodowego

 

Fajną opcją jest one-pedal – na pewno kojarzycie, po zdjęciu nogi z pedału gazu następuje mocna rekuperacja energii i nie trzeba praktycznie dotykać hamulca. Klocki wystarczą na całe życie auta. Wymaga to trochę wyczucia i przyzwyczajenia, ale potem buzia się uśmiecha, gdy widzimy paseczek ładowania przy hamowaniu. To lubię w elektrykach i hybrydach – człowiekowi nie żal hamować.

Teraz trochę o planowaniu codziennych podróży. Ponieważ codziennie spaliśmy w innym miejscu, musieliśmy do niego dotrzeć w sensownym czasie. Staraliśmy się, żeby podróż nie trwała więcej niż 3-3,5 godziny. A to, przy norweskim ruchu i wąskich drogach, oznaczało 200-300 km. Wiązało się to niestety z brakiem znajomości tras i umiejscowienia ładowarek. Od biedy naładowane przez noc nasze pojazdy mogły dotrzeć do miejsca docelowego bez ładowania – kilka razy tak nam się udało, ale zaczynał się wtedy pojawiać słynny „strach przed zasięgiem” (range anxiety). Niby wyświetlacz pokazuje 40 km, a my mamy do przejechania tylko 20, ale co jeśli wydarzy się coś nieprzewidzianego? Dlatego żelazną zasadą pilotów elektrowozów jest ładowanie, gdy tylko się da. Szczególnie, że najwydajniejsze jest ładowanie nie do pełna, a do powiedzmy ok. 60%. Powyżej proces zwalnia i system musi trochę bardziej się nagłowić nad rozłożeniem energii w celach. Startujemy z prędkością 137, która szybko spada do 80, a następnie stabilizuje w okolicach 50-60 kW/h.

Kolejka do ładowarki. Ten po lewej jeszcze się nie zorientował.

 

Kilka lat temu znalezienie ładowarek byłoby karkołomnym zadaniem. Dziś z pomocą przychodzą aplikacje na smartfona, które są w stanie zaplanować podróż za ciebie. Wpisujesz jakim dysponujesz autem, w jakim stanie jest bateria i dokąd chcesz jechać. Aplikacja potrafi wskazać najsensowniejsze miejsce do zatrzymania na ładowanie. My korzystaliśmy z PlugShare, która działała bez zarzutu. Zmieniliśmy tylko podejście – szukaliśmy punktów ładowania w ładnych miejscach, albo takich, gdzie można się zatrzymać na posiłek. Dodatkowo fajnie, jeśli można naładować się w miejscu docelowym – na kempingu czy pod hotelem. Ładowarek w Norwegii jest cała masa. Wolnych, szybkich i superszybkich. Dostępnych dla wszystkich i dla wybranych. To co je łączy, to konieczność instalowania ogromnej liczby aplikacji (bo każda sieć ma swoją aplikację), albo posiadania specjalnej, przedpłaconej karty. Zresztą popatrzcie na porównanie ilości punktów ładowania w Polsce i Norwegii.

Po lewej zacofana Polska, po prawej postępowa Norwegia

 

No i co? Zdziwieni porównaniem z Polską? Fakty są jednak takie, że w Norwegii ładowarek jest już ponad 17.000 w tym 3.300 szybkich, a w Polsce łącznie ok. 2.000, w tym mniej niż 1000 szybkich.

Czy mieliśmy jakieś problemy z ładowaniem? Skąd!! Wszystko szło jak po maśle. Po pierwsze, spora część ładowarek, głównie tych wolniejszych, nie jest dostępna dla osób spoza Skandynawii. Nie można się zarejestrować, więc nici z ładowania – tak było np. pod słynnym Preikestolen. Punktów ładowania kilkadziesiąt, sporo czasu na wycieczkę – idealne miejsce żeby podnieść stan baterii. Figa. Nie jesteś ze Skandynawii, nie będziesz sobie ładować auta. Podobny schemat powtórzył się nam kilka razy. Po prostu, zaczęliśmy omijać te punkty oznakowane na zielono w aplikacji (zielone – wolne, pomarańczowe – szybkie).

Szybsze ładowanie okazało się akurat niedostępne w przypadku ładowarki Mer – sporej sieci szybkich ładowarek. Działała z prędkością 10-20, zamiast 50, a na dodatek robiła sobie przerwy na ochłonięcie. Naładowaliśmy auta do 80%, zamiast do pełna, bo akurat skończyliśmy jeść pyszną pizzę w okolicy.

Niby ładowarka szybka, a ładowanie wolne

 

Ionity – działała bez problemu. Ekstra stacja, zawsze sporo wolnych miejsc. Szybko odkryliśmy dlaczego – cena 1 kwh to aż 8 koron (w przybliżeniu 4zł). Standardem jest 5-6 koron, a na wolniejszych 3 korony. Ionity zostało założone przez kilka firm motoryzacyjnych, żeby promować elektryfikację. Chyba nie tędy droga (hehe, „droga”).

Wiadomość z ostatniej chwili: właśnie nam z obu kart cofnięto opłatę za Ionity. Najdroższe z założenia tankowanie, okazało się po czasie tankowaniem darmowym. Przyczyn nie znamy i nie zamierzamy drążyć.

Ionity – teraz to już nie wiem, czy najdroższa, czy najtańsza

 

Norwegia bierze udział w pilotażowym programie Tesli podzielenia się Superchargerami z użytkownikami innych pojazdów. Instalujesz appkę, podajesz dane karty kredytowej i… nic się nie dzieje, bo nie jesteś z Norwegii. Trzeba trochę obejść system i podać dane adresowe któregoś z hoteli. Wtedy jest super. Choć raz zdarzyło nam się zawieszenie aplikacji. W moim aucie ładowanie ruszyło, ale po dojechaniu do 72% appka przestała się aktualizować, za to w VW w ogóle ładowanie nie chciało wystartować. Niby nie wielki problem, ale po podłączeniu auta do ładowania często następuje blokada kabla, aby nikt postronny nie mógł podejść i rozłączyć pojazdu. Appka była zawieszona, auto się nie ładowało, a odjechać nie mogliśmy, bo kabel tkwił we wtyczce. Są sposoby na wymuszenie odłączenia kabla, w przypadku VW polegało to na zamknięciu i otwarciu zamków drzwi. W Polestarze był guziczek, ale co ciekawe, był on dostępny z zewnątrz.

Skapnęła na nas odrobina splendiżu

 

Podsumowując: ładowanie to punkt podróży wywołujący pewne emocje, ale pod koniec wycieczki mieliśmy już opracowane skuteczne podejście. Nigdy nie musieliśmy długo czekać na swoją kolejkę, nigdy nie musieliśmy przełożyć, czy zmienić naszych planów ze względu na brak energii.

***

W Bergen elektryki jeszcze nie rządzą

 

Roldal – znany kurort narciarski

 

Zmiana środka transportu na Flamsbane

 

Rzeźba z cyklu Skulptur Stopp

 

Rdzenni użytkownicy dróg

 

Preikestolen

 

Wodospady Ridderspranget

 

Strondafjorden

 

Sjodalsvatnet

 

Park Valdres

 

Park Jotunheimen

 

Lunde Turiststasjon

 

Camping sieci Lunde

 

Można znaleźć chatkę z takim widokiem

 

Lodowiec Boyabreen

 

Jezioro Djupevatn

 

Jedno z tysięcy jezior…

 

…i jeden z tysięcy wodospadów.

 

***

Koszty? Niemałe. Korzystając z różnego rodzaju ładowarek, lepszych i gorszych, bardzo szybkich i bardzo wolnych, wydałem na ładowanie ok. 1.400zł (Arek właśnie zameldował, że ładowanie jego ID.4 kosztowało 1.215 zł). W ciągu 10 dni przejechaliśmy ponad 2.000km. To daje ok. 70 gr za każdy przejechany kilometr. Niemało, ale pamiętajmy, że paliwo w Norwegii też nie jest tanie – 22-26 koron (11-13 zł za litr). Wychodzi porównywalnie do auta palącego 6 litrów. Sporo takich się znajdzie na rynku, ale ile z nich ma 400 koni pod maską? Dodatkowo, w Norwegii obowiązują obniżone o połowę koszty użytkowana dróg, parkowania, przeprawy promami oraz wjazdu do centrum miast dla pojazdów czysto elektrycznych.

Przeprawy promami funkcjonują jak normalne elementy głównych dróg krajowych

 

No i od biedy można szukać najtańszych ładowarek. Czy to się opłacało? Zapewne łączne koszty użytkowania superoszczędnej hybrydowej Corolli byłyby podobne, a w ogólnym rozrachunku nieco wyższe.

To dlatego w Norwegii sporo można znaleźć ciekawych elektrycznych wynalazków z Dalekiego Wschodu

 

A co o swoim wozie sądzi Arek? Zadałem mu pytanie, co mu się nie podoba. Nic!! Co by poprawił? Nic, wszystko jest co najmniej dobre. Ja tam jestem bardziej czepliwy i coś bym pewnie znalazł. W porównaniu do Polestara jakość materiałów jest wyraźnie niższa, sporo tam „piano black” czyli plastiku przyciągającego odciski. Podświetlenie ambientowe to takie kolorowe światełka. Nie bardzo przystające do poważnego wozu. No i nie ma frunka.

Niby tylny napęd, ale frunka brak…

 

Ale tak sobie myślę, że ID.4 w wersji z napędem 4×4 i mocnym silnikiem byłby naprawdę rewelacyjnym autem rodzinnym. Arek już zaczął przeglądać ogłoszenia (ja czekam na Kię EV6 GT!!).

Czy elektrykiem można podróżować na dalekie trasy? Można, szczególnie w kraju takim jak Norwegia. Czy wiąże się to z dodatkowymi utrudnieniami? Wiąże, szczególnie jeśli nie masz doświadczenia i nie pochodzisz ze Skandynawii. Czy elektryczne auta dają frajdę? Dają, szczególnie jeśli masz pod butem ponad 400 KM. Czy Polestar sprzedażowo pokona Teslę i stanie się nowym obiektem pożądania? Nie sądzę, szczególnie z tym beznadziejnym systemem infotainment. Bo w założeniach Polestar 2 bardzo mi się podoba – niekrzykliwy, średniej wielkości liftback, z mocnym silnikiem, wygodnym zawieszeniem i eleganckim wnętrzem.

To chyba znak czasów, że za ogólny odbiór samochodu odpowiada w głównej mierze nie wygląd, superosiągi, czy świetne materiały we wnętrzu, a nieudana aktualizacja systemu operacyjnego…

Najlepsze sposoby na zwiedzanie Norwegii na jednym zdjęciu

 

To teraz na odtrutkę, kilka perełek z norweskich ulic – przepraszam za jakość zdjęć, ale robione były w biegu

 

Wszystkie fotografie zostały dostarczone przez Autora

Share Button

59 Comments on “WPIS GOŚCINNY: ELBIL I NORGE

  1. Dziwne, że Norwedzy tyle brzęczą aż do znudzenia o równości, tolerancji, akceptacji innych ludzi, potępiają nietolerancję, ksenofobię i szowinizm a nie pozwalają zatankować prądu tylko dlatego, że jesteś Polakiem. Hipokryzja do potęgi.

    W kraju, gdzie nie można spojrzeć na zgrabny biuścik bo to seksizm, gdzie trzeba akceptować krzyki immana z minaretu, bo jak nie to islamofobia, gdzie trzeba przyklaskiwać dwóm facetom calujacych się w metrze, bo jak nie to homofobia jednocześnie istnieje przyzwolenie na tak chamską dyskryminację. Zostać bez prądu z elektrowozem w obcym kraju to wyjątkowa przykrość.

    To już wolę naszą zaściankową, wsteczną i niepostepową Polskę, gdzie nie przegania się Norwegów spod ładowarek – sam widziałem ładujące się dwie Tesle na norweskich numerach na Orlenie na A4 pod Bolesławcem.

    • W nawoływaniu o równość nigdy, PRZENIGDY nie chodzi o równość, tylko o zawoalowane budowanie zamordyzmu. Postulowana publicznie “równość” zawsze działa tylko w jedną stronę – tę, która pasuje głoszącym.

      Kiedyś czytałem taki fajny przykład o amerykańskim konstytucyjnym zakazie dyskryminacji obywateli z jakiegokolwiek powodu. Mimo że ten paragraf obowiązuje od XVIII wieku, to do wojny secesyjnej czarni byli niewolnikami białych, przez kolejne sto lat byli niby wolni, ale mocno szykanowani, przez kolejne 50 – faktycznie w miarę równi, ale teraz to biali podlegają szykanom. Wszystko to działo się i dzieje podczas obowiązywania konstytucyjnej zasady “równości” i każdorazowo jest całkowicie zgodne z jej chwilową wykładnią.

      • Po prostu w tamtych czasach czarni nie byli obywatelami i jako takimi konstytucja się nimi nie zajmowała 😉 A co do zasięgu elektryków, to chyba nie ma to jak dieslowski agregacik wożony w przyczepce za Teslą 😉

    • Nie wiem skąd wziął się ten zakaz dla obcokrajowców – w aplikacji można wybrać jedynie kraje skandynawskie; być może chodzi o jakieś kwestie fiskalne. W każdym razie adres norweski był potrzebny – nikt go nie weryfikował, ale bez podania aplikacja nie ruszała. W przypadku Tesli rejestrowaliśmy się jeszcze w PL i nie można było na naszych kontach ładować w Norwegii.

  2. Mam kolegę, który pracuje w Norwegii na pomocy drogowej. Ciekawe historie opowiada, w zasadzie zajmują się samymi elektrykami (najczęściej rozładowanymi). Zadziwiająca jest niefrasobliwość właścicieli, którzy doprowadzają do całkowitego rozładowania baterii.

    • Naprawdę, to nie jest takie łatwe rozładować elektryka do końca. Najpierw pojawia się komunikat, że prądu jest mało i moc została ograniczona. Potem te komunikaty się nasilają i bombardują sygnałami o głodzie, a prędkość spada do kilku km/h. Przy takiej sieci ładowarek trzeba być skrajnym.. optymistą, żeby rozładować się do zera. Ale to ponoć szczęśliwi ludzie są, optymistyczni…

  3. Trzeba przyznać, że tekst niezgorszy. Ciekawie napisany i przyjemny w czytaniu.

    Jednak reportaż Szczepana z wyprawy do Ameryki Łacińskiej to absolutny majstersztyk, którego przebije chyba tylko mistrz Kapuściński.

    • Dzięki. Wiadomo, Szczepanowi to nikt piórem nie dorówna, a przewaga jego reportażu z Ameryki nad piórem pana K. jest taka, że był on na pewno prawdziwy 😉

  4. Postanawiam komentować w miarę czytania, z góry przepraszam.
    Wspaniałe argumenty mające przekonać Avis do konieczności wynajęcia Tesli. Kontrakt z Automobilownią zrealizowany co do joty! Z Avisem mam najgorsze doświadczenia podczas wieloletniego wynajmowania aut we Włoszech (nie takie złe, ale jednak najgorsze). Zawsze zamawiałemm najtańszą opcję auta, bo to jest zwykle, mniej więcej na 90% Fiat 500, a w najgorszym razie coś włoskiego, fiatowego, co lubię. Zawsze to pięknie działało, z wyjątkiem Avisu, który po przylocie stwierdził że pomimo naszej rezerwacji nie ma w ogóle nic małego do dyspozycji i w tej cenie wynajmie nam “w promocji” VW Golfa. No fajnie, dolce vita i w ogóle. Niestety ubezpieczenie Golfa wyszło ponad dwa razy droższe niż pierwotna opcja. Jednym słowem – no bierz pan co mamy, albo spadaj pan. Postanowiłem się ich wystrzegać.

    • Osobiście nie korzystałem z wypożyczalni samochodów, ale mi to wygląda na standardowe (i zarazem godne potępienia) praktyki hoteli i linii lotniczych, czyli świadome przyjmowanie większej liczby rezerwacji niż mają dostępnych miejsc przy spodziewanym wysokim obłożeniu. Po prostu z góry zakładają, że komuś coś wypadnie i po prostu nie dotrze na miejsce, nawet przy przedpłaconej rezerwacji. Z tym, że pół roku wcześniej zarezerwowana była Tesla a jej nie mieli, to ich to niewiele obchodzi z jak dużym wyprzedzeniem ktoś zarezerwował bo pewnie zaczyna się to organizować dopiero na dzień przed odbiorem. Pracowałem kilka lat na recepcji w hotelu, i niestety zarząd zawsze woli sprzedać więcej pokoi (nawet nie istniejących) niż nie sprzedać. Nawet jeśli dotrze ten jeden-dwóch gości z overbookingu, to i tak bardziej opłaca się wysłać ich do innego wolnego hotelu (tej samej lub wyższej kategorii) z dużym rabatem i opłaconą taksówką. Tylko potem to pracownik musi świecić oczami przed gościem i zbierać opieprz za to, że w jego opłaconym pokoju “pękła rura”, i teraz zmęczony po nocnym locie gość musi jeszcze jechać gdzie indziej i spędzić noc w lokalizacji, która mu nie odpowiada (bo klient biznesowy zawsze w pierwszej kolejności wybiera hotel najbliżej biura/klienta/itp). Wyjątkowo nie podobają mi się tego typu praktyki, zresztą był to jeden z kilku ważnych powodów mojego odejścia z tej branży.

      • Ja na overbookingu samolotu raz dużo zarobiłem – lecąc do Kalifornii jedynymi w świecie tanimi liniami transatlantyckimi dostaliśmy przebookowanie na linie normalne (czyli więcej miejsca na nogi i dobre posiłki – w locie 13-godzinnym to zbawienie!!), plus 200€ na osobę gotówką. Co ciekawe, cały bilet kosztował odrobinę mniej, więc de facto polecieliśmy w jedną stronę za darmo i to w lepszym standardzie niż był zabookowany 🙂 Natomiast w hotelu raz wypadło nam w Niemczech to, co mówisz – rezerwacja z booking.com, a na recepcji mina szatniarki z “Misia”. Też dostaliśmy pokój w lepszym hotelu, z super-wypasionym śniadaniem, tylko niestety chyba z 20 km dalej, i to w stronę przeciwną do naszego kierunku podróży. Było już późno, więc niewiele dało się zrobić.

    • Ja raz w życiu dostałem darmowy upgrade, w Hiszpanii – zamiast klasy kompaktowej była kompaktowa plus, czyli VW Touran. Ale nie kazali nic dopłacać, nawet za ubezpieczenie – bo jeśli oni nie mają tego, co zamawiałem, to koszty muszą wziąć na siebie. Akcja typu “nie mamy pańskiego (potwierdzonego) zamówienia, więc dopłacaj pan” to szczyt bezczelności. Nie wiem, czy to w ogóle legalne – bo potwierdzone zamówienie musi być zrealizowane po potwierdzonym koszcie.

      • Pewno byłoby tak jak mówisz, gdyby rezerwować bezpośrednio na stronie Avis. Ale skorzystaliśmy z “kombajnu” rezerwacyjnego, czyli porównywarki. De facto zostaliśmy za to ukarani przez Avis.

      • No ale nie – Avis i Hertz to żyją z korpo wynajmu, polecam (ale serio, bez ściemy) S i X T i B u d g e t (spacje celowe), te dwie wyżej to cenowa masakra.

    • Świetny, bardzo ciekawy, wręcz egzotyczny reportaż. Przeczytałem ze smakiem – dosłownie piszesz dokładnie o tym, o czym chciałbym się dowiedzieć. Norwegia upojnie piękna, samochody ciekawe i do tego niecodzienne podejście do podróży (elektryki).
      Refleksje się nasuwają (dla mnie) niezbyt wesołe. Współczesne pojazdy osiągnęły (znów – wg mnie) niezwykły wręcz poziom przerostu formy nad treścią. Polestar bardzo podoba mi się estetycznie, wnętrze tak mniej więcej ze dwa razy ładniejsze niż w VW, jest to ładne, pociągające auto. Ale nawał zonków elektroniczno-aplikacyjnych doprowadziłby mnie chyba do furii. Oddaję natychmiast wszystkie te współczesne, haczące się ficzery i klikanie w ekran za dowolny samochód który nie denerwuje kierowcy. Najlepiej taki, w którym jest dużo przycisków i pokręteł. Niestety, przyznaję jako wesoły pesymista – także zwiedzanie w trybie elektrycznym jest niezupełnie w moim duchu. Owszem – zatrzymuję się co piętnaście minut, żeby oblecieć jakąś wschodnioeuropejską ruderę spotkaną po drodze (tradizzioni ruderi anticchi), ale dlaboga! (jak pisał Lem) – tam akurat nie ma (i nigdy nie będzie) żadnej ładowarki! Jeśli elektryczność jest naszą nieuniknioną przyszłością, to mój ulubiony, nieco spontaniczny tryb zwiedzania należy całkowicie do przeszłości, która będzie musiała odejść w niebyt. Wniosek – trzeba zwiedzać szybciej i więcej, póki nie zabronione. Znaczy się jeździć dużo szybciej (koniecznie!).

      • I tutaj podpisuję się pod każdym zdaniem Waćpana, czterema kończynami!!

      • Senkju Waćpanu!
        Polestar jest mega pociągający. Rozmawiałem z właścicielem innego egzemplarza, nie umiał mi pomóc, bo miał go od kilku miesięcy, ale był zachwycony. Trudno się przyczepić do czegokolwiek nie związanego z tym przeklętym ekranikiem. No, ale ponoć wersja 2.2 rozwiązuje wszystkie te zonki. Ciekawe tylko, co będzie z wersją 2.3, albo 9.2.3? I kiedy producent postanowi zakończyć wsparcie…

        A jeśli chodzi o zwiedzanie, to trochę zależy jak wielkie odległości pokonujesz dziennie. Jeśli planujesz odległości ponad 400km, no to nie ma zmiłuj – podładować się należy. Z tym, że po prostu trzeba zaplanować obiad koło ładowarki (w Rumunii na razie może być ciężko). Bo w Norwegii przy wielu tych zameczkach/ruderkach to jakaś ładowarka się znajdzie 😉

  5. Ja mimo wszystko poproszę jeszcze o takie osobiste podsumowanie: czy Szanowny Autor jest gotów a) każde wakacje spędzać w elektryku, b) posiadać takiegoż, c) posiadać takiegoż jako jedyne auto.
    Pojeździłem ostatnio trochę elektrycznym Fiatem 500 (tym pierwszym, nie najnowszym), co skłoniło do rozważań i zastanawiań. Reprezentuje on w mych oczach jedyny aktualnie sensowny pojazd na prąd – samochód miejski do dojazdów do pracy. Nie wymagałby specjalnych wyrzeczeń, można by go mieć jako drugi lub trzeci samochód, jak na elektryka jest stosunkowo nienajdroższy. Niestety gdy porównać jego cenę z czymkolwiek benzynowym, to się odechciewa. Za takiego używanego e-Fiata da się kupić od dwóch do trzech benzynowych 500-tek. Nie zdobyłbym się chyba na taki wydatek, wobec zalet wersji benzynowej, w którą wsiadam rano i wieczorem jestem w Chorwacji bez najmniejszych przeszkód organizacyjnych. Zatem ja na wszystkie trzy pytania odpowiadam – nie. A Pan Szanowny?

    • otóż moje przemyślenia:
      a) nie, każde wakacje nie – ale w Norwegii, czy innym rozwiniętym kraju, nie ma problemu; wymagana bateria na poziomie tych 80 kwh
      b) tak, na poważnie rozważam zakup takiego autka do codziennych dojazdów do szkoły/sklepu/kina; byłem bliski zakupu nowej Niro, ale podnieśli ceny z dnia na dzień o ponad 10%, a nawet nie miałem możliwości jeszcze obejrzeć auta.
      c) nie, jeszcze nie, choć jestem teraz bliższy niż przed wyjazdem. Problemem jest dla mnie potencjalny zasięg w zimie – nie miałem możliwości sprawdzenia, ale wszystkie testy potwierdzają kilkudziesięcioprocentowy spadek.

      Jeśli ktoś mieszka w domu, to codziennie rano ma zatankowany samochód na kilkaset kilometrów za jakieś grosze. Ja pokonuję na raz taki dystans pewnie z 5 razy w roku. Jeśli ktoś jeździ długie dystanse i zależy mu na czasie, to na pewno nie jest impreza dla niego. Ale do kręcenia się wokół komina, to rewelacyjne wyjście.

    • Z dokładnie tych powodów mówię – po trzykroć nie.

      Jeśli ktoś ma pieniądze, żeby kupić sobie prywatny, luksusowy tramwaj (pod)miejski za cenę mieszkania, a do tego ma prywatną ładowarkę, to wtedy może to mieć sens (dopóki ładowarki nie zostaną objęte odgórną reglamentacją, a o takiej konieczności mówi się dzisiaj głośno i otwarcie, w krajach o infrastrukturze dużo lepszej niż polska). Ale bez spełnienia tych warunków EV sensu nie ma żadnego.

      P.S. Jest jeszcze jeden warunek: trzeba regularnie potrzebować jeździć prywatnym (pod)miejskim tramwajem – ja np. w mieście poruszam się tramwajem publicznym, po cztery do sześciu złotych raz na x tygodni, a prawie wszystkie inne wyjazdy są niemożliwe lub bardzo kłopotliwe do uskutecznienia przy pomocy prądu. Dlatego, nawet gdybym miał tyle kasy i warunki na domową ładowarkę, takiego pojazdu bym po prostu nie potrzebował.

      • Ja codziennie do pracy pewnie bez problemu mógłbym jeździć elektrykiem. Mam własny dom z gniazdkiem “siłowym”, spokojnie co noc bym go sobie podładował. Jako nawet drugie auto (niekoniecznie trzecie) w domu ma to sens. Jedynie cena jest pozbawiona sensu… Miałem napisać “póki co pozbawiona sensu” ale zdaje się że minęły już czasy, gdy technologia taniała wraz z jej upowszechnieniem…

      • Najgorsze z ceną jest to, że ona nie spadnie w aucie kilkuletnim, bo baterie kosztują prawie tyle samo, co nowe auto. A za cenę głupiej Hondy e można sobie (wciąż jeszcze) kupić kawalerkę… Tak że tego…

  6. Ocho, widzę że widoki w Norwegii niezmiennie piękne. A w tym hotelu ze zdjęcie w Geiranger piliśmy z żoną najdroższą kawę – nawet jak na realia pracy w Norwegii.
    A co do policji z suszarkami – występują i to często. Tylko że ta suszarka to trójnóg z czymś wielkości komórki a panowie nagrody wlepiają trochę dalej, stojąc nieco w ukryciu i z odpowiednią ilością miejsca dla P.T. klientów.

    • Widoczki niesamowite – nawet gdy trochę padało (3 z 12 dni), to widoki nadal imponujące. W tym hotelu w Geiranger spędziliśmy noc i to był faktycznie najdroższy hotel z całej wycieczki, choć na pewno nie najlepszy. Ale w całym Geiranger są właściwie tylko 2 hotele, więc nie było specjalnie wyboru. Za to kawa była wliczona w cenę pokoju 😉

      W ciągu wyjazdu widzieliśmy tylko 2 radiowozy (poza dużymi miastami). Nikt nas nie zatrzymał, ale może dlatego, że jechaliśmy dość grzecznie. Może poza momentami wyprzedzania przyczep, bo chcąc zrobić to sprawnie odruchowo wciskamy gaz do dechy, a po kilku sekundach mamy już 160 na liczniku.

      • Suszarki spotykałem jedynie na wjazdach do miast, nigdy na trasie. Co do pozostałych miejsc – tubylcy (przy ograniczeniu do 60): tu możesz jechać 100 bo policji to tu nie widziano od wielu lat 😉

  7. Piękny kierunek wyprawy. Cały czas kusi mnie pojechać Atlantic Ocean Road, ale przekonać się jakoś nie mogę 😉 .

    Podzielam niewytłumaczalną antypatię do niemieckiej marki na A z czterema zerami, ale jednak w rankingu jest druga za… Twoim pierwszym wyborem 🙂 . To tylko moje zdanie, ale Tesla jest dla mnie synonimem tego co najgorsze w elektrykach czyli przerażającej nijakości. Zasięgi i długie ładowanie zniosę, ale dla mnie samochód musi wzbudzać emocje, nawet negatywne, ale jakieś. Przyspieszeniem mnie nie przekonają. Lepsze wrażenie pod tym względem zrobi motocykl albo samolot odrzutowy, a do codziennej jazdy jest mi to przecież kompletnie niepotrzebne.

    Jeremy Clarkson kiedyś powiedział, że żeby związać się z jakimś samochodem to pojazd ten musi mieć wady jak człowiek i tu wydawało by się, że problemy jakościowe Tesli grają na jej korzyść, ale nie. Dla mnie to zimny, bezduszny, elektroniczny twór promowany (wraz ze swoim fundatorem) jako zbawca planety, którym z całą pewnością nie jest.

    • No, to w sumie ciekawe – wydawać by się mogło, że Tesla to auto rozbudzające wręcz skrajne emocje, od zachwytu po nienawiść. Nie miałem okazji jeździć teslą dłużej, więc nie niestety wiem jak to tam jest z tą nijakością.

  8. Mieszkam na dość bogatym osiedlu domków jednorodzinnych we Wrocławiu (na takim wrocławskim Beverly Hills), gdzie mieszka dużo architektów, lekarzy, biznesmenów a także lemingów, którzy zwabieni prestiżem okolicy zapożyczyli się “po korek” i kupili chałupy na pokaz. Mieszka tu też kilku byłych esbeków, którzy do pieniędzy doszli w dość niejasnych okolicznościach, kilku opryszków, którzy po odsiedzeniu wróciło na drogę uczciwego życia, jest też jedna piekna lecz niepracująca dwudziestokilkulatka, dopiero co po studiach, która jezdzi trzyletnią S-Klasą w coupe, o której chodzą dość nieprzyzwoite plotki.

    Z tego powodu mam też kontakt z ludźmi zamożnymi, którzy lubią drogie nowoczesne zabawki.

    I tak: sąsiad, doktor prawa 20 lat temu jako chyba jeden z pierwszych we Wrocławiu kupił telewizor plazmowy za ówczesne 100 tys zł, kwotę wręcz astronomiczną. Po 10 latach kupiłem sobie też płaski telewizor za ułamek tej ceny o możliwościach nieporównywalnie lepszych od plazmy.

    Inny sąsiad w 1996 roku zadawał szyku “cegłą” Nokią 2110. Wcześniej miał Nokię Citymana. Pięć lat później kupiłem też Nokię za kilkaset złotych o parametrach o niebo lepszych niż jego.

    Toteż, gdy na naszym osiedlu pojawił się pierwszy samochód elektryczny i to od razu Tesla trójka, nie wiedzieć czemu na niemieckich numerach, wiedziałem, że za kilka lat i ja będę pomykał podobnym wehikułem, gdy ceny aut spadną do akceptowalnych poziomów. Tymczasem ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu ceny elektryków wcale nie spadły a wręcz przeciwnie, wzrosły i to powyżej inflacji. Ceny prądu również poszybowały w górę. Gdzie zasada, że w miarę upowszechniania się techniki cena na nią spada w tempie błyskawicznym?
    Gdzie efekt skali produkcji i związane z tym niższe ceny, pytam się? Gdzie obniżki cen związane z pojawieniem się nowych pojazdów elektrycznych i konkurencją, która zawsze sprawia, że ceny dostają w łeb?

    Przestałem rozumieć współczesną ekonomię. Miast elektrykiem jeżdżę starą renówką w gazie ciągle i ciagle marzę o Tesli.

    P.S. Mieszkam na ekskluzywnym osiedlu ale nie jestem opryszkiem, esbekiem czy lafiryndą. Ojciec kupił działkę 25 lat temu, gdy dzielnica była nieodkryta przez nowobogackich a za płotem pasały się krówska, które czasem zapuszczały się również na naszą działkę, gdzie brudziły bez zażenowania i respektu dla cudzej własności. Trzeba było później uważać zwłaszcza w nocy, bo nogi się mogły nagle rozjechać na czymś miękkim.

    Także z wielką uwaga przeczytałem ten znakomity reportaż, gdyż Polestar jest na mojej liście aut marzeń obok Tesli 3 i Toyoty BZ4X

    • Auta elektryczne wymagają olbrzymich inwestycji w badania i rozwój, no i bardzo rzadkich surowców, które ciągle drożeją. Postęp w dziedzinie elektroniki to była inna sprawa, bo po opracowaniu danej technologii i jej zamortyzowaniu koszty produkcji były minimalne, więc ceny spadały. Dziś już tak nie jest – spadek cen komputerów czy telefonów skończył się lata temu, a z samochodami elektrycznymi będzie jeszcze gorzej.

      • Odwrócenie trendów cenowych zapewne ma wiele źródeł, ale pewnie jak zwykle chodzi o podaż/popyt. Jeśli nagle pojawia się ogromne zapotrzebowanie na rzadkie surowce, bo np. taka Tesla zamierza produkować milion samochodów rocznie, to siłą rzeczy one podrożeją.
        A swoją drogą, ceny samochodów zupełnie zdurniały i nie chodzi mi tu tylko o elektryczne, ale i spalinowe. I tak już w wielu przypadkach (szczególnie marek premium) elektryczna wersja samochodu potrafi być tańsza niż spalinowa o podobnych osiągach (patrz Volvo XC40, czy BMW i4). To pewnie wynika z łatwiejszego osiągnięcia wysokiej mocy w silniku elektrycznym + różnica w akcyzie.

      • “a idźta w piździec” z tymi elektrykami, właśnie ładuję 3 dzień prostownikiem zwyżkę elektryczną w firmie bo z 2 miesiące stała nie ruszana i akumulatory tak strasznie zdechły że już ładowarka nawet nie zczajała się że podłącza się akumulatory i nie ładowała, dopiero na krótko zwykłym prostownikiem po podładowaniu do minimalnego napięcia udało się załączyć ładowarkę tych akumulatorów
        z tymi samochodami będzie tak samo… za jakieś 15 lat
        i gdy dziś 15 letni samochód spalinowy to “prawie nówka” to taki elektryczny będzie się tylko nadawać na kwietnik ;p

  9. Ja tak bez związku- skoro ostatnio na Automobilowni było o kolekcji samochodów, to dam link do mojego bloga, gdzie wrzuciłem niedawno zrobione przeze mnie zdjęcia pewnej trójmiejskiej kolekcji czechosłowackich samochodów. Owa kolekcja dowodzi że nie trzeba być milionerem aby zostać kolekcjonerem (jeśli przymkniemy oko na stan techniczny owej kolekcji 😉 ): https://milimoto.wordpress.com/2022/09/14/graciarskie-filmy-i-zdjecia/

    • mmm nawet 1203 po karetce się tam koneseruje, nieźle 🙂 takie widziałem na żywo tylko na Słowacji, fajny świr to musi być, miał bym z nim o czym pogadać albo i pohandlować 🙂

    • Rapidki zawsze mi sie podobaly… Piekna kolekcja.
      Swoja droga sasiedzi musza byc albo kustoszami tej wystawy albo w trójmiescie bardzo wyluzowani ludzie zyja. U nas to by na straz miejska dzwoniono, ze “zlomy praking zajmuja dla normalnych ludzi” 😉

      • Fajnie że sfotografowana przeze mnie kolekcja podoba się! Dodam iż wrzuciłem zrzut z Google Street View, gdzie widać stan owej kolekcji na rok 2011. Widać dwie Skody 100 🙂

    • Okoliczni mieszkańcy próbujący zaparkować swoje auta pewnie bardzo go lubią… 🙂

  10. Cześć Hurgot, dawno nie gadaliśmy 😉 Świetny artykuł, czyta się dobrze, widoki ładne i całkiem sensowne porównanie obu samochodów. Wizualnie Polestar jest dla mnie w pełni akceptowalny, podczas gdy Tesla Model 3 i oba VW ID są odpychające, zarówno na zewnątrz, jak i w środku.

    Co do nadawania się samochodów elektrycznych w trasę, to niemal wszędzie można przeczytać, że w bardziej rozwiniętych krajach się da i nie ma z tym problemu. Akurat w zeszły weekend wyjechałem w UK za miasto i mając w pamięci nachalną mainstreamową propagandę elektromobilności zwracałem uwagę, czy w miejscach do których jadę, są ładowarki. Podróż zacząłem w londyńskim Streatham i do starego, wiejskiego zajazdu w East Knighton miałem 130 mil. Wyjeżdżając z domu zasięg wynosił 150 mil, bo nie zatankowałem wcześniej. Jeżdżąc samochodem spalinowym po prostu nie trzeba o tym myśleć, bo zasięg uzupełnia się do pełna w 3 minuty i można to robić w każdym mieście, w każdej dzielnicy i na trasie. Przed wyjazdem kręciłem się głównie po Londynie i co zabawne, po zrobieniu 130 mil luźną trasą, po dotarciu do hotelu ze 150 mil początkowego zasięgu zostało… 149 mil 😉 Po prostu komputer wyliczył pierwotny zasięg na podstawie wcześniejszych miejskich korków. W hotelu nie było ładowarki, zresztą zajechałem tam tylko zostawić większość rzeczy. Z hotelu pojechałem na plażę Durdle Door, zaparkowałem na najbliższym publicznym parkingu płatnym, na którym nie było ładowarki. Później pojechałem na kolację do Da Vinci’s w Poole. Zaparkowałem na najbliższym publicznym parkingu płatnym i tam też nie było ładowarki. Z restauracji z powrotem do hotelu, w którym jak już pisałem, nie było ładowarki. Następnego dnia pojechałem do pobliskiego Muzeum Czołgów i Rezerwatu Małp. W obu przypadkach były darmowe parkingi bez ładowarek. Później już w stronę Londynu z kolacją w Ennio’s w Southampton. Tam zaparkowałem na parkingu dla gości hotelu, w którym była restauracja, znów bez ładowarki. Następnie do Londynu, wysadzić dziewczynę w Islington i wrócić do Streatham. Prędkość podróżna w drodze nad morze licznikowe 80 mph, a do Londynu trochę szybciej, tak do 100 mph. Trochę ponad 500 km, a tego żaden elektryk w rzeczywistym świecie nie zrobi. Jak miałbym to zrobić elektrykiem? Np. wybrać inny hotel, w Bournemouth były dwa hotele 4-gwiazdkowe z ładowarkami. Tylko, że to bezduszne hotele-molochy w mieście, a ani jedno ani drugie mnie nie interesuje, bo The Countryman Inn miał znacznie lepszą lokalizację (wszystkie atrakcje w promieniu 10 min jazdy samochodem), był klimatyczny, a nawet oceny gości miał lepsze. Druga opcja byłaby taka, że musiałbym ładować w drodze powrotnej na autostradzie i tam coś zjeść. Tylko że na autostradach są jedynie fast foody, a ja wolę zjeść we włoskiej restauracji. Trzecia opcja to osobne jeżdżenie do ładowarek i czekanie, aż się naładuje, co po prostu wydłużyłoby drogę, czyli de facto skróciło wyjazd. Czyli albo jadę nie tam gdzie chcę, albo jem nie tam gdzie chcę, albo tracę czas… W ogóle samochody elektryczne to ciekawy paradoks – na papierze do setki są najszybsze, ale w rzeczywistości na trasie najwolniejsze 😉 O realnych różnicach prędkości podróżnych w Polsce samochodów elektrycznych a spalinowych nawet nie będę pisał, bo takie porównanie to jak udział mistrza olimpijskiego w paraolimpiadzie…

    @Hurgot, Tak z ciekawości, co jest Twoją główną motywacją w rozważaniach nad elektrykiem? Odniósłbyś jakąkolwiek rzeczywistą korzyść z takiego zakupu jako konsument lub jako samochodziarz?

    Znajomy ostatnio podesłał mi niezły filmik o elektormobilności. To wszystko co tam jest to dla nas wszystkich oczywistości, ale ładnie zebrane do kupy i przystępnie podane. Polecam wysyłać znajomym, nawet takim, którzy nie interesują się motoryzacją, a może im przede wszystkim.

    https://youtu.be/DCvJqZMpl4I

    • Dzień dobry, kopę lat!
      Jeśli masz elektryka, to korzystasz albo z ABRP, albo Plugshare. Nie musisz się specjalnie napinać, tylko wrzucasz trasę do aplikacji i już, ona podpowiada gdzie się musisz zatrzymać i na jak długo. Zajmuje to tyle, co wpisanie danych do nawigacji.
      Np. pod samym Ennio’s ładowarki nie ma, ale jest pod Holiday’s Inn, 6 minut spaceru, a pod Da Vinci’s, na wielkim parkingu, 4 minutki. Obie szybkie – naładujesz do pełna w trakcie kolacji. Jeśli nie chce się łazić, można zatrzymać się na jakimś parkingu po drodze.
      500 km dla przeciętnego elektryka (jeśli ruszamy z pełną baterią), to jedno ładowanie. I to nie do pełna. Naprawdę nie trzeba się tego bać.

      A elektryk w przypadku posiadania domku, w dodatku z fotowoltaiką, to po prostu genialne rozwiązanie. Nie dość, że jazda kosztuje jakieś orzeszki, to ta jazda jest naprawdę przyjemna – płynna, cicha, bez używania hamulców, a gdy potrzeba mocy, ta dostępna jest od zaraz.

      ps. tu jest oryginalny filmik, z którego ponoć zżynali Povagowani:
      https://youtu.be/sytWLB4-W-M

      Z ciekawości można poczytać komentarze na elektrowozie – opinie drugiej strony 😉 https://elektrowoz.pl/tech/povagowani-klamie-i-juz-schowal-film-i-juz-z-powrotem-go-przywrocil-felieton-akt/)

      • 500 km nie robi “przeciętny elektryk”, tylko taki, co kosztuje jak fajne mieszkanie (bo za kawalerkę to można kupić najwyżej Hondę e, która realnie robi 100 km z hakiem, przy czym ten hak bywa bardzo różny i nigdy nie można na nim polegać). A mieszkanie to coś, co większość ludzi spłaca 20 lat albo dłużej, i nie jest w stanie wziąć drugiego takiego kredytu (niektórzy nawet w ogóle nie dostają pierwszego). Tymczasem elektryczne auto po połowie tego czasu wymaga nowej baterii, kosztującej połowę jego ceny, albo i więcej.

        Dopóki tych kosztów nie weźmiemy pod uwagę, jakakolwiek dyskusja będzie wypaczona.

        No i nawet po zapłaceniu tak obłąkanych pieniędzy wciąż musimy planować podróżowanie, jedzenie i spanie według dostępności ładowarek. To prawie to samo, co dostosowywanie się do komunikacji publicznej, poza jedynie obecnością obcych ludzi w przedziale.

      • Nie zgodzę się – napisałem, że 500km to robi przeciętny elektryk z jednym ładowaniem po drodze. 250 km to nawet w zimę powinno być do ogarnięcia dla przeciętnego kompaktowego elektryka.

        Kwestie zasięgu są zdecydowanie rozdmuchane w takiej dyskusji – nikt nie twierdzi (no, może jednak ktoś tam by się znalazł), że elektryk to w tej chwili najlepszy pojazd na długie wyprawy. Ale każdy powinien sobie odpowiedzieć szczerze na pytanie – ile razy w miesiącu jadę w trasę dłuższą niż, powiedzmy, 300km.
        Ja robię takie trasy kilka razy w roku. A najczęściej jest to wyprawa do szkoły/biura/sklepu. Przebiegi rzędu 50 km dziennie (a 50km dziennie to przebieg 18.000 rocznie!) wymagałyby ładowania 1-2 x w tygodniu. I teraz uwaga: wcale nie trzeba jeździć na stacje benzynowe i wysłuchiwać pytań o sosy do hot-dogów! 🙂

      • To nie jest w ogóle istotne, jak często się czegoś potrzebuje. To, że coś nie jest potrzebne codziennie, nie oznacza, że można tego zakazać. Na koncerty też chodzę raz albo dwa razy w roku, a mimo to nie chciałbym, żeby ich zakazano.

        Kalkulacje typu “50 km dziennie wystarczy każdemu” to już czysta demagogia – ja w ogromną większość dni robię zero kilometrów, ale jak już gdzieś jadę, to jest to zwykle daleko. Czasami w zasięgu elektryka, czasami nie – ale po to kupuje się samochód, żeby być całkowicie niezależnym od wszelkich instytucji, nie musieć martwić się szukaniem ładowarek ani utknięciem w korku-gigancie (tak, zdarzało mi się to nie raz).

        Samochód jest po to, żeby niczego nie musieć planować naprzód. Tym bardziej, że tych najpilniejszych wyjazdów zaplanować się nie da – i nawet jeśli nie zdarzają się one często, to niemożność ich realizacji całkowicie pozbawia zakup auta sensu. Coś, czym nie dojadę na drugi koniec Polski dokładnie wtedy, kiedy jestem tam akurat potrzebny, nie ma prawa nazywać się samochodem, nawet gdyby kosztowało złotówkę. A w praktyce kosztuje tyle, co mieszkanie, w którym mieszkam (z tą jednak różnicą, że mieszkanie z pewnością mnie przeżyje i zawsze będzie sporo warte, a elektryczny samochód za kilka lat wyląduje na złomowisku).

      • Jak to jest możliwe, że dałem się postawić w roli obrońców elektryków?

        Absolutna zgoda co do zakazywania. Niech każdy jeździ tym czym chce, byle było sprawne i nie zatruwało okolicy kłębami dymu, elektryk, benzyna, gaz, czy diesel.
        Natomiast nie możesz przykładać swojej miary dla wszystkich użytkowników – ja 90% przebiegu robię w promieniu 30km, bo nie mam pod domem tramwaju i dla mnie demagogią jest twierdzenie: “ja w ogromną większość dni robię zero kilometrów, ale jak już gdzieś jadę, to jest to zwykle daleko.”

        Żeby nie ciągnąć dalej takiej dyskusji ludzi o zupełnie odmiennych potrzebach, zgódźmy się, że elektryki nie są dla każdego, ale mają swoje zalety, a wszelkie zakazy z… palca powinny trafić tam, gdzie myśleliście, że powinny być te trzy kropki 😉

      • Tutaj pełna zgoda: jeśli ktoś chce się TYLKO kręcić wokół komina, to wady elektryka w zasadzie znikają. Zostaje jednak koszt – niewspółmiernie wysoki w stosunku do użytkowości, ograniczonej do takiego właśnie kręcenia się na smyczy. Auto spalinowe ma tę zaletę, że jeździ nie tylko daleko, ale również i blisko, jeśli tego potrzebujemy, a kosztuje znacznie mniej. Tak że jeśli ktoś choćby raz za czas potrzebuje pojechać gdzieś dalej, to musi kupić/utrzymywać i to, i to.

        Zastanawia mnie jeszcze kwestia prywatnej fotowoltaiki. Wtedy ładowanie faktycznie wychodzi tanio, ale jestem ciekaw pełnej kalkulacji. Sam jej nie przeprowadzę, bo nie znam wszystkich danych wejściowych, ale spodziewam się, że fotowoltaika wcale nie jest prądem tanim, tylko po prostu przedpłaconym (tzn. inwestycja początkowa musi się zwracać przez wiele lat). Ponieważ drogi w zakupie jest też elektryczny samochód, to summa summarum łączny okres, po którym elektryk zacznie wychodzić taniej, może się ogromnie wydłużyć (a dzisiaj stopy procentowe nie są już zerowe, jak przez ostatnie lata). Wciąż więc nie widzę zalet – aż do momentu, kiedy samochody spalinowe zostaną po prostu zakazane.

  11. Całkowicie zgadzam się z opinią Aleksandra – jak na razie zakup zakup “wtyczkowozu”, to nie obrażając nikogo jest stan umysłu lub zaklinanie rzeczywistości. Jaki sens ma zakup kilkusetkonnej mydelniczki /stylistyka tych pojazdów bez wyjątku jest odpychająca/ a potem jazda w kolumnie ciężarówek prawym pasem autostrady ?
    Piszę to na podstawie własnych obserwacji – nie zdarzyło mi się widzieć manewru wyprzedzania takim autem gdzieś indziej niż w mieście…
    Te pojazdy zabijają resztki przyjemności z prowadzenia samochodu jakie nam zostały w coraz bardziej zamordystycznych czasach…

    • A, to musiałbyś zdefiniować przyjemność z prowadzenia – Polestar dawał mega przyjemność z jazdy (infotainment to osobny temat, wspólny dla dzisiejszej samochodowej ekranozy).

      • Dla mnie sam silnik spalinowy to niesamowita przyjemność, jego dźwięk jest dopełnieniem wrażeń z jazdy samochodem i bez tego przejażdżka byłaby niekompletna. Mi samo wciśnięcie gazu i słyszalny pomruk silnika zapewnia uśmiech na twarzy i szkoda byłoby mi z tego rezygnować, bo takie drobne przyjemności czynią życie przyjemniejszym. Moim zdaniem, jak ktoś nie rozumie emocjonalnego przywiązania do silnika spalinowego, to znaczy, że po prostu do tej pory jeździł niewłaściwym 😉 O ile dźwięk benzynowego R4 faktycznie nie porywa, a jego osiągi zazwyczaj odbiegają od elektryków (oczywiście są wyjątki), to w cenie Polestara 2 (tak orientacyjnie, nie chce mi się wertować cenników) można mieć BMW M340i albo Mustanga GT, czyli R6 i V8 z osiągami takimi jak w Polestarze lub lepszymi (choć inaczej oddawanymi bo BMW ma turbo, a Mustang musi się wkręcić). Będą równie szybkie do setki, a powyżej setki można nimi jechać tak szybko jak się chce nie myśląc o zasięgu ani o ładowarkach, a dźwięki ich silników zapewniają ciągłe zadowolenie, które się nie nudzi. Ja wiem, że to trochę inne samochody, ale BMW jest dostępne jako kombi i pod każdym względem jest praktyczniejsze od Polestara, a Mustang pod każdym względem fajniejszy. Porównanie może wydać się dziwne, ale przecież P2 to też nie jest mistrz kategorii najwięcej za najmniej i nie kupuje się go z rozsądku.

        @Hurgot, ja wiem, że Ty jesteś normalny, sympatyczny, oraz mentalnie zdrowy chłop, więc to nie do Ciebie, tylko takie uwagi ogólne. Jest mnóstwo psychofanów elektryków, którzy upatrują w nich ostatecznego rozwiązania mniej lub bardziej wydumanych problemów. Oni nigdy sami z siebie nie wspomną o paru kwestiach. Jeśli zasięg katalogowy wynosi 500 km, to w praktyce na ekspresówce nie przekraczając 120 km/h wyniesie jakieś 350 km (w zależności od samochodu, realny zasięg przy 120 km/h według testów jest niższy od katalogowego od 30% aż do 60%). Co więcej, w trasie nie ładuje się baterii powyżej 80%, bo to czasowo jest nieopłacalne. No i przecież nie możesz wyjeździć go do zera, tak samo jak paliwa w baku. Do tego zużycie energii rośnie nieproporcjonalnie szybko do wzrostu prędkości. Czyli elektrykiem im dalej jedziesz, tym bardziej masz prze.., bo musisz jechać z prędkością podróżną do 120 km/h i do dyspozycji masz, przy optymistycznym założeniu, 70% katalogowego zasięgu, a z tego realnego zasięgu możesz wykorzystać też tylko 70%, bo nie uzupełniasz go do pełna i nie zużywasz do końca. Czyli się wleczesz, a i tak co trochę ponad 200 km doładowujesz. Całkowita cisza elektryka to też jest mit. W mieście słuchać nieprzyjemne dla ludzkiego ucha piszczenie falownika przy przyspieszaniu i coś w rodzaju wycia przy puszczeniu gazu. W trasie i tak silników nie słychać, tylko szum opon i powietrza, a samochody elektryczne najprawdopodobniej są gorzej wyciszone, bo nie mają silników spalinowych i nie jeżdżą z wysokimi prędkościami.

        Dla mnie elektromobilność to samochód może i droższy, ale za to mniej użyteczny 😉 Jeśli Ciebie to interesuje i sprawia Ci przyjemność, to nie ma w tym nic złego, wręcz przeciwnie. A Polestarem 2 sam bym się przejechał z ciekawości (bo VW ID to w żadnym wypadku, strasznie mnie odrzuca). Różnorodność i wolność wyboru to piękna sprawa, ale nachalna propaganda i zmuszanie do elektryków z każdej strony to zwykły zamordyzm.

      • Ja tam oczywiście nie biorę tego do siebie, bo sam żadnym fanatykiem elektryfikacji nie jestem. Ale mam wrażenie, że sporo jej przeciwników nigdy w życiu nie jechała elektrykiem i po prostu jest przeciw, dla zasady. Ja po spędzeniu 2 tygodni i przejechaniu 2.000 km elektrykiem, już się ich nie boję, a nawet widzę zalety. I gdybym miał kupować nowe mniejsze auto, to na 90% byłoby to coś na prąd. To trochę jak 15 lat temu ze smartfonami – łeee, strasznie to drogie, bateria wystarcza na jeden dzień, a w mojej Nokii to i na 2 tygodnie, do małej kieszonki się nie mieści, jak upadnie to ekran pęknie, a w ogóle to głaskać ekranu nie będę.
        I teraz się tylko martwię, że moja ulubiona Mazda stanie się taką Nokią…

      • Na przyjemność z kierowania pojazdem składa się całe spektrum wrażeń, ale o tym pisał poniżej Aleksander.
        Dla mnie samochód ma dawać mi chociaż trochę niezależności i swobody przy wyborze drogi i możliwość jej zmiany w trakcie podróży bez obawy o to, czy będę miał gdzie podładować akumulatory i jak długo to będzie trwało. Jeśli nie zatankuję tutaj, to zrobię to gdzie indziej – tam gdzie mi to pasuje, a nie tam gdzie zmusza mnie supernowoczesny pojazd z ułomnym napędem. Dla mnie planowanie podróży ogranicza się do wbicia adresu do nawigacji i wyboru drogi z dwóch lub trzech zaproponowanych przez
        urządzenie. I tyle, jak napisał Aleksander – stacje paliw znajdziesz w każdej dzielnicy miasta, a na drogach najrzadziej co kilkadziesiąt kilometrów. W moim przypadku tankowanie bez pośpiechu, uregulowanie należności to max 15 minut. Wystarcza mi to na pokonanie ok. 1200 kilometrów i póki co, wciąż są to przejazdy z prędkościami powyżej dopuszczalnych.
        Jak się to przekłada na zużycie paliwa ? Właśnie zjechałem “na bazę” po pokonaniu 528 kilometrów, z tego dwie trzecie to autostrada przejechana bez pośpiechu w tempie 110 – 120 km/h, jak rzadko kiedy nie spieszyłem się, reszta to okolice Andrychowa, Wadowic, Skawiny, więc raczej górki i korki – tu już było mocno nieprzepisowo…
        Wyniki na końcu – średnie zużycie 4,9 oleju napędowego, średnia prędkość 74 km/h. Przy moich przelotach elektryk nie ma żadnego uzasadnienia.
        A co do przyjemności – siedząc za kierownicą chcę mieć jak najwięcej możliwości wyboru którędy pojadę.
        A jak widzę kierowcę w Tesli z aktywnym układem autonomicznej jazdy, to mnie on kojarzy się z pasażerem autobusu…

      • @Hurgot: Na pewno część przeciwników elektromobilności nie jechała elektrykiem. Jak chodzi o moje doświadczenia, to nie byłem takim w trasie, a swoje wnioski wyciągam na podstawie relacji ich zwolenników, testów oraz artykułów, no i… drogowych obserwacji. Elektryki snują się się wolnym pasem z prędkością autokarów i to raczej nie dlatego, że lubią. Jasne, nie każdy musi jeździć 200 km/h, ale oni nawet 140 nie jeżdżą. Kiedyś w UK w środku nocy wracałem motocyklem z długiej trasy i zjechałem na parking do toalety. W tym samym czasie zajechała parka Teslą Model 3, podpięli ją pod ładowarkę i poszli do środka. Fastfoody były pozamykane, a światła przy stolikach zgaszone, czynny był tylko sklep z napojami i przekąskami. Wyszedłem z toalety i patrzę, że parka z Tesli wzięła po kawie z automatu i siedzi przy stoliku po ciemku… Podejrzewam, że o 1 czy 2 w nocy każdy wolałby być w domu jak najszybciej, a kawę więzili, bo takie jałowe siedzenie w środku nocy musi być nużące. Jeździłem za to Mercedesem EQV po mieście parę razy i jego właściciel pokazał mi “genialny” sposób na oszczędzanie zasięgu na klimatyzacji. Na szybach zamontował sobie plastikowe przezroczyste owiewki, takie jak były popularne w latach 90-tych i otwierał szyby, do tego elektrycznie uchylał szyby w trzecim rzędzie. O ile klimatyzacja w elektryku w trasie procentowo nie zeżre dużo zasięgu (bo zużycie energii jest wysokie żeby utrzymać prędkość podróżną i sama klimatyzacja obniży zasięg jedynie o 10%), tak w mieście z klimatyzacją procentowo robi się ogromna różnica.

        Co do smartfonów, to ja mam tak samo jak z samochodami – ściśle sprecyzowane wymagania. Potrzebuję szybkiego i niezawodnego telefonu, bo to jedno z narzędzi mojej pracy, ale nie lubię wielkich wyświetlaczy, bo to niewygodne i niepotrzebne. No i mój telefon musi być wytrzymały, nie może się zepsuć od jednego upadku. Dlatego kupuję “flagowce” w małych rozmiarach, a tego nie ma na rynku dużo i trzeba się naszukać. Problem baterii rozwiązuję tak, że jak będę gdzieś bez możliwości ładowania, to biorę ze sobą powerbanka (to jak wożenie dodatkowych bateri lub agregatu na przyczepce elektryka). W kwestii ceny czuję, że producent przesadza (telefon spełniający moje kryteria kosztuje ok. 4 tys. zł), ale ta kwota nie jest przeszkodą raz na parę lat. Gdyby była, to w ostateczności mógłbym też funkcjonować z telefonem za 2 tys. Samochód elektryczny to nie kilka, tylko kilkaset tysięcy złotych i za elektryka średniej klasy trzeba zapłacić 200 – 300 tys. zł., Te małe, dość bezużyteczne poza miastem, też wcale nie są tanie. Tanie w zakupie i proste samochody segmentu B po prostu przestają istnieć i prywatna motoryzacja na naszych oczach, powoli ale konsekwentnie, staje się przywilejem tej lepiej sytuowanej części społeczeństwa.

    • O tym już chyba kiedyś dyskutowaliśmy – zakup jakiegokolwiek samochodu poza Loganem kombi jest stanem umysłu (ewentualnie jakieś Ducato 😉 )

      Idąc dalej tą drogą – na pewno są tacy, którym taki samochód odpowiada. Już GM EV1 cieszył się silną sympatią użytkowników a w porównaniu do dzisiejszych bateriowozow był raczej w okolicy Melexa.

      Co do wrażeń z jazdy to też kwestia osobnicza. Jeden woli “latający dywan”, drugi jak mu hałasuje i trzęsie (btw – zawsze mi się podobał dźwięk ruszającego analogowego elektrowozu, gdy załączały się wentylatory chłodzące oporniki 🙂 )

      Co mnie w elektrykach wkurza to wciskanie ich na siłę i chęć zakazania samochodów spalinowych przez milosciwie nam panujących pięknych tego swiata (o wszystkich mam podobne zdanie …) jako jedyna szansę ocalenia nas przed samymi sobą dla naszego dobra… – przy czym samochody elektryczne jako takie nie są temu winne.

      Swoją drogą SMKA miał ten tydzień temu dobre wyczucie z tym trywialnym artykułem 😉

      • Ależ oczywiście, że niektórym może to odpowiadać i ja nikomu nie mam zamiaru zabraniać kupować czegokolwiek. Problem w tym, że oni chcą zabraniać całej reszcie, mimo że nawet Elon Musk otwarcie mówi, że samochody na baterię nigdy nie będą w stanie w pełni zastąpić spalinowych.

        A co do Dacii Logan – może jej kupowanie też jest “stanem umysłu”? Przecież przez prawie całą historię ludzkości wystarczały nam własne nogi, a dzisiaj mamy jeszcze luksus w postaci zbiorkomu.

        Tego typu argumentacja zawsze doprowadza do absurdu. Gdybyśmy stosowali ją od lat 20-tych, to pozostalibyśmy przy Fordzie T. A gdyby ktoś podniósł ją na początku rozwoju cywilizacji, ludzkość nigdy nie zeszłaby z drzew, bo zejście z drzewa to przecież też “stan umysłu”, jeśli od tysięcy lat nikt tego nie robił.

        Zresztą też nie wiem, czemu akurat Logan kombi: jeśli stosujemy argument, że rzadko jedzie się dalej niż 50 czy 100 km, to przecież jeszcze rzadziej wozimy prywatnie cokolwiek więcej niż dwie torby z zakupami. Bagażnik takiego Logana to taka sama fanaberia jak zasięg >100 km, albo moc >100 KM (nie mówiąc o tym, że kiedyś Ferrari rozwijało 90 KM – ciekawe, czy wtedy też tak mówili).

        Tak że nie tędy droga – albo dajemy ludziom wolność i zezwalamy na postęp w kierunkach, w których oni chcą iść, albo zostajemy po wsze czasy na poziomie, do którego doszliśmy w czasach wolności (a tak naprawdę, to cofamy się w szybkim tempie – bo bez motywacji do pracy i poprawiania swojego losu błyskawicznie się stoczymy, tak jak każda społeczność rządzona przez taką tyranię).

  12. Ciekawa relacja i porównanie samochodów w jednym. Brawa dla Hirgota. I gratuluje wyprawy:) Volvo ladniejsze od VW, zresztą wszystkie Volva oraz Lynk&Co są ładnie rysowane.
    Ja tam osobiscie nie mam nic przeciw elektrykom. Niektóre nawet lubię, np trolejbusy w moim mieście. Maja baterie trakcyjne i część trasy ogarniaja nawet bez sieci trakcyjnej. Co więcej te nowe mają rekuperacje i oddają energię do sieci, a nie lądują w oporniki na dachu podczas hamowania. I to w sumie raczej jedyne nowe ekektryki na jakimi jezdzeniem stać większość ludzi w Polsce. Cena to jedyne ale jakie mam do tego typu pojazdów. Grubo ponad 100kPLN za auto miejsko podmiejskie to jest jakaś abstrakcja.
    P.S. oczywiście to jest mój pkt widzenia, zadeklarowane go przeciwnika kredytów i fanatycznego wręcz drobnego ciułacza;)

    • A w rzeczywistości to koszt zakupu trolejbusu z bateriami jest 2-3x wyższy niż autobusu z silnikiem diesla, a tzw wozokilometr 2x droższy. W przy nowych cenach prądu to aż strach liczyć.
      Pomijam fakt, że owe baterie w “trajtkach” za kilka lat będą wymagać wymiany.
      Gdyby nie dotacje z Unii to wsystkie polskie miasta zaorałyby linie trolejbusowe. To jest absolutnie nieopłacalne.

      Lansowanie na siłę elektryków przypomina lansowanie jedzenia larw owadów. Na papierze same korzyści. To skoro to takie dobre to czemu ludzie nie chcą z własnej woli jeść larw?

      • Zadam jeszcze pytanie. Dlaczego ja mam ponosić koszt elektryfikacji? Opłaty za emisję co2 w cenie pojazdu, dopłaty do elektryków, koszt modernizacji infrastruktury elektrycznej, podatek drogowy itd. Opowiedz jest prosta- na wolnym rynku elektryki nie mają żadnych szans z pojazdami spalinowymi. To odgrzany kotlet sprzed 100 lat, a nie żadna rewolucja.
        Tak odpowiem na zarzut. Jeździłem elektryczną Dacią Spring. Superalternatywa dla skutera. I to jedyny sensowny pojazd elektryczny jaki znam, bo najlepiej sprawdza się w mieście. Do niczego innego się nie nadaje.

  13. Zdjęcie wodospadu i zdjęcie jeziora – znajdź różnice?
    Dla mnie to to samo zdjęcie.

  14. Wtrące 3 grosze i odgrzeję dyskusję.
    Pisał ktoś o nawigacji z miejscami ładowań. Pytanie, czy jak już tam człowiek zajedzie, to będzie mieć wolne stanowisko, czy oprócz swojego ładowania będzie jeszcze musiał extra burgera wszamać zanim poprzednik się naładuje? Bo to nie dystrybutor, że po 3 minutach jest wolny. To kolejna wg mnie dyskwalifikacja takiego napędu.
    Generalnie wg mnie napęd elektryczny per se jest słuszny i chwalebny, tylko zasilanie do niego jest problemem.
    PS Szczepan, chciałbyś się przejechać corollą E12? Auto niby nijakie, ale w wersji z silnikiem 2zz-ge – 2 tytuły silnika roku sprzed 20 lat, montowane także w Lotusie

    • Cześć, dzięki wielkie. Daleko mieszkasz? Napisz do mnie proszę przez formę kontaktową.