STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: PIES ZA MILION

 

Jest taki stary dowcip o bacy, który próbował sprzedać psa za milion złotych. Mijający go turyści wymownie stukali się w czoło, ale opcji targowania nie było. Milion i koniec. Kilka godzin później wracający tą samą drogą wędrowcy spostrzegli, że pies znikł. „Baco, sprzedaliście go…?„. „A no spszeedołek…” „A za ile…?”.No zaa milijon…” „Niemożliwe, kto tyle dał…?” „A z Gąsieniców Jaasiek…” „Tak normalnie przyszedł i wypłacił milion złotych…?” „Niiiii… doł dwa koty po pół milijona….„.

Trochę podobnie było z trzecim samochodem, jaki użytkowałem.

To był wrzesień roku 2001 – gdzieś w okolicach zamachu na WTC. Piękny, brązowy C123 miał się całkiem nieźle, choć jego niegdyś lśniący, ale niskobudżetowo położony lakier mocno już wypłowiał, a silnik chciał pracować wyłącznie na LPG (na szczęście całkiem już znośnie, dzięki zrobieniu instalacji od zera po raz drugi). Podobnie jak dwa lata wcześniej, pojawił się temat godnego reprezentowania rodzinnej firmy. Schemat był ten sam: najpierw pomysł zastąpienia starego Mercedesa Hondą – tym razem gołym, ale nowym Civikiem, jakie dealerzy mogli już wtedy bardzo preferencyjnie nabywać z centrali – a potem moja obserwacja, że za takie pieniądze, to przecież w ogłoszeniach…

Wielu ogłoszeń tym razem nie przeszukiwaliśmy: oto właściciel jednego z zaprzyjaźnionych komisów (istniejącego zresztą do dziś – na Kamieńskiego, róg Dauna) skarżył się był naonczas, że stoi u niego granatowy Mercedes, którego od pół roku nikt nie chce kupić. Cenowo – trochę poniżej nowego Civica, trzydzieści kilka tysięcy. Jak na prawie dziesięcioletnie auto w tamtych czasach – ani chybi, pies za milion.

No i zgadliście: nastąpiła zamiana na dwa koty po pół bańki. Nie pamiętam dokładnie modeli – to były jakieś starsze Hondy, przyjęte dość korzystnie w rozliczeniu za nówki-salonówki. Komisant bardzo się ucieszył, że dostanie coś znacznie łatwiej sprzedawalnego i uwolni gotówkę, a nam łączny koszt wyszedł z dwójką z przodu – jakieś 30% poniżej ceny wywoławczej. No i za co – nie jakiś plastikowy kompakt, ale prawdziwe WU STO DWADZIEŚCIA CZTERY !!

No dobrze – tak szybko to jednak nie poszło, po drodze oglądaliśmy z tatą parę innych sztuk, również na giełdzie. Dla nas obu były to ostatnie w życiu wizyty w owym specyficznym miejscu, będącym czymś pośrednim między najgorszego sortu komisem, złodziejską dziuplą i jaskinią gry w trzy karty (względnie kubki). Nie dało się tam znaleźć nic godnego choćby cienia uwagi. Jako ciekawostkę dodam, że dopiero po latach skojarzyłem, że spośród oglądanych wtedy W124 w najgorszym stanie znajdowały się zawsze egzemplarze najmłodsze – to jest wyprodukowane po osławionym, ogólnomarkowym liftingu z połowy 1993r., który oznaczał początek końca legendarnej Jakości (pisałem o tym pokrótce TUTAJ). Wtedy, zaledwie 8 lat po sprawie, nie zwróciłem na to uwagi, bo na giełdę przychodziło się robić interesy, a nie badania statystyczne, ale korelacja już wtedy była wyraźna.

To, że po raz trzeci skończyło się na Mercedesie, to zasługa nie tylko szczęśliwego zbiegu okoliczności i profesji obu stron transakcji, ale przede wszystkim tego, że mój tata, jako dawny użytkownik steranych W115 i W123, gdzieś w głębi serca przechował sentyment do modelu, o którym kiedyś marzył jako o czymś absolutnie nieosiągalnym. Po latach prowadzenia salonu Hondy przywykł już był do trochę innego świata, ale gdy zobaczył nienagannie utrzymany, granatowy egzemplarz cacka, na które kilkanaście lat wcześniej patrzył jak na przybysza z innej planety, a który teraz dało się kupić bezgotówkowo, za równowartość wychodzącego właśnie z produkcji Poloneza, coś do niego wróciło. Ten właśnie model, z takim samym napisem 300D na tylnej klapie, zaparkowany na ulicy Grottgera, podziwialiśmy w latach 80-tych przy okazji każdej wizyty u zamieszkałych za rogiem dziadków – każdorazowo szliśmy do niego specjalnie kilkaset metrów i oglądali z odległości wyciągniętego ramienia, żeby przypadkiem nie zarysować. Takie same, klinowate limuzyny z butnie uniesioną linią bagażnika i trapezowymi tylnymi lampami wyprzedzały nas niegdyś w niewiarygodnym tempie na dwupasmówkach, robiąc wrażenie przybyszów z nadprzestrzeni. Teraz, na półmetku studiów, w identycznym Mercedesie mogłem zasiąść sam.

W tamtych latach W124 wciąż stanowiło coś wyjątkowego. Inaczej niż W115 czy W123, kojarzone głównie z dogorywającymi taksówkami, „Baleron” – w naszym rejonie zwany raczej „Puchaczem” – cały czas wyglądał na pojazd dyrektora banku, mimo że od premiery upłynęło już było 17 lat!! Przystępując do pierwszej, próbnej jazdy po raz pierwszy w życiu czułem się za kierownicą onieśmielony: wcześniej nie działało tak na mnie ani 185-konne C123 (w końcu w tym modelu, choć o pośledniejszej specyfikacji, byłem się wychowałem), ani najdroższe nawet, fabrycznie nowe Hondy. To było niesamowite przeżycie.

Owa jazda próbna wymagała trochę zachodu, bo po długotrwałym postoju w oponach pozostało niewiele powietrza, a akumulator zdechł całkowicie. Wraz ze sprzedawcą baterię przełożyliśmy z Hondy, którą przyjechałem na miejsce, zastanawiając się, czy 40 Ah wystarczy sześciu świecom żarowym i rozrusznikowi poruszającemu sześcioma tłokami, które musiały aż 22-krotnie sprężyć znajdujące się nad nimi powietrze. Na szczęście udało się już za pierwszą próbą, wbrew sceptycyzmowi komisanta wynikającemu z jego doświadczeń z innymi samochodami stojącymi bez ruchu przez sześć miesięcy.

Ówczesne prasowe poradniki wskazywały, że bezwypadkowe W124 można kupować w ciemno, sprawdziwszy jedynie legalność pochodzenia. Takie to były czasy, że najważniejszy punkt checklisty odhaczało się na komisariacie. My jednak chcieliśmy oczywiście poradzić się pana Edka. Inspekcja wypadła pomyślnie: brak oznak ingerencji blacharzy (czujniki lakieru nie były wtedy powszechne nawet wśród zawodowych handlarzy) ani problemów mechanicznych. Oczywiście, jak to w starszych Mercedesach, trzeba było wymienić kilka elementów zawieszenia, pojedyncze, huczące łożysko koła, nie działało też kilka drobiazgów – przekaźnik świec żarowych (nie gasły samoczynnie), termometr zewnętrzny, no i oczywiście hamulec postojowy – ale to nie były sprawy dyskwalifikujące. Został jeszcze stwierdzony niski stan płynu chłodniczego. Pan Edek polecił mi dolać wody i przejechać 200-250 km żeby sprawdzić, czy płyn nie znika w komorze spalania. Nie znikał – niski poziom był więc prawdopodobnie wywołany bardzo długim postojem. Nie mogłem w to uwierzyć: kluczyk do W124 na stałe zamieszkał w mojej szufladzie.

To był ostatni użytkowany przeze mnie samochód kupiony za nie moje pieniądze. Podobnie jak poprzednimi, robiłem nim sporo kilometrów dla rodzinnej firmy: w tamtym czasie w Krakowie istniały już dwa salony Hondy, a nasz, zlokalizowany w Wieliczce, przyciągał przede wszystkim klientów z dawnych województw tarnowskiego i nowosądeckiego – stąd częste, weekendowe wystawy w tych rejonach i konieczność okazjonalnego dowożenia klientom dokumentów bankowych i leasingowych. Przez większość czasu auto pozostawało jednak do mojej własnej dyspozycji, dlatego też, jeśli ktoś ma ochotę napisać coś o bananowej młodzieży, to zapraszam – niech się dziś czuje jak w Hyde Parku. To jest ostatnia szansa, bo na kolejny pojazd zarobiłem już w 100% samodzielnie. O tym jednak kiedy indziej.

***

Granatowy W124 pochodził z rocznika ’92 – chyba najlepszego w historii Daimler-Benz, tuż przed wspomnianym liftingiem. Miał najwspanialszy silnik w gamie – 300D, czyli sześciocylindrowego, bezturbinowego diesla o pojemności trzech litrów i mocy 113 KM, a do tego manualną przekładnię z pięcioma biegami (automat nie do końca pasuje do wolnossących diesli), ABS, elektryczne szyby, szyberdach i prawe lusterko, wycieraczki ze spryskiwaczami reflektorów i tak uwielbiany dzisiaj, dwukolorowy lakier – ciemniejszy na blachach, jaśniejszy na plastikowych „szerokich listwach”, wyróżniających auta wyprodukowane po 1989r. Nie było natomiast airbagów, skórzanej tapicerki ani jakiejkolwiek klimatyzacji: u progu XXI wieku ludzie dziwili się, że Mercedes może występować bez elementów w zasadzie standardowych w każdym nowym kompakcie, ale w W124 spotykało się je rzadko i przede wszystkim w najpóźniejszych, poliftowych sztukach, które już wtedy bywały zgniłe.

Mercedes miał za to inne gadżety, o których nie mogli marzyć posiadacze nowych wówczas Civików czy Meganek. Przykładowo wskaźnik ciśnienia oleju, kontrolki niskiego poziomu płynów czy spalonych żarówek, albo ogrzewany zbiornik, przewody i dysze spryskiwacza. „A po co to…? Przecież zimą używa się płynu niezamarzającego!!” – mówili mi nowocześni samochodziarze, ze sprzedawcami od taty włącznie. Zawsze wtedy radziłem, żeby spróbowali sobie umyć brudny talerz lodowatą wodą, nawet niezamarzającą – wtedy zobaczą, po co to. Ciepły płyn robi wielką różnicę, ale trudno nim szpanować – dlatego też dzisiaj Mercedes seryjnie oferuje jaskrawo podświetlane progi z nazwą marki, ale za podgrzewany spryskiwacz każe dopłacać. 30 lat temu był on standardem, podobnie jak grube listwy z prawdziwego drewna. A co zmieniają drewniane listwy…? Jeśli chodzi o jazdę, to nic, ale dobitnie poświadczają Jakość przez wielkie „J”. Mówią, że w tym samochodzie nic nie jest tandetne ani udawane. Jeśli klienci mają słabość do drewna, to dajemy im lakierowany orzech i palisander, a nie papierową naklejkę w brązowe słoje. W innych, istotniejszych obszarach, Daimler-Benz postępował dokładnie tak samo.

Ogrzewany był nie tylko spryskiwacz, ale też oba lusterka. Nie miały guzika, same włączały się, kiedy trzeba. Fanów nowoczesności dziwiło to niepomiernie, bo przecież elektryka musi mieć pstryczek – bez tego nie ma radochy. System działał jednak niezawodnie, oczyszczając szkło w największe mrozy zanim kierowca zdążył włączyć się do ruchu. Nie rozumieli też elektrycznej regulacji tylko prawego lusterka, bo przecież wszelkie bajery powinien w pierwszej kolejności dostać kierowca. No ludzie, jaki to problem, sięgnąć zza kierownicy do lewego lusterka…? Taka sama droga do gałki, jak i do pstryczka. Co innego z prawej – tam prąd ma po prostu sens praktyczny (na tej samej zasadzie w BMW E24 tylne szyby miały seryjnie podnośniki elektryczne – by kierowca mógł je łatwo opuścić i cieszyć się widokiem hardtop-coupé – podczas gdy z przodu standardem były korbki). Przy takich rozmowach nachodziły mnie pierwsze w życiu refleksje o dziwnym kierunku, w jakim ewoluuje ludzka mentalność. Teraz już nawykłem do własnej niedzisiejszości, ale wtedy, mając zaledwie 21 lat, byłem co najmniej skonfundowany tokiem myślenia ludzi nieraz znacznie starszych ode mnie, a zdobywających samochodową wiedzę z reklamowych folderów i dziennikarskich zachwytów nad nowinkami.

Zdjęcia w tamtym czasie robiłem fatalne, za co bardzo przepraszam – innych nie mam

Foto: praca własna

Foto: praca własna

W starych, dobrych czasach motoryzacji analogowej przesiadka na nowszą generację Mercedesa oznaczała, że wszystko wyglądało tak samo, tyle że dziesięć razy lepiej. Willkommen zu Hause – witamy w domu. Tak zdawał się witać nowego użytkownika każdy kolejny model marki, co trafnie pokazywała wspominana kiedyś przeze mnie reklama.

Przykładowo, klasyczny, mercedesowski widok z miejsca kierowcy, z tradycyjnym kokpitem, konsolą i układem instrumentów miał tutaj nowocześniejszą, kanciastą stylizację i nieobecne wcześniej wyposażenie: obrotomierz, ogrzewanie automatycznie utrzymujące zadaną temperaturę (niestety bez opcji chłodzenia) czy wspomniane już lampki informujące o niedomaganiach. Szlachetny dźwięk zatrzaskiwanych drzwi oraz klekot klasycznego diesla z komorą wstępną brzmiały znajomo, ale były znacznie cichsze i elegancko stłumione. Dźwignia zmiany biegów wyglądała i pracowała jak wcześniej – włącznie z nieprzyjemnym haczeniem przy nerwowym operowaniu – ale miała dodatkowe, piąte przełożenie, o którym marzyło tak wielu użytkowników W123. Podobnie z podwoziem: pierwszy w świecie układ wielowahaczowy, według przewidywań producenta, miał utrzymać przewagę konkurencyjną przez 15 lat. No i utrzymał: w 2001r. miał już nawet trochę więcej, a cały czas imponował komfortem i pewnością prowadzenia, bijąc na głowę nowe Hondy. W124 w dalszym ciągu płynął po dziurawych drogach jak okręt przez wzburzone morze, tyle tylko, że w zakrętach pozwalał na nieporównanie więcej niż toporny poprzednik.

Tak wygląda Mercedes W124 z przebiegiem 256 tkm. W tamtym czasie wielu nie mogło w to uwierzyć – na oko obstawiali, że tkm może być najwyżej 50 i zastanawiali się, ile naprawdę mogą mieć w kołach zamęczone na śmierć egzemplarze z giełd. Ten jednak był w pewien sposób szczególny, bo pochodził z… polskiego salonu!! Początkowo jeździł w jakiejś dużej firmie, potem odkupił go prywatnie pierwotny dysponent. Trzecim właścicielem był już wielicki salon Hondy. W dobie Internetu taka sztuka sprzedałaby się zapewne w pięć sekund, ale wtedy – smętnie czekała w komisie pół roku. Na szczęście dla mnie.

Foto: praca własna

To zdjęcie pojawiło się już kiedyś na Automobilowni – wtedy jednak nie pisałem, że samochód i widoczny tu kciuk należały do mnie.

Foto: Paweł Sordyl

Sześć cylindrów i pięć biegów umożliwiało dowolnie długie utrzymywanie 160 km/h – rzecz niesłychana dla użytkowników dieslowskich W123. Mnie, który „Beczką” jeździłem w wersji 280CE, przyspieszenie 300-tki wydawało się ospałe (0-100 km/h w 13,5 sekundy), ale, tak samo jak w coupé, robiło wrażenie, jak gdyby miało trwać w nieskończoność. Motor przechodził całą skalę obrotomierza, od jednego do czterech i pół tysiąca, ze stoickim spokojem i bez śladu wysiłku. Dzisiejsze bi-, tri- i quadturbo-diesle, przy całej miażdżącej potędze swego momentu obrotowego, nie mają żadnego startu do tamtej liniowości i niewzruszoności w całym zakresie obrotów. Dieslowskie „Beczki” były ciężarówkowo-krowiaste, nowoczesne wynalazki, choć piekielnie szybkie, jeżdżą jakby cierpiały na jakąś dziwną formę ADHD, zaś mercedesowskie OM603, jak wewnętrznie oznaczono silnik 300D, zachowywało się jak najprawdziwszy dżentelmen: nieskory do ułańskich szarż, ale ochoczo przyjmujący każde polecenie w każdych warunkach. Tempa podróżowania nie trzeba się już było wstydzić przed nikim, również komfort pasażerów pozostawał niezakłócony – poziom hałasu i wibracji w kabinie nie odbiegał zbytnio od silników benzynowych.

Mój tata nieraz brał sobie to auto w trasy – co nie zdarzało mu się z C123 i W116 – i chociaż na co dzień używał znacznie dynamiczniejszych Hond, nie mógł wyjść z podziwu nad napędem Mercedesa, porównując go w duchu ze swoimi starymi, dychawicznymi autami, które z trudnością osiągały 100 km/h i zachowywały się jak traktory. Zresztą nie tylko z nimi – kiedyś wziął w komis Peugeota 406 HDi i po pierwszej przejażdżce stwierdził, że W124 pracuje przy nim jak benzyniak. Właśnie dlatego od zawsze uważam, że sześć cylindrów to zupełnie inny świat.

Tak, wiem, mokra uszczelka odmy. Ale nic poza tym – po ćwierci miliona kilometrów.

Foto: Paweł Sordyl

Tatę zadziwiało też to, że W124 palił od pierwszego obrotu przy -20ºC – wystarczało dłużej podgrzać świece. Moją jedyną przygodą związaną z mrozami było przymarznięcie linki gazu: klasyczne diesle odpala się z pedałem w podłodze i ten pedał mi nie odskoczył. Zmrożony na kość silnik, jeszcze zanim dostał smarowanie, w mgnieniu oka wkręcił się na 4.800 obrotów i minęło ładnych kilka sekund, zanim zatrybiłem, co się dzieje i wyłączyłem stacyjkę. Podniosłem maskę, rozruszałem linkę ręką, zapaliłem na trzaskającym mrozie drugi raz z rzędu i pojechałem. Ryk pełnych obrotów wału przy zerowym ciśnieniu oleju bardziej chyba zabolał mnie niż samochód.

Adam z „Giełdy Klasyków” był kiedyś zaskoczony, że W124 250D potrafi spalić 5,5 l / 100 km. Wielkie mi rzeczy, sześciocylindrowa trzylitrówka też to potrafi, bez żadnej łaski. Niestety, nigdy nie udało mi się uzyskać czwórki z przodu (próbowałem!!), ale 5,5 to żaden wyczyn, o ile jedzie się z głową. Jeśli nawet przyspieszyć, na pewno nie wyjdzie się w trasie ponad 7 – mnie się to nie zdarzyło nigdy, chociaż w tamtych czasach, przy zupełnie innej gęstości ruchu i radarów, jeździłem znacznie szybciej niż dziś. Do przyszłych teściów, zamieszkałych w Tomaszowie Mazowieckim, docierałem z domu w 2,5h, czyli z przeciętną sto na godzinę, a przelotową na „gierkówce” – koło stu pięćdziesięciu. Przy czym absolutnie nie należałem do najszybszych na drodze.

No właśnie – wycieczki do teściów. Ze wszystkich użytkowanych przeze mnie aut W124 budzi mój największy sentyment, nie tylko jako wyjątkowy model i spełnione marzenie z dzieciństwa (zarówno moje, jak i taty), ale też dlatego, że chodziło o szczególny okres w życiu – drugą połowę studiów i start w samodzielność. W tamtym czasie poznałem Anię – obecnie moją żonę. Tym autem jeździliśmy na wycieczki w góry i pierwsze zagraniczne wakacje. Tym autem przeprowadzaliśmy się po ślubie w miejsce, gdzie mieszkamy do dziś. Tym autem uczyłem ją jeździć (tak, miała prawko, ale nie korzystała). Tego auta używałem też służbowo w pierwszej prawdziwej pracy, tzn. poza firmą taty.

Pierwszą pracę rozpocząłem dzień po obronie dyplomu – dokładnie 8 marca 2004r. To był wydawca dwóch gazet, które zapewne wielu z Was kojarzy – „Giełdy Samochodowej” i „Auto-Market TRUCK„. Miałem tam aktywnie pozyskiwać reklamodawców, do czego wydawałem się kandydatem idealnym: znałem się na motoryzacji, na lokalnym rynku (wielu krakowskich przedsiębiorców z branży znałem osobiście), miałem doświadczenie z salonu samochodowego, no i mówiłem kilkoma językami. To ostatnie było szczególnie istotne: na wejściu zostałem bowiem lojalnie uprzedzony, że na Kraków nie mam co liczyć (dotychczasowi sprzedawcy spenetrowali byli wszystko na dziesiątą stronę), ale nieograniczonym rynkiem jest Unia Europejska, do której mieliśmy wejść za niespełna dwa miesiące…

Rzeczywistość okazała się mniej różowa: nagabywani przeze mnie po 1 maja handlarze z Niemiec (a z czasem – również z Belgii, Francji, Holandii, itp.) odpowiadali nieodmiennie, że nie mają na placu ani jednego samochodu, a pod bramą stoi dziesięciu Polaków kłócących się o miejsce w kolejce do towaru, który jeszcze nie przyjechał. Scenki jak w PRL. W tej sytuacji reklama w polskich gazetach nie jawiła się im jako atrakcyjna inwestycja, czego mój pracodawca chyba nie był przewidział. Odrobinę lepiej wyglądała sytuacja u handlarzy ciężarówkami i ciężkim sprzętem (targetAuto-Market TRUCK„), ale to nie wystarczało. By wyrobić plan sprzedaży jeździłem więc własnym autem za Kraków – w znane sobie okolice Tarnowa i Nowego Sącza. Rezultaty były mizerne, ale przynajmniej dało się rozliczyć tzw. ryczałt samochodowy, stanowiący pokaźną część moich ówczesnych dochodów. W gazetach pracowałem tylko do lipca – w sprzedaży nie toleruje się nieskuteczności, musiałem więc poszukać sobie innej roboty i w ten oto sposób trafiłem do świata korporacji, który w tym samym czasie, po wstąpieniu Polski do UE, wtargnął do Krakowa z ogromnym impetem. Ale to już nie jest temat tej opowieści.

Aha – w „Giełdzie Samochodowej” o mały włos nie zacząłem publikować artykułów o historii motoryzacji. Z początku szefostwo odnosiło się do tego sceptycznie, no bo sprzedawca na pewno będzie przemycał treści komercyjne, by przypodobać się klientom, co wkurzy pozostałych reklamodawców. Odpowiedziałem, że jeśli się o to boją, to mogę pisać wyłącznie o nieistniejących już markach samochodów (swoją drogą, to był niezły pomysł na osobną kolumnę w gazecie). Tego się chyba nie spodziewali – po dłuższej przerwie w komunikacji kazali przysłać coś na maksymalnie 500 słów (niniejszy wpis ma 4.600). Zaraz skleciłem mocno skróconą historię Borgwarda – pierwszej nieżywej marki, jaka przyszła mi na myśl. Opinia była nawet pozytywna, poza tym, że pozostałości po Borgwardzie wykupiło BMW, a ono jednak istnieje, więc czy nie dałoby się o tym nie pisać. Zanim zdążyliśmy się dogadać, już tam nie pracowałem i jedyne, czego w związku z tym żałowałem, to utrata – niepowtarzalnej zapewne – szansy pisania o samochodach.

***

Parę słów powiem o pierwszych samochodowych wyjazdach zagranicznych, jakie odbyłem samodzielnie – było to właśnie wtedy, za kadencji W124. Wycieczki były trzy: długi weekend w Wiedniu (nic ciekawego), dwa tygodnie w Chorwacji (wrzesień 2002) i nieco dłuższy wyjazd do Grecji (już po ślubie, we wrześniu 2005).

Chorwację zorganizowaliśmy sobie z Anią w ultra-niskim budżecie. Jego większość pochłonęło paliwo, bo jedliśmy głównie konserwy i słoiki z Polski, a spali – w samochodzie, albo w najlepszym razie pod namiotem (camping za dwie osoby, samochód i namiot kosztował wtedy maksymalnie 10€, a czasami mniej). Nie istniała jeszcze autostrada wzdłuż wybrzeża, a tylko zbudowana jeszcze za maršala Tita, tak zwana Jadranska Magistrala. Mimo że jednojezdniowa, była zupełnie pusta – a jechaliśmy tam we wrześniu, jeszcze prawie w sezonie. W Dubrowniku, Splicie albo Puli parkowało się na ulicy za darmo – kto bywał tam w ostatnich czasach, ten pewnie nie uwierzy.

Objechaliśmy wtedy całe wybrzeże słoweńskie i chorwackie, aż do Dubrownika. Okołoautomobilowe przygody wymienię dwie. Po pierwsze, „zgubienie” campingu, na którym zostawiliśmy namiot i dobytek: ponieważ normalnie nie spędzaliśmy raczej dwóch nocy w jednym miejscu, nie zapamiętywaliśmy adresów noclegów, ale w ostatniej bazie – kawałek przed bośniackim korytarzem w Neum – postanowiliśmy nie pakować się, tylko pojechać do Dubrownika i na wieczór wrócić. Nic prostszego, prawda? Tyle tylko, że wzdłuż tamtej drogi campingi znajdowały się mniej więcej co kilometr, a my nie pamiętaliśmy nazwy naszego. Na szczęście oboje mamy jaką-taką orientację przestrzenną, więc skończyło się dobrze, ale przez większość dnia nie byliśmy tego pewni. A wspominam o tym głównie dlatego, że wtedy, po raz pierwszy w życiu, naszła nas refleksja, że satelitarna nawigacja – taka, jaką montowali w najnowszych, luksusowych limuzynach – mogłaby się czasem przydać, tylko czy kiedykolwiek będzie nas na nią stać…?

Ponieważ chorwacką trasę zrobiliśmy o dzień szybciej niż w planie, wracając postanowiliśmy nadłożyć drogi i przejechać się słynną, austriacką Großglockner Hochalpenstraße, którą w swej autobiografii wspominał sam Witold Rychter. Na miejscu doznaliśmy jednak szoku: przyjeżdżając prosto ze słonecznego i upalnego wybrzeża Adriatyku zastaliśmy szalejącą zimę!! Nie udało się dotrzeć na wspaniały punkt widokowy pod lodowcem, bo na skrzyżowaniu poniżej stał policjant i pytał każdego kierowcę, czy ma opony zimowe i łańcuchy. No pewnie – to przecież podstawowy sprzęt na letnie wakacje nad Morzem Śródziemnym…

Lodowca nie widzieliśmy (zresztą i tak nie było widoczności), za to o dziwo, można było wyjechać na Edelweißspitze – najwyższy punkt trasy, będący szczytem (nie przełęczą!!) o wysokości 2.571 m n.p.m. Na asfalcie leżało co prawda trochę śniegu, ale mimo posiadania letnich opon nie przeszkodził nam on w niczym. Większym kłopotem była temperatura zewnętrzna – pakując rzeczy na letni wyjazd raczej nie nastawialiśmy się na mróz.

Foto: praca własna

Zatoczka parkingowa przy położonym nieco niżej tunelu Hochtor

Foto: praca własna

 

Trzy lata później, dysponując już odrobinę wyższym budżetem, pojechaliśmy do Grecji. Ze względu na sytuację polityczną nie odważyliśmy się przejeżdżać przez Bałkany, decydując się w zamian na prom z włoskiej Ancony do położonej na Peloponezie Patry, objazd całego kraju i powrót do Włoch z Igoumenitsy, portu leżącego przy granicy Albanii. To był pierwszy w życiu wyjazd, który planowałem z intensywnym użyciem Internetu – dzięki temu zobaczyliśmy wiele miejsc, w które nie zaglądają zorganizowane wycieczki: starożytny port handlowy w Perahora, wspominany u Homera pałac króla Nestora w Pylos, półwysep Monemvasia na samym końcu Peloponezu, świątynię Posejdona na cyplu Sunio (dosłownie dwa kroki z Aten), albo wyrocznię Zeusa w Dodonie (odkrytą skądinąd w 1895r. przez Polaka, Zygmunta Mineykę). W większości tych miejsc nie było żywego ducha, poza bileterami przy bramkach, a i to nie zawsze. Pustkami świeciła też większość greckich dróg, z których niektóre, jak obwodnica Peloponezu lub szlak przez góry z Meteory do Igoumenitsy, są wyjątkowo piękne – mocno górzyste i kręte, ale znacznie szybsze od alpejskich serpentyn (przez większość czasu jedzie się na biegach 3-4, a nie 2-3).

Nie wiem, na ile zmieniło się to do dzisiaj, ale 12 lat temu poza głównymi arteriami, można się było poczuć jak w początkach indywidualnej Wielkiej Turystyki, w dwie osoby w wygodnym aucie sam na sam z obcym krajem. Kontaktowi ze światem sprzyjał brak klimatyzacji – z otwartymi wszystkimi oknami i szyberdachem znacznie pełniej chłonie się lokalny koloryt.

Foto: praca własna

Na niektórych campingach byliśmy jedynymi gośćmi. Znudzeni gospodarze zapraszali czasem do wspólnego zbierania półdzikich winogron – „czego wy nie zjecie, to się i tak zmarnuje, bo prawdopodobnie jesteście ostatnimi gośćmi w sezonie„. Dodam, że była połowa września.

Foto: praca własna

Foto: praca własna

Wrzesień w strefie śródziemnomorskiej pozwala uniknąć największych tłumów, najwyższych cen i do woli korzystać z pysznych i tanich owoców południowych (jakości zupełnie nieporównywalnej z importowanymi do Polski), ale trzeba pamiętać, że na tę porę przypadają pierwsze po upalnym lecie ulewy. Liczyliśmy się z tym, ale to, co spotkało nas w Tolo na Peloponezie, przeszło wszelkie oczekiwania.

Jeszcze poprzedniego wieczora podziwialiśmy zachód słońca na idealnie czystym niebie, natomiast rano ulica wyglądała tak jak poniżej. Wszystko przez wyschniętą na kamień ziemię, która po trzech miesiącach pełnego słońca zachowuje się jak beton – nie przyjmuje wody, która spływa po linii najmniejszego oporu, pokrywającej się zazwyczaj z drogą.

Foto: praca własna

Pierwszy – i jak dotąd ostatni – raz w życiu jechałem wtedy autem po osie w wodzie, nie mając pewności, czy za chwilę prąd nas nie zniesie. Na szczęście klasyczny diesel nie klęka przed wodą i nie gaśnie, dopóki dolot i wydech pozostają ponad powierzchnią. Po chwili dotarliśmy do położonej nieco wyżej wioski, gdzie przeczekaliśmy dobę. 25€ wydane na wynajęcie pokoju wydaje się dzisiaj śmieszną kwotą, ale wtedy mocno nas zabolało. 

Foto: praca własna

Niewielu turystów odwiedzających Grecję przeżywa na miejscu powódź. Nam udało się przetrwać prawie bez strat – jeśli nie liczyć zgubienia przedniej tablicy rejestracyjnej. W drodze powrotnej mundurowi usiłowali robić nam problemy, ale ja niezmiennie odpowiadałem, że nową polską tablicę możemy dostać tylko w Polsce, więc musimy tam jakoś dojechać. Najgorzej było oczywiście ze Słowakami – na obu granicach i z policją pomiędzy nimi. Jakoś nas jednak przepuszczali.

Po powrocie auto musiałem przerejestrować – dlatego też na fotografii tytułowej, zrobionej tuż przed sprzedażą, zobaczycie inny numer niż na pozostałych.

Była też jedna przygoda w Polsce. Przy opisie poprzednich aut wspominałem o odwiedzinach u koleżanki Magdy w Gorlicach. Za pierwszym razem, W116-tką, przeżyłem zagotowanie wody, złamanie kluczyka do drzwi i urwanie wydechu. Za drugim, „Beczką” coupé – już tylko urwanie wydechu. W124 też wybraliśmy się do Magdy – wtedy już nie z licealną paczką, a z żoną. To było w zimie – chcieliśmy pojeździć na nartach na Magurze Małastowskiej. Wydech, owszem, przeżył, ale pod samym stokiem, na wąskim i bardzo stromym podjeździe na parking pod wyciągiem, chciałem przepuścić auto z przeciwka. Zatrzymałem się i delikatnie cofnąłem w prawo, by zrobić miejsce. No i trach!! – okazało się, że pod śniegiem znajdował się zupełnie niewidoczny, głęboki rów. Auto zawisło na wahaczach i nie było możliwości go wypchać – trzeba było wezwać pomoc drogową z wyciągarką. Od tamtej pory więcej do Gorlic nie pojechałem (chociaż kontakt z Magdą mam do dziś – pracujemy nawet w tym samym biurowcu).

***

W124 jeździłem 4,5 roku, przejeżdżając w tym czasie aż 108 tys. km (obie te liczby to moje rekordy). Po drodze konieczny był cały nowy wydech (10 lat to granica wytrzymałości oryginalnego), trochę elementów zawieszenia, silnik dmuchawy, reflektory (lustra zaśniedziały ze starości), dwukrotnie łożysko koła (to samo – pozostałe trzy, oryginalne, działały bez zarzutu), dwukrotnie mechanizm hamulca postojowego. Trzeba było polakierować część tylnej klapy, gdzie zaczynały się pokazywać bąble (dziwne, że tam, a nie np. na progach albo błotnikach…?). Przestały działać wycieraczki reflektorów, tzn. zaczęły zawieszać się i pluć płynem w ilościach hurtowych, itp., więc je rozłączyłem. To samo z zamkiem centralnym: on był pneumatyczny, z elektryczną pompką, która z jakiegoś powodu przestała się wyłączać, co rozładowywało akumulator. Najpierw myślałem, że padła bateria, potem – że ładowanie. Znalezienie problemu trwało długo, usunięcie – znacznie krócej: pan Edek rozłączył po prostu pompkę i przeciął przewody zamka.

No właśnie – zamki. Na tamte lata przypadło w Polsce apogeum plagi kradzieży samochodów. Moje W124 raz straciło szybę (i nic więcej – radio pozostało na miejscu), a raz – wszystkie „szerokie listwy”. Trochę mnie to zdziwiło – ileż mogą być warte takie plastiki…? Na szrocie się dowiedziałem: za cały komplet – na aucie nic nie zostało – gość zaśpiewał sobie… 1.200 zł!! Sześć razy tyle, co za radio, a ryzyko mniejsze, bo nie trzeba szyby wybijać. Szrociarz na wejściu lojalnie ostrzegł, że listew w kolorze na pewno nie znajdzie – chociaż jeszcze nie wiedział, jaki chciałem. Mówię mu, że granatowy. „Oooo, to nie mam w ogóle„. Czekaj, skubańcu – pomyślałem sobie – po prostu nie chcesz mi sprzedać moich (po rysach natychmiast bym poznał). W końcu przyniósł listwy – każda inna, ale żadnej granatowej. Razem z lakierowaniem wyszło ponad 2.000…

To jednak nie wszystko. W124 miał założonego tzw. Mul-T-Locka na dźwignię zmiany biegów, poza tym elektryk z serwisu taty zrobił mi tajny wyłącznik pompy paliwa pod mieszkiem lewarka. Kto wie, czy właśnie to nie udaremniło aż dwóch podejść złodziei: oba następowały w biały dzień, przed moją uczelnią na ul. Lubomirskiego, gdzie auto przez dwa i pół roku stało prawie codziennie przez wiele godzin. Oba podejścia wyglądały tak samo: wyłamany zamek i identycznie uszkodzona stacyjka, a samochód nieruszony. Tutaj też nie dało się obyć bez lawety – w sumie więc korzystałem z niej aż trzy razy, ale nigdy z powodów technicznych – bo ani własnoręcznego wjechania do rowu ani działalności bandytów nie da się do nich zaliczyć.

Samochód został sprzedany na wiosnę 2006r. Miał 14 lat i 365 tys. km na liczniku. Na stare lata pisana mu była jeszcze rola taksówki – w tym charakterze zamierzał go użyć nabywca, który zapłacił 14 tys. zł. Faktycznie, widziałem go raz na postoju na krakowskim Kazimierzu, ładnych parę lat później, kiedy z całą pewnością był już pełnoletni.

Tym razem nic nie napiszę o wadach. Z prostego powodu – w tym samochodzie po prostu ich nie widziałem. Kiedyś, gdy dopiero zaczynałem gryzmolić bloga, napisałem hymn pochwalny na cześć W124. Skutkiem tego przez dłuższy czas ludzie wyzywali mnie od germanofilów, ale wcale tego nie żałuję: mimo że nie jestem fanem żadnej innej marki niemieckiej, to nadal uważam, że W124, w całym bogactwie wersji silnikowych i nadwoziowych, można uznać za szczytowe osiągnięcie sztuki budowania samochodów. Być może nie jestem tu obiektywny, bo moją opinię kształtują dziecięce marzenia oraz 4,5 roku i 108 tkm z najpiękniejszego okresu życia, spędzonego w dodatku w roli bananowej młodzieży. Nie jestem jednak w tych poglądach odosobniony. W124 był czymś równie niesamowitym w 1984r. jako rynkowa nowość i u progu XXI wieku jako kilkunastolatek z przebiegiem 365 tkm. Nie tylko w Polsce – sympatyczne spojrzenia i komentarze słyszałem również na greckich campingach, a nawet austriackich stacjach benzynowych (gdzie jeden sprzedawca powiedział mi z nostalgicznym uśmiechem, że nie ma lepszego i solidniejszego samochodu do dalekich podróży – a był to rok 2005, 20 lat po premierze modelu!!). Dziś, na rynku youngtimerów, W124 jest jednym z najbardziej poszukiwanych modeli. Rozumiem to, jak mało kto inny.

Foto tytułowe: praca własna

Share Button
Tagi: , ,
136 comments on “STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: PIES ZA MILION
  1. Fabrykant napisał(a):

    Ideał! O take Polske walczyłem! (cytat). Walczyłem, walczyłem i się niedowalczyłem- ceny porządnych (cy są takie?) W124 już powoli idą w kosmos, gdy tymczasem ja nadal na Ziemi.
    Pierwszego (i jedynego) W124 jakiego prowadziłem pocałowałem z radości w kierownicową gwiazdkę. Był to słynny 200D. Niezależnie od dynamiki lodowca taki Mercedes to było (i nadal jest) moje marzenie, rozpoczęte od prezentacji tegoż pojazdu w głębokim Stanie Wojennym. Prospekt Mercedesa zdobyłem szybko drogą kupna na bazarze- błękitne i bordowe metaliki śnią mi się do dziś po nocach. Niezłym szokiem było choćby przeczytanie samych danych technicznych- taki jak Twój, Szanowny Autorze 300D miał prędkość maksymalną 190 km/h!. Diesel!!! Po prostu to był jakiś odlot, to było pobicie konkurencji pałką po głowie podczas gwizdania teutońskich hymnów. Nasz ówczesny pojazd rodzinny Ford Taunus 1,6, jak na PRL całkiem zraźny samochód, ledwo dociągał do 160-ciu, a i tak witały go pełne podziwu spojrzenia małolatów i pytania „Ile wyciąga?”.
    W 1985 roku odbyłem z moim Starym Mocno Zapamiętaną Z Dzieciństwa wycieczkę do Szwajcarii (zaproszenie od znajomego Taty- bez tego nie dało się wyjechać z kraju, wystaranie się w o szwajcarskie i niemieckie wizy, wystanie w kolejce po paszporty. Jak pisał Leszek Niedzielski „Stanie w kolejkach po wizę jest niewarte Zachodu!”). Odwiedziliśmy wtedy Salon Genewski, bo to był akurat marzec, gdzie można się było spotkać z różnymi obiektami mojego ówczesnego kultu, między innymi z W124. Pamiętam nabożność z jaką go oglądałem na ulicach, bo w Polsce właściwie był wtedy zupełną egzotyką, przynajmniej w Łodzi.
    Potem raz w życiu, króciutko, przewieziono mnie 500E. Ten pojazd przyspieszał jakby w windzie liny urwało, a przy tym wydawał się niewzruszenie spokojny i stateczny. Miał go krótko znajomy Taty- znany łódzki lekarz. Strasznie krótko. Dwa tygodnie od zakupu okazał się być kradziony i poszukiwany w Niemczech, potem były chryje, a może i procesy. Cóż. Specyfika wczesnych lat 90-tych.

    Sentyment do W124 nie przeszedł mi w ciągu następnych trzydziestu lat.
    Ten pojazd, pomimo potężnie germańskiej stylistyki (zwłaszcza wnętrza), miał w sobie taką nowoczesność że niejako rozpoczął lata 90-te już w 1984 roku. Szacun dla pana Bruno Sacco, który go projektował. A co lepsza- mimo że jest już pełnoprawnym zabytkiem W124 nadal nie jest nim mentalnie. Nadal widać normalnie użytkowane auta, które pomimo trzydziestu lat nie wyróżniają się specjalnie na ulicach, w odróżnieniu od takiego, powiedzmy, Opla Rekorda z tamtych czasów.

    • SzK napisał(a):

      500E to dopiero musiał być kosmos!! Ja wtedy nawet nie wiedziałem, że takie wersje istniały.

      Katalogowa Vmax to było bodajże 195 km/h (mój, jako seria 2, miał ciut wyższą moc – 113 zamiast 109 KM). Bez problemu osiągalna – sprawdzałem 🙂

      A co do pana Sacco, to ja też zawsze mówię, że czapki z głów. Wtedy, w latach 80-tych, jego projekty wyglądały jak kosmoloty. Potem już trochę straciły na agresji, ale nie są archaiczne, i wydaje mi się, że nigdy nie będą. Moda oczywiście przemija, ale czym innym jest ona, a czym innym wrażenie, że jakiś przedmiot jest nieopierzony i niedojrzały. Mercedesy od Sacco nie są już nowoczesne, ale absolutnie nie wyglądają niedorzecznie. Niektórzy niezorientowani biorą je czasem na nowsze od ich własnych następców – a to o czymś świadczy.

      • Leniwiec Gniewomir napisał(a):

        B. Sacco jest mistrzem tworzenia stylistyki absolutnie ponadczasowej. W124 i W201 to w zasadzie pomniki jego poczucia samochodowej estetyki.

  2. Jacek napisał(a):

    Ech też takiego bym chciał…

  3. Maciek napisał(a):

    Ponieważ poznaliśmy się w okresie kiedy użytkowałeś ten wspaniały wóz to dane mi było nim jeździć na Twoim i Ani ślubie 🙂
    Przesiadka z Daewoo Nexi była ciekawym doświadczeniem…. glowienie dlatego,że nie wiedziałem jak odblokować hamulec ręczno/nożno/postojowy (jak zwał tak zwał ;))

    • SzK napisał(a):

      Z tego, co pamiętam, to raczej nie mogłeś znaleźć wstecznego i wypychałeś auto rękami z parkingu…?

  4. Grzesiek napisał(a):

    Świetny wpis, jak zawsze zresztą. Jestem w podobnym do Autora wieku i oprócz samego głównego tematu, wiele pobocznych wątków, jak giełda czy sposób podróżowania za granicę budzi we mnie miłe wspomnienia – dzięki za tą mimowolną podróż sentymentalną!

    Wydaje mi się, że pomimo „pozytywnego zakrzywienia optyki”, jakim było nacechowane użytkowanie tego samochodu przez Szczepana w czasach, które każdemu z nas wydają się najlepsze (młodość, otwierający się świat i poznanie „tej jedynej” :)), to absolutnie wzorcowa jakość W124 nie podlega żadnej dyskusji. Nigdy nie byłem fanem tego samochodu, ale zawsze podziwiałem to, jakim technologicznym osiągnięciem jest połączenie trwałości, ergonomii i projektu, który nadal całkowicie się nie zestarzał.

    Swoją drogą – wygląd auta po 250 tys. km powala. Jest jak te „w doskonałym stanie zachowania” klasyki z pewnej popularnej giełdy 🙂 Uczciwie przyznam jednak na marginesie: widziałem Audi A4 B5 z prawdziwym przebiegiem 412 tys. i nosiło naprawdę bardzo niewielkie ślady zużycia. Ot, takie na „handlarskie 158 tysięcy” 😉

    Zapytam przy okazji, nieco interesownie – kiedy jakiś wpis o CLK W208, bo chyba i takie auto kiedyś Autor użytkował? A dlatego nieco interesownie, gdyż właśnie szukam W208 dla siebie i byłbym ciekaw rzetelnej opinii o tym aucie.

    • SzK napisał(a):

      Mój egzemplarz W208 całkiem niedawno był znów do sprzedania – kolejny właściciel pchnął go dalej kilka miesięcy temu 🙂

      Oczywiście, będzie o nim wpis, ale wszystko po kolei. W następnej kolejności w tej serii będzie R129 (miał być już wcześniej, ale chciałem najpierw napisać o W124, bo istnieje tu pewien związek), a potem W210, które miałem po W124. Dopiero potem CLK.

  5. Maliszep napisał(a):

    Hmmm,
    Przeczuwam, ze tym razem komentarzy bedzie co najmniej 100
    😉

  6. Łukasz napisał(a):

    Bardzo ciekawe czasy i model samochodu najlepiej ilustrujący sukces budowniczych kapitalizmu w początkach transformacji.
    Pamiętam że kilkukrotnie widywałem w-124 pod koniec lat 80-tych ale dopiero zdjęcia tego auta w katalogu „Samochody świata 1991″to był kosmos i w-124 jak i w-201 wyglądały jakoś zupełnie inaczej na tle innych prezentowanych tam samochodów. Jakiś czas później dowiedziałem się że te modele debiutowały odpowiednio w 1982 i 1984 roku, aż szczena mi opadła.
    Cieszę się że mogłem poznać oba modele za sprawą mojego wujka, który woził się autami tej marki od 1983 roku i zawsze powtarzał z uśmiechem że tylko mercedes a inne auta to zupełnie nie to. Wtedy to ignorowałem ale po latach stwierdzam że miał rację – te auta są inne od reszty, moim zdaniem zupełnie inaczej zbudowane niż konkurencyjne audi a4 czy bmw e46 lub lexus is200 (porównując do c-klasy w-203 po liftingu) bo akurat tylko z tymi premiumami miałem do czynienia.
    Wujkowa 190 250d była świetna ale ciasna i miała mały bagażnik ale wszystko było tam klasyczne, eleganckie ale bez fajerwerków i zawieszenie tego auta to była bajka – nawet nie było czego porównywać do audi 80 b4 czy opla vectry a, tamte auta prowadziły się jak taczka przy sto dziewięćdziesiątce.
    W 2000r została zamieniona na balerona 250d – niby to samo a jednak coś zupełnie innego. Dużo przestrzeni, wyposażenie jak w aucie Szczepana i czekoladowe wnętrze. Jak Szczepan wspomniał było to apogeum kradzieży aut, wujek miał tam multilocka, alarm, dokładany immobiliser odpalany dinksem przy kluczykach i dodatkowy wyłącznik zapłonu. Jeszcze trochę tutaj pozanudzam….

  7. Łukasz napisał(a):

    Pewnego razu jechaliśmy do rodziny na pogrzeb dwoma autami – ja z kuzynką baleronem, reszta nexią mojego taty.W pewnym momencie podczas skrętu w baleronie pojawiła się choinka na tablicy rozdzielczej i padło wspomaganie.
    Auto musiało być doholowane do mechanika, jakieś 8 km. Zadzwoniliśmy po tatę, zapięliśmy mietka do nexii, tata ruszył i po raz pierwszy w życiu miałem wrażenie że chyba nexia zostanie rozerwana albo puszczą zgrzewy karoserii.
    Przyczyną awarii było chyba pęknięcie paska alternatora.
    Ten mercedes został sprzedany w lipcu, poszedł za 6 tysięcy. Myślałem żeby go przygarnąć ale po co mi dwa auta. Oglądając to auto po raz ostatni dostrzegłem jaką drogę przeszła motoryzacja. Porównując wnętrze w-124 z wnętrzem mojego plastikowego kompaktu, siedząc z przodu czułem się jak w samochodziku dla dzieci – wąska deska rozdzielcza, wąskie parapety drzwi itd. Z drugiej strony elektryka w 27 letnim aucie nadal działała bez zarzutu (centralny, wszystkie szyby i dach)a drzwi wciąż zamykały się z przyjemnym mlasknięciem dającym poczucie solidności.

    300d to już było trochę inne auto, szybciej jeździło, było trochę cichsze ale też nieco więcej paliło, średnio 7 litrów na 100 km.
    Raz kumpel rozpędził go do licznikowych 200km/h i szedł jak okręt super komfortowo gdyby nie świst wiatru przez sparciałe uszczelki, auto miało wtedy 17 lat.Tym egzemplarzem manewrowałem kiedyś na podwórku u rodziców – dość wąsko i wyjeżdżając z garażu trzeba od razu złożyć auto do skrętu. nubirą taty robiłem ten manewr na trzy razy, mercem zrobiłem na dwa razy. Genialna widoczność z miejsca kierowcy przez wszystkie słupki, łatwość oceny gdzie kończy się przód i tył auta oraz prawie kąt prosty skrętu przednich kół – konstruktorzy w-124 przemyśleli to po mistrzowsku.

  8. Mardergang napisał(a):

    Zawieszenie wielowahaczowe – to dla mnie taki mały symbol tendencji w motoryzacji. Pamiętam jak w 1986 czytałem z zachwytem w „Motorze” o wchodzącym wtedy na rynek Oplu Omedze, który miał takie zawieszenie chyba jako drugi samochód po W124. Oba samochody to był dla mnie kosmos, bo wtedy naszym rodzinnym pojazdem był inny pomnik niemieckiej motoryzacji, czyli Trabant 601.
    Potem to rozwiązanie schodziło do coraz niższych klas – do klasy średniej, potem do kompaktów (chyba pierwszy był Ford Focus w 1998). A potem skończyły się lata 90. i tendencja poszła w drugą stronę. Skoro klienci nie widzą różnicy, to lepiej na powrót zapakować im belkę skrętną. Ważne żeby był tablet na desce rozdzielczej (jak niedzisiejszo i technicznie brzmi to określenie!) i podświetlenie ambientowe.

    • SzK napisał(a):

      Przeciętny człowiek dzisiaj nie zobaczy różnicy, bo po pierwsze, belki skrętne też są dziś dużo lepsze niż kiedyś, a po drugie, dziś jeździ się naprawdę powoli w stosunku do możliwości układów jezdnych, dlatego też nie warto przepłacać.

    • mocnyvito napisał(a):

      ciekawe spostrzeżenie z tą „deską rozdzielczą” , Szczepan może jakis krótki tekścik o etymologii tej nazwy ? Dzisiaj w zasadzie w sensie dosłownym jest lekko niedorzeczna 🙂

      • SzK napisał(a):

        Idź sobie na Rynek Główny i przyjrzyj się, jak sa zbudowane dorożki. Deska rozdzielajaca wożnicę od konia rzuci Ci się w oczy natychmiast.

      • Wojtek napisał(a):

        Nie no żart dobry, ale jeszcze ktoś w to uwierzy. 🙂
        Rozdzielcza bo służy do kontrolowania i sterowania wszystkimi obwodami maszyny. Tak jak przy wejściu linii energetycznej czy ciepłowniczej do budynku masz rozdzielnie że wszystkimi zegarami i zaworami.
        A deska to akurat faktycznie dlatego że była zrobiona z deski.;-)

      • SzK napisał(a):

        To nie jest żart, takie wytłumaczenie widziałem w kilku miejscach. A że określenie przyjęło się w różnych zastosowaniach, to inna sprawa.

      • SzK napisał(a):

        Oooo, nawet angielska Wikipedia potwierdza:

        „Originally, the word dashboard applied to a barrier of wood or leather fixed at the front of a horse-drawn carriage or sleigh to protect the driver from mud or other debris „dashed up” (thrown up) by the horses’ hooves.[1] Commonly these boards did not perform any additional function other than providing a convenient handhold for ascending into the driver’s seat, or a small clip with which to secure the reins when not in use.

        When the first „horseless carriages” were constructed in the late 19th century, with engines mounted beneath the driver such as the Daimler Stahlradwagen, the simple dashboard was retained to protect occupants from debris thrown up by the cars’ front wheels. However, as car design evolved to position the motor in front of the driver, the dashboard became a panel that protected vehicle occupants from the heat and oil of the engine. With gradually increasing mechanical complexity, this panel formed a convenient location for the placement of gauges and minor controls, and from this evolved the modern instrument panel, although retaining its archaic common name.
        The first mass-produced automobile, the Oldsmobile Curved Dash, got its name from its dash(board), which was curved like that of a sleigh.”

        https://en.wikipedia.org/wiki/Dashboard

        P.S. O Oldsmobile’u Curved Dash oczywiście będzie kiedyś wpis.

      • Wojtek napisał(a):

        Po angielsku pewnie dashboard pochodzi od ochrony przed kamieniami wyrzucanymi spod konskich kopyt.
        Ale po polsku? Cos mi sie nie wydaje. W kazdym razie nie slyszalem nigdy o desce rozdzielczej w dorozce.

      • truten23 napisał(a):

        Z deską rozdzielczą jest tak, jak z anglojęzycznym wind shield, określającym szybę czołową.

    • wojluk napisał(a):

      Dzisiaj zamiast desek rozdzielczych są drewnopodobne kłody prestiżowe 😉

  9. Hshan napisał(a):

    Ech, cóż za wspaniałe auto. Fanem Mercedesa zdecydowanie nie jestem, ale W124 bym chciał. 300TD Turbo 4Matic albo 300CE-24 najlepiej 🙂 Zazdroszczę auta, wspomnień i statusu bananowej młodzieży. No i młodości w złotych czasach późnej epoki plastiku. A fragment no niezrozumieniu współczesnej mentalności nieraz starszych ludzi w wieku 21 lat – jakby był o mnie 🙂

    • SzK napisał(a):

      No właśnie, jako klasyka każdy chciałby full wypas (ja oczywiście też), i dlatego tak trudno jest znaleźć ładny egzemplarz. 250D są już pozajeżdżane, a 300CE-24 wyprodukowali bardzo mało i większość dobrych egzemplarzy jest już od dawna u ludzi, którzy już nie wypuszczą ich z ręki. Dlatego właśnie, paradoksalnie, łatwiej znaleźć zadbany R129, o czym pisałem w artykule o moich poszukiwaniach.

  10. SMKA napisał(a):

    Cóż, co by o W124 nie mówić, nadal widuję sporo tych pojazdów używanych do jazdy na co dzień przez ludzi, którzy pewnie nawet nie wiedzą co to jest „youngtimer”. W przypadku takich pojazdów jak BX czy XM (XM jest przecież ładnych kilka lat młodszy od W124), jak widzę taki pojazd na drodze, to niemal na pewno jest to pojazd eksploatowany przez fana staroci/dziwnych wynalazków/francuskich pojazdów. Zresztą, mam mojego BX-a od lutego 2014 roku i jedynie raz jadąc BX-em widziałem innego BX-a jadącego z naprzeciwka (w sumie też nie do końca, bowiem kierowca tego innego BX-a czekał na wyjazd z drogi podporządkowanej, ja jechałem główną, więc to nie do końca było „z naprzeciwka”). Gdybym kupił W124, to pewnie nie zliczył bym innych takich samych jadących z naprzeciwka. Swoją drogą, może nie W124, ale W123 tak: takie zdjęcie, styczeń 1989 roku, Kabul, wyrzucanie pustych łusek po flarach:

    https://cdn.theatlantic.com/assets/media/img/photo/2014/08/the-soviet-war-in-afghanistan-1979-1989/a30_90123060/main_900.jpg?1420498646

    • SzK napisał(a):

      Super zdjęcie, mogę ukraść na fanpage?

      • SMKA napisał(a):

        Ależ to nie moje zdjęcie- więc nie wiem jak z prawami autorskimi. W razie czego wpisz w pewnej znanej wyszukiwarce „kabul 1989 soviet flare”.

  11. Franek napisał(a):

    Eh, to jest doskonały wóz. Ja kiedyś miałem styczność z 300D kombi ale właśnie w automacie, a do tego z klimatyzacją i skórą. Idealny wóz na dowolnie długą wyprawę.
    Z kilku rzeczy ktore mnie zadziwiły, było m. in. to, że w listopadzie, po dluższym postoju auta, wystarczyło przejechać z kilometr aby z nawiewu zaczęło lecieć upiornie gorące powietrze. Jak Mercedes osiągnął to przy sławetnej skuteczności termicznej diesla, która nie pozwala mu oddawać dużo ciepła?
    I oczywiście, smaczek w postaci zamka centralnego na podczerwień i „sygnalizacji świetlnej” otwarcia zamka.

    Ponadto – z wrażeń z jazdy muszę jednak stwierdzić, że 300D i automatyczna skrzynia biegów dobrze współpracują – bo o ile 4-przełożeniowe automaty Mercedesa z tamtych lat nie reagują zbyt dynamicznie na pozycję pedału gazu (a wręcz potrafią uparcie nie zmieniać przełożenia), to jednak spory moment dużego diesla i jego wspomniana równomierność rozwijania mocy to nadrabia.

  12. ja napisał(a):

    Moja czarna 250 miala identyczny srodek. Sprzedalem ja gdzies dwa lata temu, po 9 latach w domu. I tez zaliczylismy razem sporo wycieczek. Teraz chetnie przygarnalbym taka w v8, ale nie 500. No ale ciezko znalezc cos sensownego.

  13. Apach napisał(a):

    Kolejny fajny wpis. Jako milosnik marki i w szczegolnosci opisywanego modelu czytalem z wypiekami na twarzy. Podobnie jak u autora to moj ojciec sprawil, ze byl obiektem mych westchnien. Podobnie jak autor w dziecinstwie marzylem o tym aby jezdzic takim samochodem. I danego sobie slowa dotrzymalem. Pierwszego Mercedesa kupilem w 2010 roku, a byl to S124 220TE z czerwca 1992 roku. I moge potwierdzic, ze rok 1992 oraz pierwsza polowa 1993 to najelpszy okres produkcji modelu. Jeszcze nie E Klasa ale juz z nowoczesnymi motorami. Drugi Mercedes jaki zostal przeze mnie kupiony, co ciekawe na prosbe mojej kobiety, to byla zupelnie inna bajka, gdyz rzeczona konkubina zazyczyla sobie coupe. I tak stalismy sie posiadaczami C124 E320 z czerwca 1995 roku. W porownaniu do kombi to… w ogole nie bylo porownania. Szesciocylindrowa jednostka produkujaca nawet dzis potrafi zadziwic niejednego na autostradzie. Mamy to auto do dzis i uzytkujemy je sporadycznie jedynie w sezonie letnim. Moje ukochane kombi niestety skonczylo jako dawca czesci, a w zamian za nie pojawil sie niebradzo lubiany Okular. Troche z braku laku, troche ze zdroworozsadkowego podejscia do kupna auta na codzien. Jednak nabyte S210 E270 CDI z wrzesnia 2002 roku jest jak do tej pory najlepszym autem jakim jezdzilem i dzielnie mi sluzy juz czwarty rok. Dlatego z wypiekami na twarzy czekam na pojawienie sie wpisu traktujacego o dwiescie dziesiatce.

  14. PstrykEJ9 napisał(a):

    ładny Mercedes nawet dzisiaj mógłbym jeździć W124. Ma w zasadzie wszystko czego można wymagać od samochodu.

    Ps. SzK. jeździłeś przez te 4,5 roku na zwykłej stalówce z kołpakiem ciągle? Jeśli tak to czemu nie zainwestowałeś w alu?

    • SzK napisał(a):

      Owszem, na kołpaku. Mnie to w niczym nie przeszkadzało.

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        Mimo wszystko ładny alus dodaje stylóweczki 😉 A W124 na kołpaku wygląda jak taksówka moim skromnym zdaniem.

  15. Maciek napisał(a):

    Ale to jest jakaś tajemnicza sprawa. Znaczy sie z tymi Mercedesami.
    Nie jestem żadnym petolheadem (przepraszam serdecznie P.T. Autora i gremium czytelnicze). Nie umiem sobie zmienić klocków. Kiedyś umiałem w motorowerze „Romet” zdjąć fajkę do świecy, ale dziś jak są te wszystkie plastiki to chyba już nie umiem. Do samochodu mam podejście (prawie) jak do pralki. Proszę mnie przewieźć A->B (byle w miarę sprawnie, stąd „prawie”).
    Ale miałem kiedyś Mercedesa. I to kupionego na giełdzie!! Niestety nie W124 tylko baby-Benza (w201), za to w prawilnej motoryzacji czyli OM601 (2.0D). Taaa, oczywiście stosunek masa/moc gorszy niż Tico, Tico nas objeżdza, nerwowa sytuacja przy wbijaniu się do ruchu z bocznej drogi, jakieś wyprzedzanie tira?
    Ale: tu się nie jedzie, to się podróżuje, i żadne Tico nas nie porusza. Tajemniczy składnik (cytat). Człowieka – niewprawnego i nie przygotowanego ogarnia nieziemski luz i spokój – dostojnie podróżujemy. Płyniemy. I banan na twarzy. Zaznaczam – nie miałem oczekiwań i nie znałem technikali. Chciałem z A do B. Adostałem więcej. I do tego auto cały czas na swoim miejscu, czy to we wrocławskim korku, czy na drodze krajowej, czy na autostradzie do Berlina. BANAN.
    Do tego eleganckie fotele w kratkę (!) i PRAWDZIWE drewno na desce. I czadowy „szyberdach” – kawałek dachu (blaszany, żadna szyba) dało się odsuwać, od razu w środku +10 do jasności i powietrza, a było tak przeinżynierowanie że nie huczało i nie urywało głowy. Smieszne dziś ale brak klimy i szyby na korbki absolutnie nie przeszadzały, tzn. ani przez sekundę nie było takiej myśli że jest coś nie tak. A, no, ale jednak biegów 5 (bo to ’91).
    Plusy: same plusy
    Twarde fakty: nigdy nie dało się spalić więcej niż 7 litrów (prawilnej ropy, nie godziło się lać frytkowego oleju z biedry). Mniej niż 7 też nie chciało. Zimą OK, byle nie wpychać się w zaspy, bo dało się wjechać ale wyjechać już nie.
    Minusy: głupotki – małe lusterka, nic nie było widać (zwłaszcza lewe), ciut rzeczywiście mało miejsca na głowę z tyłu (no ale to baby), klapa bagażnika nie zachodząca na tablicę (jak w 124). No i to wyłącznie zimne powietrze ze środkowych nawiewów – ktoś wie dlaczego?
    No, ale oczywiście każdy aspirował (mając już te 5 biegów), jak nie do W201 2.5D to do W124 300d (i w kombiaku!!). Co ciekawe jakoś te wersje benzynowe to były gdzieś tam daleko w innym świecie, no, wiadomo że i 2.3 i 2.6, ale takie „praktyczne” marzenia to jednak dotyczyły potomstwa p.Rudolfa
    eech.

    • Patryk napisał(a):

      „No i to wyłącznie zimne powietrze ze środkowych nawiewów – ktoś wie dlaczego?”
      A nie było tam czasami specjalnego pokrętła którym można było wybrać czy powietrze leci omijając nagrzewnicę(czyli zimne), czy ma lecieć z nagrzewnicy(czyli ciepłe). W BMW E39 tak mam, w poprzednim CLK W208 też chyba tak było, nie pamiętam dokładnie.

      • SzK napisał(a):

        W R129 sa klawisze, czerwony i niebieski. W W124 nie miaem, ale nie wiem, jak by to było w wersji z klima, bo nie jeździłem.

        Generalnie te środkowe nawiewy były oryginalnie pomyślane jako wysokowydajny nawiew bezpośrednio z zewnatrz, z pominięciem nagrzewnicy – taki substytut klimatyzacji. Stamtad wiało o wiele silniej niż z boku, na szyby albo na nogi.

      • Aleksander napisał(a):

        Ja w E30 też zawsze miałem powietrze na tułów wyraźnie chłodniejsze niż na szybę czy na nogi. Myślałem, że to dlatego, że ciepłe powietrze na pasażerów powoduje senność i dyskomfort. Sprawdzało się świetnie, zawsze było ciepło i nie było czuć gorącego nawiewu na twarz.

    • truten23 napisał(a):

      A nie jest tam przypadkiem tak, że masz pokrętło z polem niebieskim i białym?
      Niebieskie to całkiem zimne, a białe to tylko częściowo podgrzane.
      Często można spotkać taką kombinację.

  16. Adam napisał(a):

    Szczepan, trochę nie na temat – ale jak ci się podoba Tomaszów Mazowiecki? pytam bo czasami myślę, żeby na starsze lata przenieść się do jakiegoś średniej wielkość spokojniejszego miasta, a Tomaszów mógłby być brany pod uwagę. Pozdrawiam

    • SzK napisał(a):

      Wszystko zależy, czego oczekujesz. Jeśli nie będziesz potrzebował zarabiać, to jest to miasteczko jak każde inne – 70 tys ludności, kilka parków, rezerwat Niebieskie Źródła (bardzo przyjemny na spacery), fajne lasy naokoło, po kilka kilometrów do Spały albo nad Zalew Sulejowski. W miarę centralne położenie na mapie kraju, przy trasach przelotowych (S8, A1). Godzina jazdy do Łodzi, trochę więcej do Warszawy.

      Wady? Ciężko jest o rozrywki typu kino, teatr, no i całkiem płasko – dla mnie, wychowanego w MAłopolsce, to jest strasznie nienaturalne i niefajne, ale 90% Polaków pewnie w ogóle nie zauważy, że coś tutaj nie pasuje 🙂

      • Karol napisał(a):

        Jak offtop to offtop. Jako osoba pochodząca z okolic Opoczna (generalnie już nie mieszkaniec,) a więc sąsiedniego powiatu muszę się zgodzić z tym co napisał szanowny autor bloga na temat Tomaszowa Mazowieckiego. Dodam jedynie, że za czasów mojego dzieciństwa czyli przełomu lat 80/90 nie dało się przez to miasto przejechać z otwartymi oknami z powodu wszechobecnego smrodu będącego skutkiem ubocznym produkcji wiskozy przez tamtejszą fabrykę WISTOM. Obecnie pozostały po niej jedynie górujące nad miastem kominy z których część już wyburzono a cześć się rozleciała. Obecnie zabudowania pofabryczne przedstawiają widok pt. „natura idzie po swoje”. Jeżeli kogoś kręci architektura militarna to w podtomaszowskich wsiach Konewka i Jeleń, zlokalizowanych w kompleksie lasów spalskich znajdują się unikatowe bunkry przeznaczone dla pociągów pancernych i mini muzeum militarne. Polecam również skansen rzeki Pilicy położony w bezpośrednim sąsiedztwie rezerwatu Niebieskie Źródła można tam obejrzeć dwa ciekawe pojazdy kołowo-gąsiennicowe: ciągnik artyleryjski SdkFz 9(jedyny zachowany egzemplarz) oraz transporter opancerzony SdkFz 251 -obydwa w oryginale i na chodzie!

      • SzK napisał(a):

        Moja żona urodziła się właśnie w Opocznie, a wychowywała pomiędzy Tomaszowem, a Twoimi okolicami (konkretnie – Libiszowem).

        W Wistomie pracowali oboje teściowie, chociaż oczywiście nie byli wtedy jeszcze moimi teściami 🙂

        Dzięki za uzupełnienie – znam oczywiście skansen i Konewkę z bunkrem kolejowym, ale jakoś nie przyszły mi te rzeczy do głowy od razu.

  17. Michal_Op napisał(a):

    W w201 ze środkowych nawiewów też mi leciało tylko zimne i nie dało się nic z tym zrobić. Taka konstrukcja – nie przewidzieli ogrzewania -czyli chcesz ogrzewanie? kup w124. Ponieważ uszczelka przepustnic powietrzabyła już sparciała to pomimo zupełnego zamkniecia w mrozy musiałem zaklejać te nawiewy tama klejącą aby prawa ręka nie zamarzała. Pełen prestiż.

    • SzK napisał(a):

      U mnie to było szczelne nawet w 26-letnim W116, w którym generalnie mało co działało, a podłoga była w stanie szczatkowym (w deszczu trzeba było jeździć w kaloszach). Trochę więc dziwna sprawa z tymi uszczelkami, ale pewnie możliwa.

      • Michal_Op napisał(a):

        We wspomnianych nawiewach klapki (przepustnice) dotykaja ramki która dookoła ma przyklejoną gąbkę. Ta gąbka spełnia swoją rolę jak jest nowa – ale po wielu latach kruszeje i pojawiają sie dziury przez które wieje zimny luft. Jest to też kwestia odpowiedniej regulacji kluczem inbusowym, który wkłada się pod pionowy suwak i reguluje „doleganie” tych klapek. Zapewne da się to naprawić ale ja nie zdąrzyłem – albowiem tej samej zimy zwiedziłem moim mietkiem głeboki rów. Moj ukochany w201 poszedł do huty.

      • benny_pl napisał(a):

        tak samo jest w Kadettach – gabki w srodkowych nawiewach zawsze rozsypane i gwizdze jak czajnik jak sie wlaczy wyzsze biegi dmuchawy, wystarczy lekko uchylic nawiewy i nie gwizdze, ale dmucha zimnym 😉
        ale samo rozwiazanie nadmuchu tylko zimnego jest bardzo fajne w lecie, przez nagrzewnice to jednak zawsze troche cieple to powietrze jest, a z jej pominieciem wg mnie wystarcza to w lecie mimo braku klimy

        w Cinquecento jest to pomyslane od razu lepiej – wajcha zimno-cieplo nie zakreca zaworu nagrzewnicy (ktory zawsze troche przepuszcza) tylko steruje klapka na wlocie powietrza pomiedzy ssaniem przez nagrzewnice lub bezposrednio – i dziala to na wszystkie dalej wybierane drugim przesuwakiem nawiewy – dziala to wysmienicie

    • BaltazarGąbka napisał(a):

      Przypuszczam, że brak możliwości ustawienia ciepłego powietrza ze środkowych kratek nie wynika z tego, że coś się zepsuło, czy ze starości. Znam inne auta, które tak mają, bo tak to zostało rozwiązane. Zapewne na nogi, czy szybę dało się ustawić grzanie 😉

      Nie wiem, czy wszędzie tak jest, ale w moim aucie (trochę nowszym), przy ustawieniu na automat chłodzi tylko ze środkowych kratek, a grzeje tylko dolnymi, na nogi. Zapewne to ustawienie ma swoje uzasadnienie. Oczywiście da się ustawić inaczej manualnie, choć ja raczej nie korzystam.

      • SzK napisał(a):

        Oczywiście, że środkowy nawiew poprowadzony poza nagrzewnicą to po prostu taka konstrukcja, a nie awaria… Nawet w instrukcji obsługi o tym piszą, że to jest dodatkowe, silne przewietrzanie kabiny w upały.

      • Wojtek napisał(a):

        W Astrze F też tak bylo. Koszmarne rozwiązanie, bo w zimie nigdy nie da się tego tak całkiem zamknąć i w prawą dłoń zawsze mrozem waliło. 🙂 Może w Mercedesie to jest jakoś staranniej wykonane niż w Oplu.

      • SzK napisał(a):

        Mozna wiedzieć, w jakim wieku była Astra, z którą miałeś doświadczenia?

        W Mercedesach nigdy nie miałem takiego problemu, a najstarszy miał 26 lat i był w stanie agonalnym, dlatego jestem ciekaw. Inna sprawa, że Michal_Op taki problem miał.

      • BaltazarGąbka napisał(a):

        To w takim razie Fiaty są lepiej wykonane, bo ja w Uno (dziś miałby 29 lat) nie miałem z tym problemu, jak się zamknęło środkowe kratki to nic nie leciało.

      • SzK napisał(a):

        Powtarzam jeszcze raz, że ja też nie, i to w siedmiu kolejnych autach, w wieku od 8 do 26 lat.

      • Michal napisał(a):

        W Kadecie tez tak jest. Srodek tylko zimmy. Ale reszta nawiewow calkowicie spelnia swoja role. Bardzo przemyslane. W zimie cieple rece i nogi i zimny powiew na klate. W 85 roku.
        Fanow kadetow prosze o kontakt, gdyz jak przestane uzywac autA na codzien bedzie do wziecia. Nie chodzo mi o pieniadze. Tylna klapa bez poziomego przetłoczenia, pret zmiany biegow pod podloga. Rewelacyjna zmiana biegow, poniewaz nie ma tego sprytnego mechanizmu odwracajacego. Kto wie, ten wie. Prawda Benny? Idealne lampy Bosch. Oddam w cenie zlomu albo jak sie ktos uprze free. Wiele z tym aytem przezylem, ale teraz mam inna milosc: W126. Ale Ona jeszcze nie jest gotowa.

      • benny_pl napisał(a):

        to ja sie zglaszam jako potencjalny chetny 🙂 chetnie zobacze zdjecia, choc szczerze mowiac marzy mi sie Kadett D, glownie ze wzgledu na ta rewelacyjna deske rozdzielcza rodem z USA, no albo chociaz sama kompletna deske, zdaje sie ze powinna pasowac do E, bo to praktycznie ten sam samochod

        nawiewy w kadecie opisalem kawalek wyzej 🙂 mi tez one bardzo pasuja, tylko ze srodkowy gwizdze przez te poparciale gabki, no ale da sie to z wyczuciem nastawic tak zeby bylo ok 🙂
        puki co mialem 3 Kadetty, aktualnie mam jednego – Combo – najlepsza budka jaka mialem, niestety z tym nieszczesnym „astrowym” wybierakiem, troche go „stuningowalem” czyli wylamalem plastikowe ograniczniki lewo-prawo, pospawalem roztelepany krzyzaczek i da sie dzieki temu wrzucac wszystkie biegi, choc wsteczny i 5 z lekkim trudem, no ale da sie 🙂 poprzedni wlasciciel nie wiedzial nawet ze skrzynia jest 5 biegowa 😉

        ps. mam skrzynie turbo hydramatic do Kadetta z calym zestawem do montazu (poloski, poduszka, wybierak, pedaly..) takze jeszcze szukam az wpadnie okazyjnie silnik 1.6 z astry classic (na jednopunkcie ale koniecznie z podwojna cewka a nie aparatem zaplonowym) i bede mogl zrobic jedyna taka budke w automacie 🙂

        dlaczego koniecznie z astry? no bo z tym cholernym aparatem zaplonowym w Kadecie zawsze mialem problem jak tylko byla wilgoc, wymienialem go pare razy, zawsze pomagalo na krotko, a moj Tescio ma taka wlasnie Astre na podwojnej cewce i jezdzi nia juz z 8 lat i nic sie tam nie psuje

      • Michal napisał(a):

        Gabki w nawiewie latwo naprawic, aparat zaplonowy przy gazniku nigdy nie zawiodl. Ciekawe czy wskoczy gdzie chcę.

      • Wojtek napisał(a):

        SzK -> Astra miala 12 lat. No nowa nie byla, ale mlodsza od Mercedesa 😉
        Tam nic nie gwizdalo, po prostu klapka zamykajaca nawiew nie jest hermetyczna, nigdy tak do konca do obudowy sie nie docisnie i nie wydaje mi sie zeby bylo to efektem zuzycia, bardziej wygladalo na taki kulawy projekt. Na trasie, przy 100-140 na godzine, zimne powietrze zaczyna sie przeciskac przez zamkniete kratki i robi sie kolo nich lodowato.
        Zreszta sam Opel wycofal sie z tego pomyslu w kolejnej generacji samochodow – w Vectrze C juz takich glupot nie bylo (za to byla cala masa innych, jak maglownica z plastikowym uszczelnieniem ;-))

      • SzK napisał(a):

        Aż musze to obadać w 24-letnim SLu przy zamkniętym nawiewie. Z tym że tam może to działać inaczej, bo jest klima i dwa guziczki na kratce: czerwony i niebieski, nawet z odpowiednimi lampkami (trochę bezsens, ale R129 to nie jest W124, klientela nie do końca ta sama, więc trochę efekciarstwa się wkradło). Czyli przewód idzie normalnie przez nagrzewnicę i układ chłodzacy.

      • truten23 napisał(a):

        Baltazar, to jak zachowują się nawiewy w trybie auto wynika z fizyki.
        Jak jest zima i grzejemy, to powietrze leci z dolnych nadmuchów bo:
        a) ciepłe powietrze podlega konwekcji i unosi się ku górze, wypychając tym samym zimniejsze powietrze z przedziału nóg. Dzięki temu mamy w miarę równą temperature w całej kabinie.
        b) w aucie może być chłodno, ale żeby było nam komfortowo termicznie, ma być nam ciepło w nogi.

        Jeśli jest lato i chłodzimy, to:
        a) dmucha nam górnymi nadmuchami i chłodne powietrze opada sobie spod sufitu. Dzięki temu mamy w miarę równą temperature w całej kabinie.
        b) niedopuszczalne jest żebyś miał w upał nadmuch zimny na stopy, bo się od razu przeziębisz.

        Do tego dochodzi jeszcze zadana temperatura, czujnik nasłonecznienia, czujniki temperatury wewnętrznej i ewentualnie zewnętrznej. Dzięki porównaniu powyższych danych sterownik wie (mniej więcej) że może wystąpić np. parowanie przedniej szyby i próbuje temu zaradzić.

        Ogólnie nie głupi nad tym myślał.

      • zrazik napisał(a):

        W mazdach z lat 90 było pokrętło ciepłe-czyli takie jak się ustawiło na nawiewach lub nawet na klimie automatycznej lub bezpośrednio zimne. Miały też dodatkowy nawiew pod kierownicą by chłodzić „pomiędzy nogami” kierowcy, oczywiście regulowany i zamykany.

        Klima automatyczna z reguły dmucha ciepłym na nogi a zimnym na ciało – z racji tego że powietrze ciepłe idzie do góry, a zimne w naturalny sposób opada na dół więc się samo miesza.

  18. Cham w Audi napisał(a):

    Róg Kamieńskiego i Dauna? No to chyba kolejna osoba spośród Twoich znajomych, z którą miałem jakąś styczność (wcześniej pisałeś mi o inny panu, którego też przypadkiem poznałem). Nazwa tego komisu zaczyna się na Mil…? 🙂 Moja siostra kupiła tam auto, którym jeździła bardzo długo. Pamiętam, że gdy sprzedawca zabrał nas na jazdę próbną to trochę chciał przyszpanować przyspieszeniem (auto na prawdę świetnie przyspieszało) i w tym momencie capnęła go policja, a on nie miał przy sobie żadnych dokumentów – ani swoich, ani auta :). Nie wiem jak to załatwił, ale chyba policjanci go znali, bo po krótkiej chwili go puścili i już bez przeszkód wróciliśmy do komisu. 🙂 Gdy jadę Kamieńskiego zawsze szukam wzrokiem tego komisu i już niejednokrotnie się dziwiłem, ze on nadal działa 🙂

    • SzK napisał(a):

      Owszem, trafiłeś. Komis działa, chociaż jakiś czas temu zmienił właściciela (na osobę z tej samej rodziny). A policjanci lokalnych handlarzy zawsze znaja – obie grupy często maja z soba nawzajem sprawy do załatwienia, i to kluczowe w pracy obu grup.

      • Cham w Audi napisał(a):

        To auto kupowaliśmy gdzieś około 1999 roku, w tej chwili nie jestem w stanie sobie dokładnie przypomnieć daty. Wtedy stało tam sporo samochodów, w ostatnich latach widywałem raczej kilka sztuk.
        Nadal mam gdzieś ich ramki tablic rejestracyjnych 🙂
        A wracając do Mercedesa, to mnie też podobają się takie klasyczne sedany. W czasie gdy Ty jeździłeś tym egzemplarzem ja też miałem sedana, niestety dużo, dużo niższej klasy, ale za to kupionym jako nówka w salonie. Służył mi prawie 13 lat, ale chyba nigdy już nie kupię nowego auta. Mam teraz bardziej „Złomnikowe” podejście do motoryzacji. No i bardzo łatwo jest dziś spełnić jakieś motoryzacyjne marzenie z młodości 🙂 – większość tych aut ma kilkanaście lat i bardzo niskie ceny, a doskonale się nadają do jazdy na co dzień. Oczywiście jedno auto zawsze muszę mieć jakieś w miarę nowe i pewne, choćby po to żeby bez problemów i płaczu żony jechać na wakacje do Chorwacji 🙂 Mam jednak jedno auto, które jest tylko „dla mojej przyjemności” – coś jak Twoje R129, tylko zdecydowanie tańsze. Mam go już ponad dwa lata i od dwóch tygodni zaczynam się rozglądać za jego następcą. Na razie nic mnie nie goni, czekam aż się coś ciekawego trafi. Jedyny warunek – musi to być coś nietypowego, chętnie coś rodem z USA (strasznie mi się podoba Cadillac STS z tej generacji https://media.ed.edmunds-media.com/cadillac/seville/2002/oem/2002_cadillac_seville_sedan_sts_fq_oem_1_500.jpg ) ale z drugiej strony troszkę bardzie pospolitym Saabem 9-5 lub Volvo V70/S80 też nie pogardzę 🙂

      • benny_pl napisał(a):

        jesli Ci sie taki STS podoba, to poszukaj MERCURY SABLE!
        o takie o:
        http://www.wyszukanesamochody.pl/2016/06/moze-nie-pierwszy-ale-jednak-lot-w.html
        szczegolnie z zegarami digital – swietnie wyglada

        mi tam strasznie sie marzy Voyager wczesnej serii z chromowana atrapa i koniecznie czerwonym welurowym wnetrzem, uwielbiam czerwone welurowe wnetrza, niema nic piekniejszego 😀

  19. truten23 napisał(a):

    To kolejny (świetny) wspomnieniowy wpis Szczepana.
    Przy okazji coś mnie natchnęło:
    Zastanawialiście się kiedyś jak przebiegają ludzkie losy, że wybierzecie taki, a nie inny samochód i ten wybór diametralnie wpływa na nasz samochodowy światopogląd. Że stajemy się fanami tych albo innych marek?

    U mnie było jakoś tak, że będąc na studiach i mając malucha, przejechałem się w czerwonym W124 kumpla, ależ to był prestiż i poczucie solidności.
    No więc, kiedy przyszedł czas na zmianę klamota jakoś w 2003, przez mój napał na W124 zniknął nam sprzed nosa ładny peugeot 406, bordrowy metalik. No nie był zły.
    Zrezygnowani postanowiliśmy za moją namową wstąpić do pewnego komisu po drodze. Był tam nie drogi, trochę przytyrany opel vectra 2 i piękny rover 416Si. Czujecie, zielony metalik, chromy, imitacje drewna, jasny środek. No Japońsko-Brytyjski szał.
    Było (nadal w rodzinie jest) to dla mnie bardzo szczęśliwe auto.
    Przełożyło się to na motoryzacyjne sympatie, teraz używam klamota w którym wszystko jest tak jak trzeba, czyli mazdę i klamota w którym nie wiele jest rzeczy jak trzeba, czyli jaga. Kiedyś nawet rozmawialiśmy o tym ze Szczepanem.
    Kręte bywają ludzkie ścieżki.

    • jonas napisał(a):

      U mnie zdecydował w dużej mierze przypadek, żadnych plakatów nad łóżkiem, wzdychania do obrazków z gumy Turbo czy coś. Na pierwszy samochód wzięliśmy Rewelacyjnie Taniego W Utrzymaniu Fiata Seicento z 1.1 F.I.R.E., zaniedbanego w stanie „wiejski kundel”, ale żadne z nas (ja i ówczesna narzeczona, obecnie żona) nie zwracało na to uwagi. Pierwszy własny samochód! Wolność! Wolność!!! Bez proszenia taty o kluczyki i mamy o kasę na paliwo. Byliśmy nim w mnóstwie miejsc w kraju, całe wybrzeże od Międzyzdrojów do Krynicy Morskiej, Wrocław i Lublin, Warszawa i Szczecin. Kupiony na giełdzie, miejscu gdzie panowała wtedy, w 2005 roku, jakaś alternatywna rzeczywistość, coś pomiędzy filmami Barei, obrazami Boscha i klimatem zakazanej dzielnicy latających noży. Kilka lat później zawitałem na giełdę znowu, poszukując czegoś poważniejszego niż bordowy jaszczomb i atmosfera była nadal surrealistyczno-straszna, a portret psychologiczny … hmm … tubylców właściwie ten sam. Powstrzymam się od szerszego opisu, bo nie mógłbym powstrzymać słów powszechnie uznawanych za obraźliwe. Nigdy więcej już na giełdę nie poszedłem.

      Teraz wozimy się (w ilości 2+1) czymś dalece wygodniejszym, szybszym i mocniejszym od Seicento, do tego pochodzącym z drugiej części globu, ale sentyment do małych samochodów, włoskiej motoryzacji i prostych konstrukcji pozostał i czasami kusi a to Aygo, a to 500, a to Swift, a to jeszcze jakaś tego typu zabawka.

      • truten23 napisał(a):

        Bywałem kilka razy ze znajomymi na giełdach początku lat 2000.
        Najbardziej w pamięć wrył mi się Słomczyn. Czego tam nie było! I można było kupić AK47 ze skrzynką amunicji w gratisie 😀
        To była alternatywna rzeczywistość. Ale z klimatem.

  20. Kapitan Manuel napisał(a):

    Oj, czekałem na ten wpis! Od dawna bardzo chciałem zobaczyć, jak wyglądało Twoje W124 🙂 Czytając całą historię i ja miałem wypieki na twarzy, tym bardziej że ze swoim egzemplarzem wiążę kilka podobnych wspomnień.

    Nawiązując do komentarza truten23 – na swoją Gwiazdę w sumie wpadłem trochę przypadkowo. W 2013 roku zdałem egzamin na prawo jazdy, a przez następne miesiące ostro zaciskałem pasa, by jak najszybciej uzbierać na samochód. Wiedziałem, że chcę coś starego i z początku chciałem kupić Wartburga 353, gdyż chodziły jeszcze w miarę tanio. Za namową ojca, który w swoim życiu miał zarówno dwie W115, jak i jedną W201, zdecydowałem, że zacznę rozglądać się za Baby Benzem – idealne połączenie młodego klasyka z legendarną niezawodnością. Pewnie kupiłbym 190, gdyby nie to, że kolega z pracy zapytał któregoś dnia: „to co, kupujesz sobie W124 coupe?”. Nie orientując się wtedy dobrze w Mercedesach, poczytałem sobie o W124 i od razu się w nim zakochałem, lecz w wersji sedan. Nie umiem wyjaśnić czemu, po prostu mam słabość do kanciastych limuzyn.

    W czerwcu 2013 roku nabyłem zatem swój pierwszy samochód – Mercedesa 250D z 1991 roku. Był to pierwszy, jakiego obejrzałem i od razu wiedziałem, że to ten. Nie był może idealny, na pierwszy rzut oka widać było, że przydadzą mu się nowe sprężyny z przodu, pranie tapicerki i kilka poprawek blacharskich. Co prawda z czasem okazało się, że wymaga dużo więcej wkładu fizycznego i finansowego, lecz swojej decyzji nie żałuję – cieszę się, że mogę codziennie cieszyć się jazdą samochodem z duszą, który zarazem jest i popularny, i wyjątkowy. Obecnie prezentuje się tak: http://oi67.tinypic.com/105e78w.jpg

    Podobnie jak Szczepanowy Mercedes, mój też nie powala wyposażeniem – elektryczny szyberdach, elektryczne prawe lusterko, oraz podgrzewana tylna szyba, obydwa lusterka i płyn do spryskiwaczy. W zupełności mi to wystarcza; może czasami brakuje klimatyzacji, ale biorąc pod uwagę, że lato mamy ostatnio jakieś krótkie, bardziej przydaje się wydajne ogrzewanie 🙂

    Swojego W124 również wiążę z moją miłością. A nawet z miłością i przygodą w górach. Otóż w styczniu bieżącego roku postanowiłem oświadczyć się mojej wybrance na polanie, z której rozpościera się spektakularny widok na Tatry. Niczego w tamtej chwili nie podejrzewała – pojechaliśmy pod pretekstem wykonania ładnych, panoramicznych zdjęć odległych szczytów. Jadąc ulicą Kościelną w Łapszance szukaliśmy odpowiedniego miejsca do zatrzymania się tak, by nie przeszkadzać innym uczestnikom ruchu na tej dosyć wąskiej drodze. Po słowach: „Pysiu, zjedź tutaj” skręciłem lekko w prawo i widowiskowo wjechałem w rów, który był całkowicie przykryty białym puchem. Najpierw próbowała nas wyciągnąć ekipa ze Zgierza w Skodzie Fabii I, lecz na próbach i urwanej lince się skończyło. W końcu podjechał tutejszy pan Góral w Volkswagenie Sharanie, zaczepił linę ze stalowymi hakami i sprawnie nas wyciągnął. Zdjęcie nie oddaje powagi sytuacji 😛 http://oi68.tinypic.com/2dwf4fr.jpg Po całej akcji ruszyliśmy robić zdjęcia nieco dalej, a ja – tak jak postanowiłem – oświadczyłem się na tle Tatr.

    Z Mersi (tak W124 została ochrzczona przez moją narzeczoną) wiążę też kilka innych wspomnień, którymi chętnie się podzielę. Na pewno nie mam zamiaru się jej pozbywać. Ten wóz jest dla mnie jak członek rodziny i nie wyobrażam sobie rozstania z maszyną, z którą tak się zżyłem. Jak już, to dołączy do niej trochę rodzeństwa, o ile pieniądze pozwolą na więcej gratów 🙂

  21. BaltazarGąbka napisał(a):

    Z jednej strony czytam wszędzie, że W124 to ostatni prawdziwy Mercedes, że to czołg na kołach, że niezawodny, niezniszczalny i się w ogóle nie psuje. A tu czytam, że cały wydech trzeba było wymienić po 10 latach, bo to kres jego wytrzymałości! Moje auto, marki uważanej za najbardziej awaryjną na świecie, jest już odrobinę starsze i ma jeszcze całkowicie oryginalny układ wydechowy. Nie zamierzam na razie niczego wymieniać, bo jest jeszcze w dobrym stanie. Może tłumik końcowy już słabo wygląda, ale nadal jest szczelny. Ja nie mówię, że to ma być wieczne, ale 10 lat? W Mercedesie?!

    Rozbroił mnie też sposób naprawy wycieraczek i spryskiwaczy reflektorów oraz centralnego zamka… 😉

    • SzK napisał(a):

      Wydech i hamulec postojowy – to były największe wady tego modelu. Pisałem o tym w podlinkowanym tu artykule. Zresztą w latach 80-tych nie było to aż takie dziwne.

      A naprawy wycieraczek i zamka to oczywiście kwestia budżetu. Takich gadżetów się wtedy nie odbudowywało, bo były znacznie ważniejsze cele, na które można było przeznaczyć kilkanaście stówek.

    • Michal napisał(a):

      W moim W126 po 30 latach wstawilem latke w ostatnim tlumiku i oczyscilem oraz pomalowalem zaroodpornie cala reszte. Przy obecnym sposobie eksploatowania mysle ze wytrzyma mastepne 30. A wiec jak pisal red. Zbigniew Ł. Moszna? Moszna!

  22. Kris napisał(a):

    Piękna opowieść sentymentalna Szczepanie.
    Co do własnych upodobań na lata, to ja na początku lat 90tych miałem okazję przejechać się Hondą Prelude, którą przyjechał ojciec kolegi z klasy. To była taka przepaść w stosunku do tego czym się wtedy jeździło, że do dzisiaj mi zostało.

    • SzK napisał(a):

      Kiedy na jeździłem W124, mój brat miał właśnie Prelude. Tyle tylko, że ostatnią generację – 2,2 VTEC, 4 koła skrętne, automat z ręczną zmianą… Prowadziło się to i wyglądało bosko, ale komfort słaby, a czterobiegowa skrzynia marnowała dużą część potencjału silnika.

  23. Leniwiec Gniewomir napisał(a):

    O tym, jak zacne jest to żelazo, napiszę (ponownie) już niedługo. Co prawda nie będzie to opis niczego nowego, gdyż trasa została odbyta testowanym już niegdyś przeze mnie egzemplarzem S124 250TD, za to przygoda temu towarzysząca była całkiem niezła – misja ratunkowa w Bieszczady z zapiętą lawetą na 2 motocykle (dodam, że nigdy wcześniej ani nie byłem w Bieszczadach, ani nie ciągnąłem jakiejkolwiek przyczepy) 🙂

    Wspaniałe samochody. Subiektywnie wolę Volvo, ale Baleron to bezdyskusyjnie jedno ze szczytowych osiągnięć motoryzacji.

    • truten23 napisał(a):

      Heh, co do misji ratunkowej, przypomniało mi się jak targałem moją mazdą kumplowego subaru forester na lince. Spod chyba Brzeska do Sanoka, do serwisu.
      Mięliśmy nie złe tempo i przyznam że nigdy wcześniej nie holowało mi się nikogo tak dobrze jak wtedy. To kumpel najpierw dohamowywał całą kawalkadę, tak że luzy na lince ograniczyliśmy do minimum. Jednak trzeba też umieć być holowanym.

      Oj trzeszczały później w maździe wydechy 😀

  24. benny_pl napisał(a):

    bardzo ladny stan tego Balerona miales Szczepanie – skoro byl taki zadbany, to poco wogole go sprzedawaliscie?
    co do prob kradziezy… to jacys idioci a nie zlodzieje musieli byc po prostu.. nie umiec odpalic diesla to juz trzeba na prawde nie miec pojecia.. tozto wystarcza 2 kabelki a nawet jeden wystarczy z jednej strony do + akumulatora a z drugiej najpierw do swiec zarowych zeby je podgrzac a potem do zaworka w pompie wtryskowej, i srubokretem w styki rozrusznika i chodzi.. zadne guziczki ukryte wtedy nic nie pomoga, to tak samo banalnie proste jak odpalanie gaznikowca na przerywaczowym zaplonie

    az dziw bierze ze ktos sobie zadal tyle trudu niszczac zamki i stacyjke a nie odpalil silnika… no ale to cale szczescie 🙂
    mi tez kiedys jacys debile probowali ukrasc malucha, nawet nie mojego tylko kolegi od ktorego go pozyczalem na zime, kiedy to DFem nie dalo sie jezdzic bo wszedzie sie zakopywal i w maluchu tez dorobilem wylacznik zaplonu, ale tuz przy cewce, a w maluchu do tylnej klapy trzeba miec tez kluczyk, no a tylna klape na tyle zadziej sie otwiera, ze zamek nie jest tam taki wyrobiony jak w drzwiach kierowcy ze prawie kazdy kluczyk pasuje, takze wyjudlali tylko akumulator i nie odpalili, 1:0 dla mnie 😉

    • SzK napisał(a):

      Weź pod uwagę, że to było w biały dzień w centrum miasta, może ze 300 metrów od jednego z większych komisariatów policji w Krakowie… W takich warunkach albo odjedziesz autem w 5 sekund, albo rezygnujesz – nie ma czasu na szukanie nieoryginalnych patentów i kładzenie własnych wiazek elektrycznych 🙂

      • benny_pl napisał(a):

        no to chyba ze tak 😉 nie wiem, ja tam uwazam ze najwieksza przeszkoda to blokada kierownicy. przynajmniej w Fiatach jest to taki wielki ząb jak w zamku drzwi pokojowych ktory wpada w wyciecie rury kolumny kierowniczej i niesposob tego w zaden sposob oberwac, podejzewam, ze latwiej sie oberwie ta rura i sie juz wcale skrecac nie bedzie moglo, do tego sruby od stacyjki sa zrywane przy dokrecaniu i nie maja lbow, wiec odkrecenie tego / rozciecie mocowania stacyjki wymaga sporo czasu, a w dodatku stacyjki nie zuzywaja sie tak jak zamki w drzwiach ze pasuje prawie kazdy kluczyk. takze to jest najwieksza przeszkoda, odpalenie silnika to chwila roboty

        nie wiem jak jest w Mercedesach, bo nigdy zadnego nie mialem

        a dla czego po tych probach trzeba bylo lawete? stacyjka byla tak zniszczona ze nie dalo sie kluczykiem odpalic? czy cos jeszcze zniszczyli?

        ja tam bym w takim przypadku rozmontowal stacyjke i wrocil na skreconych kablach 😉 tak kiedys wracalem Tarpanem jak mi sie stacyjkla spalila w czasie jazdy… z mojej winy, bo wywalalo mi czemus bezpiecznik od migaczy co jakis czas, to wadzilem taka duza podkladke 😉 no i ktoregos razu jak jechalem to sie zaczelo dymic w kabinie, momentalnie wylaczylem kluczyk, zjechalem na luzie szybko na pobocze, otworzylem maske i wyrwalem kleme (zawsze jedna kleme lekko dokrecam) na szczescie nic sie nie zapalilo, ale zobaczylem co bylo przyczyna – kabel od wiskozy wentylatora byl spadniety i dotykal do ramy, a on okazuje sie ze byl pod ten sam bezpiecznik co migacze 🙂 wiec go oberwalem, ale jak kleme znow podlaczylem to sie okazalo ze nic nie dziala po przekrecaniu kluczyka, ale jak odlaczylem kostke stacyjki i drucikiem zwieralem to sie zalaczalo, no wiec na drucik zwarlem zaplon i drugim odpalilem no i dojechalem i na miejscu sobie wyfredzlilem z wiazki caly ten stopiony kabel i wymienilem kostke stacyjki 🙂

      • SzK napisał(a):

        Stacyjka była całkiem zablokowana. Elektryk od taty sobie z nia potem w ogóle nie poradził, trzeba było wzywać gościa z Mercedesa, który też długo siedział przy aucie u nas w Wieliczce (a miał odpowiednie narzędzia i doświadczenie z takimi przypadkami, bo złodziejstwo było wtedy powszechne). Za drugim razem już od razu po niego dzwoniliśmy.

    • Michal napisał(a):

      Dziś prawdziwych złodziejuf już nie ma …

  25. Krzyś napisał(a):

    Pasjonujący artykuł wspomnieniowo-opisowy. Są elementy nostalgiczne, elementy podróży, opis modelu, po prostu idealna lektura 🙂

    Dla mnie W124 to taka wielowymiarowa ikona, był kiedyś artykuł na Złomniku w którym było to kompleksowo opisane. Najważniejsze jednak jest to, że w moim odczuciu jest to dokładnie to, czym powinien być Mercedes. Być może wynika to właśnie z faktu, o którym szanowny Autor napisał czyli taka specyficzna aura i otoczka, jaka roztaczała się wokół tego właśnie Mercedesa na przełomie lat 80tych i 90tych ale z drugiej strony nowsze modele to już niestety nie to samo z wielu względów o których wielu przedmówców już wspominało.

    Wspomnienia z wakacji odbieram nieco osobiście gdyż w Chorwacji miałem okazję spędzić letni wyjazd wakacyjny w 2003 roku. Też jechaliśmy tam samochodem i spaliśmy w namiocie 🙂 Co prawda był to wyjazd rodzinny w dwa samochody i prawie dwa tygodnie stacjonowaliśmy na jednym campingu ale wrażenia i wspomnienia mam podobne. Cisza, spokój, mało ludzi i niemal brak możliwości zrozumienia, że w tym sielankowym wówczas miejscu niecałe 10 lat wcześniej toczyła się krwawa wojna.

    Jeśli natomiast chodzi o moje osobiste podejście i odbiór W124, to bardzo się ono zmieniało na przestrzeni czasu. Ja bardzo długo nie uznawałem samochodów z nadwoziem sedan pomimo posiadania przez tatę Łady 2107. Nadwozia pięciodrzwiowe i kombi wydawały mi się dużo praktyczniejsze i lepsze dlatego zwracałem uwagę głównie na dużo rzadziej występujące S124 a sedany wydawały mi się takie… „taksówkarskie”. No ale życie jest dość nieprzewidywalne i od jakiegoś czasu posiadam dwa samochody z nadwoziem sedan. Po pierwszym sedanie mówiłem sobie, że następny będzie liftback no ale życie jest za krótkie żeby jeździć samochodami, które nie sprawiają przyjemności. I chyba bardzo dobrze rozumiem Autora, dlaczego tak bardzo polubił ten model.

    Z całego opisu najbardziej spodobały mi się zastosowane rozwiązania tj. m.in. elektryczne lusterko prawe i podgrzewane dysze spryskiwaczy. Pamiętam wizytę w salonie Skody gdzieś tak w okolicach roku 2002. Zadałem wtedy pytanie sprzedawcy dlaczego elektrycznie są sterowanie szyby z przodu a z tyłu nie, skoro z przodu dosięgnę do korbki a z tyłu nie ma szans oraz dlaczego tylko prawe lusterko nie może być sterowane elektrycznie tylko trzeba kupić cały pakiet elektryczny skoro to niepotrzebne. No i sprzedawca tak się zirytował, że ja sobie z niego żartuję że prawie zaczął krzyczeć (fakt, byłem młody ale rodzice poważnie rozważali zakup samochodu). No i na tym się moja i rodziców wizyta tam skończyła. Rok później kupili co prawda Skodę ale gdzie indziej (to był najgorszy samochód w rodzinie kiedykolwiek, stąd mam uraz do VW ale to nie miejsce na taką dygresję). Tylko prawe elektryczne lusterko miały chyba jeszcze w latach 80tych i 90tych m.in. Citroeny, może ktoś lepiej pamięta?

    Podsumowując gratuluję wspomnień, doświadczeń i odbytych podróży! A Mercedes W124, no cóż, to już pomnik.

    • SzK napisał(a):

      Mała korekta co do wojny: ona nie toczyła się na wybrzeżu. Kawałek dalej już tak, ale nie tam, bo wybrzeże było i jest etnicznie jednolicie chorwackie.

      Ja w tamtym czasie byłem w Chorwacji w sumie 3 razy, z czego raz jechałem przez Węgry, od północy, i z tamtej strony przejeżdżało się przez całkowicie zrujnowane okolice (np miasto Karlovac). Ale specyfika tamtego kraju i konfliktu polegała m. in. na tym, że wystarczyło przejechać kilkadziesiat kilometrów, żeby etniczno-religjiny miks zmienił się o 180 stopni, a co za tym szło – żeby konflikt zaognił się lub wygasł całkowicie.

      • Krzyś napisał(a):

        Szczepan, zdaję sobie z tego sprawę że wybrzeże chorwackie było pod tym względem dużo spokojniejsze niż tzw. interior, niemniej jednak mam na myśli to, że np. Dubrownik był areną krótkich ale zaciętych walk i zniszczeniu uległo 70% zabytkowej części miasta. Kolosalne wrażenie robiło na mnie wówczas to, że ok. 10 lat wcześniej oglądałem dramatyczne obrazy w telewizji a w 2003 to był już całe szczęście znów niemal raj na ziemi.

        Oczywiście obraz i odbiór był wtedy wypaczony bo był to mój pierwszy wyjazd „w ciepłe kraje” ale np. na nieistniejącym już niestety campingu Rudine w Orasacu podświetlany kaseton na wjeździe cały czas miał ślady po kulach. Masz natomiast zupełną rację, że w głębi kraju tych śladów i świadectw było niestety dużo więcej, ja to tylko częściowo widziałem gdy jechaliśmy do jezior Plitvickich.

        Z tych etnicznych ciekawostek bardzo zdziwiłem się podczas przygotowań do drugiego wyjazdu w tamte strony w 2012 roku, że np. Neum nie jest pozostałością wojny w Jugosławii lecz historia niezależności tego skrawka wybrzeża sięga 1699 roku 🙂 Wcześniej bylem niestety dyletantem w tym zakresie.

      • Michał_OP napisał(a):

        Z etnicznych ciekawostek tego rejonu mi zapadły w pamięć:
        1. Chorwat mieszkający w Neum, bez chorwackiego paszportu (logiczne – obywatel BiH). Narzekał że bardzo często musi przekraczać granicę czego szczerze nienawidził ze względu na częste kontrole ( z obu stron). Dla pograniczników BiH jest Chorwatem, dla Chorwatów Bośniakiem 🙂
        2. Jedziesz sobie w BiH w okolicach Medziugorie – i zagadka – jakie flagi wiszą na każdym wolnym słupie lub kablu? – oczywiście że Chorwackie 🙂

    • nudny napisał(a):

      @Krzyś
      Potwierdzam, w moim ZX’ie elektryczne jest tylko prawe lusterko (lewe prawdopodobnie nawet w opcji nie mogło być elektryczne). W BX’ie w bogatszych wersjach było tak samo, w najbogatszych dostawało się oba. Sam kiedyś dorwałem elektryczne lusterka do BX’a na szrocie i wstawiłem zamiast manualnych. Cała operacja zajęła kilkanaście minut ponieważ w BX’ie niemal wszystko jest plug&play niezależnie od wersji. 🙂

    • wojluk napisał(a):

      Potwierdzam, moja Xsara też ma tylko prawe lusterko elektryczne.

    • Gepard napisał(a):

      Odnośnie elektrycznych szyb: mój tata w ciężarówce MAN F2000 z 1996 roku miał elektrycznie sterowaną szybę w drzwiach pasażera, u kierowcy była na korbkę. W Iveco oprócz tego prawe lustra były elektryczne, lewe ustawiane ręcznie, zaś wszystkie podgrzewane.

  26. benchi napisał(a):

    Drogi Szczepanie.
    Chciałbym Ci podziękować za kolejny wpis, który oprócz dawki faktów motoryzacyjnych zawiera ładunek emocjonalny.
    Mam taką wadę, że ciagle trzymam się tego żeby wykorzystywać zanikającą w społeczeństwie umiejetność czytania. Dzień, w którym staniesz się vlogerem lub jutuberem (wzorem kilku innych osobników) będzie dla mnie bardzo smutny.

    Przyznał szczerze, że nie rozumiem tych zachwytów W124. Miałem 3 sztuki i wszystkie mnie zawiodły. Wynikało to pewnie z ich przedagonalnego stanu ale takie były wtedy realia i budżet na wiele nie pozwalał. Jedno co mi się zawsze podobało to „uczucie prezesostwa” (tak to czasem nazywam) jakie towarzyszyło każdej przejażdżce. Podobnie jak mercedes sprawiał wrażenie auta o klasę lepszego od konkurentów tak samo kierowca czuł się o klasę lepszym od innych kiedy zasiadał za kierownicą.
    Miałem też W115, W123, W126, W140, W210 i wszystkie to miały.
    Z tego zacnego grona wybrałbym co prawda lepsze od W124.

    • SzK napisał(a):

      Vlogerem na pewno nie zostanę, możesz być spokojny – nie mam na to czasu,sprzętu, umiejętności, prezencji ani dykcji.

      W124 miał zdecydowanie najlepsza jakość i trwałość z wymienionych przez ciebie modeli – przypadki skrajnego wyeksploatowania nie sa reprezentatywne w żadnym modelu. Dieslowskie 115/123 przejeżdżały do remontu 300-400 tys km, W124 – dwa razy tyle. Każdy praktyk to potwierdzi. To fakt, że przy tym przebiegu lubiły np. tracić koła, ale to tylko z uwagi na to, że nikt nie wymieniał im elementów zawieszenia na czas – bo one aż do momentu urwania nie dawały żadnych niepokojacych symptomów. Jeśli ktoś jedzie do mechanika dopiero wtedy, jak wszystko się tłucze i wyje, albo wręcz jak auto stanie na drodze, to faktycznie, w W124 może go spotkać niespodzianka – tyle tylko, że po kilkakrotnie dłuższym przebiegu niż w innych autach.

      W jednym niemieckim artykule czytałem kiedyś, że największa siła W124 jest równocześnie jego największa słabościa – bo pancerność modelu i odporność na wszelkie trudy i zaniedbania powoduje, że część użytkowników w ogóle nie przejmuje się serwisem i nie robi przy aucie absolutnie nic, oczekujac od niego bezproblemowej służby w każdych warunkach, w wieku i przy przebiegu wielokrotnie wyższym od statystycznie osiaganego przez inne auta. Ja w ciagu 4,5 roku nie inwestowałem w bajery typu alufelgi albo czujnik temperatury zewnętrznej (bo uważałem je za zbytki), ale w zamian pilnowałem stanu układu jezdnego i terminowej obsługi bieżacej. Przy minimum dbałości i zapobiegliwości W124 bez żadnej łaski przejeżdża milion km. Mój, dzięki zachowywaniu tych reguł, przy przebiegu 360 tkm miał fabryczna geometrię zawieszenia, zero luzów, pełna sprawność amortyzatorów (były wymienione), itp. No ale niektórzy dziwia się, że nie kupiłem alusów. Wtedy na jedno i drugie nie miałem kasy, wolałem więc płacić za zachowanie stanu technicznego niż za gadżety.

      Nieprzyjemna niespodziankę miałem jedna w życiu – w W210, które miało ledwie 10 lat, autentyczne 160 tkm przebiegu i dla nawet bardzo fachowego oka wygladało jak nowe z fabryki. Będzie o tym artykuł i zdjęcia.

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        SzK, wybacz owszem ważniejsze jest zachowanie stanu technicznego niż gadżety. No, ale trochę zdziwiło mnie , że byłeś w stanie wydać 30 tyś zł na auto , a nie byłeś w stanie wydać 2 tyś zł na alu wówczas. Gdzie ładna felga to naprawdę 50% wyglądu auta.

      • SzK napisał(a):

        Ale mnie naprawdę nie przeszkadza kołpak, wcale nie uważam go za coś gorszego… Podobnie jak mniej więcej 80% nabywców nowych W124, którzy dawali za nie nie 30, ale 230 tys. złotych, jeśli pozostać w podobnych relacjach.

        Powiem więcej: W126, czyli S-Klasa, też występowała na stalówkach i też ją w tej specyfikacji kupowali. Podobnież jak z szybami na korbkę, bez klimy, itp. Ludzie płacili za nową S-Klasę i nie chcieli wcale alufelg – niektórych to po prostu nie kręci. Ja mam dość podobną mentalność, dlatego też tak do mnie przemawiają tamte auta.

      • benchi napisał(a):

        Ale pisząc o lepszych mercedesach niż W124 miałem na myśli moje subiektywne odczucia.
        Bo czy ktokolwiek na tym świecie jest obiektywny?
        Wg ciebie W124 wyróżniał się jakością i trwałością. W140 miał podobną jakość (jeżeli nie lepszą), a trwałości nie biorę pod uwagę. Dla mnie zakup auta z uwagi na bezawaryjność to to samo co ożenić się z kobietą bo dobrze zmywa naczynia. Do bólu praktyczne ale gdzie tu emocje…
        Doceniam W124 i jego wkład w rozwój motoryzacji ale jeżeli miałbym wybrać swój nr 1 to nie byłby ten model. Z punktu widzenia radości z okazjonalnych przejażdżek to zdecydowanie wybrałbym W115 lub W123 bo są takie niedzisiejsze. Komfort to domena W140. A największą wartość użytkową ma W210 (z resztą do tej pory wyciągam go z garażu na dłuższe trasy).
        Tych modeli nie da się porównywać używając tych samych kryteriów.

      • SzK napisał(a):

        Ależ oczywiście, każdy ma prawo do własnej opinii.

      • Michal napisał(a):

        Mo ja mam S-kę W126 na korbkach i bez klimy. Ale ori alusy, pierwszy rocznik piętnastek. Nie wiem czy takie zamówil pierwszy wł. Ale wyglądają super. Do ’85 były baroki 14-stki i jak cudnie pasowaly do beczki, tak do araba już nie bardzo. A do tego wyobraźcie sobie czas/koszt naprawy karbowanych listew bocznych. I te karby wręcz podkreslają wszelkie niespasowania elementów.

      • SzK napisał(a):

        Zgadzam się, że baroki-Fuchsy nie pasują do W126 – może dlatego niektórzy woleli kołpaki 🙂

      • Michal napisał(a):

        Szczepanie, to Ty napisaleś że to buchalterSklasse?

      • SzK napisał(a):

        Owszem 🙂

        Ale to nie moje określenie, tylko niemiecki slang samochodowy (ja czytam sporo ich magazynów oldtimerowych i forów, w zasadzie tam zdobyłem podstawy swojej oldtimerowej wiedzy)

      • SMKA napisał(a):

        Mam podobne zdanie do Szczepana na temat alufelg- powiem więcej, już słyszałem opinie że na moim BX-ie mógł bym zamocować alufelgi. Ja jednak argumentuję w takim przypadku że mam oryginalne kołpaki z 1990 roku… ale tak naprawdę nawet gdyby nie były oryginalne, to i tak bym je zostawił bowiem według mnie BX wygląda na z nimi dobrze. Podobnie nie jestem fanem mocowania w starociach wielkich felg (najczęściej alufelg) z bardzo „niską” oponą. Wręcz przeciwnie, wolę gdzie opona wygląda jak opona, a nie jak… cieniutki bandaż gumowy na kołach jezdnych gąsienicowych szybkobieżnych wojskowych pojazdów opancerzonych (znowu koloryt 🙂 ).

      • nudny napisał(a):

        Ja lubię alufelgi na każdym modelu, pod warunkiem, że jest to komplet fabryczny, dedykowany. Nie jarają mnie żadne aftermarkety.
        @SMKA – też miałem fabryczny kołpak w BX’ie i bardzo dobrze wyglądał. Zawsze marzyły mi się alufelgi z GTI, ale te są całkowicie niedostępne na rynku wtórnym. Ogólnie ciężko dobrać do BX’a koło, które będzie jakkolwiek pasować wyglądem.

      • SzK napisał(a):

        Aaa, to jest osobna sprawa. Oczywiście że aftermarkety sa bez sensu. Do C123 załatwiałem sobie oryginalne baroki, ale one były wtedy powszechnie dostępne i niedrogie, a ja miałem gotówkę ze sprzedaży wielkich walców, które założył poprzedni właściciel (starczyły nawet na komplet nowych opon do tych felg). Oryginalne alusy do W124 sa trudno dostępne, bo po prostu niewiele ich wyprodukowali, a popyt jest duży. Ale powtarzam, główna przyczyna było to, że ja po prostu nie uważałem kołpaków za ujmę na honorze, podobnie jak większość pierwszych właścicieli.

      • _KL_ napisał(a):

        BX to idealny przykład. Tam kołpaki są dość wyjątkowe, świetnie zaprojektowane i doskonale pasują do reszty samochodu. W swoim też wywaliłem aftermarketowe felgi ze śmiesznymi plastikowymi niby-śrubkami i założyłem ori kołpak 🙂

      • Kapitan Manuel napisał(a):

        Podzielam w/w opinie, oryginalny kołpak to żaden wstyd. Kupując swojego W124 miałem zamontowane kołpaki od W202, w zeszłym roku w końcu zainwestowałem w oryginalne (z chromowanymi obwódkami, zdaje mi się że takie były właśnie po 1989r.). Mnie też wiele osób pytało i wciąż pyta, czy kupię sobie w końcu alufelgi, ale Baleron na kołpaku naprawdę wygląda ładnie – ba, nawet C124 nie wygląda źle!.

        Ewentualnie, jeśli już nie będę miał co robić przy nim, to zainwestuję w te felgi: http://motopodprad.pl/wp-content/uploads/2017/03/W124-9.png . Co nie zmienia faktu, że kołpaków się nie pozbędę 🙂

      • SzK napisał(a):

        Dokładnie tak 🙂

        Właśnie te, oryginalne alusy, byłyby jedynymi do przyjęcia na W124 (zreszta identyczne mam na R129). A że one wcale nie sa łatwo dostępne, to ORYGINALNY kołpak jest świetnym rozwiazaniem.

  27. st Druciarz w firmie C&G napisał(a):

    benny , chciałbym zobaczyć jak na szybko odpalasz diesla z merca :). gaszenie na pompie realizowane podcisnieniowo , nie + z aku , świece – kazda z osobnym zasilaniem ,do tego schowane głęboko pod kolektorem razem z przewodami. a te silniki bez podgrzania musialbyś dłuuugo kręcić nawet przy +25 stopniach . 🙂

    nawiew zimnego powietrza w srodkowych kratkach występuje nie tylko w MB ale i w VW , ogolnie w autach produkowanych w niemcowni . dla mnie to rozwiązanie zdecydowanie na + .

    • benny_pl napisał(a):

      hehe nie podjal bym sie odpalania „na czas” zadnego samochodu ktorego nie mialem, po prostu to bez sensu 🙂 podejzewam ze kazdy lepszy zlodziej tez kradnie tylko taki samochod, ktory mial wczesniej do dyspozycji i opracowal sobie szybki sposob uruchomienia go i odjechania, przynajmiej ja bym tak robil jak bym kradl samochody ;p na szczescie zadnego nie ukradlem, zreszta stac mnie na takie samochody ktore chce miec 🙂

      ale ok, podcisnienie cos rozlacza – pewnie jakis elektrozarwor, nie to wezyk w „paszczu” i zassac a potem zacisnac i zatkac, a kable od swiec ida do wspolnego przekaznika swiec zarowych ktory wystarczy wyszarpac z obudowy i palcem nadusic przekazniki 😉

      • SzK napisał(a):

        Oczywiście, że każdy złodziej specjalizuje się w konkretnych modelach – on musi umieć nimi odjechać niemal z zamkniętymi oczami, w czasie licoznym w sekundach. Inaczej wpadka murowana.

        W tamtych czasach w gazetach motoryzacyjnych publikowali wiele wywiadów ze złodziejami siedzacymi w więzieniach, dużo się można było z nich dowiedzieć – m. in. właśnie tego, że najlepsze sa zabezpieczenia choćby proste, ale niestandardowe, bo złodziej nie ma czasu ich rozkminiać, no i że proste blokady też moga się przydać, bo nawet jeśli da się je łatwo pokonać, to musi to trwać, więc jeśli zastosujemy ich kilka, to złodziej najprawdopodobniej odpuści, Chyba, że jest zawodowcem z laweta, ale na takich nie ma żadnego sposobu.

  28. Michal napisał(a):

    No i off
    Benny, mam zamontować do DF’90 wspomaganie z caro. Jakieś uwagi?
    Czy Gospodarz może udostępnić Bennemu mój mail?

    • SzK napisał(a):

      Oczywiście, już przekazany

    • benny_pl napisał(a):

      mejla przekazal Szczepan. przede wszystkim sprawdz czy przekladnia pasuje mechanicznie, czy sie zmiesci – ona dosc duza jest
      pompe musisz miec wraz z mocowaniem do silnika (no i z wezami i zbiorniczkiem – caly zestaw), wtedy nie powinno byc problemow z montazem calosci, ale nie mialem nigdy wspomagania w DF/PN wiec to tylko takie ogolne wskazowki, moze sie okazac ze utkniesz na jakims drobiazgu i cos trzeba bedzie przerabiac, no ale zwykle w Fiatach wszystko wszedzie pasuje 🙂

      ps: wystarczy DOBRA tj. nie zatarta, szczelna i nie cieknaca przekladnia kierownicza, i w DFie kreci sie lekko kierownica, nie trzeba wspomagania, ale ciezko o na prawde dobra przekladnie, prawie wszystkie sa zatarte i maja duze luzy – ja w swoim DFie w ciagu 5 lat 3 razy zmienialem ta przekladnie, w koncu trafila mi sie na prawde dobra na zlomie, ale poszla na zlom razem z DFem, takze nie pomoge…

  29. zkn napisał(a):

    Wnętrze robi wrażenie, jak w nówce

  30. kierowca bombowca napisał(a):

    W124 posiadał mój wujek – był to 4Matic z 3 litrowym dieslem i automatem. Czasami zawoził nas z kuzynem do szkoły. Pamiętam wygodne fotele, ciszę w środku ( w porównaniu do innych samochodów z tamtych lat ). Nie odbierałem jednak wówczas tego samochodu jako nowoczesnego – była połowa lat 90, a nowe samochody z tamtych lat były jednak zdecydowanie mocniej „zaokrąglone” i co dzisiaj wydaje mi się śmieszne – miały PRZEZROCZYSTE KLOSZE kierunkowskazów 🙂

    Samochód służył wujkowi długo. Mało co w nim już działało, blachy były przegniłe do tego stopnia, że krawędź dolnych drzwi praktycznie nie istniała. Wóz odkupił później młody sąsiad i upalał jeszcze parę lat.

    • SzK napisał(a):

      Z tymi kloszami to nie ma wcale śmiechu – dla mnie to jest ważny szczegół stylistyczny, z tym że dzisiaj działa to dokładnie w druga stronę: jest żółty migacz, jest klasyk (oczywiście w przypadku Mercedesów). Białe kierunki weszły do produkcji w 1993r., czyli równo z liftingiem i zmiana nazewnictwa modeli. Wtedy zaczęła spadać jakość, ale wtedy też zmieniono kilka innych „klasycznych” detali – np. bębenkowe liczniki przebiegu zastapiono wyświetlaczami, kilka miesięcy wcześniej wycofano też mechaniczny wtrysk benzyny. Tak że z dzisiejszej perspektywy ów kolor kloszy nabiera zupełnie innego, symbolicznego wymiaru.

    • Kapitan Manuel napisał(a):

      Pomarańczowe klosze to zdecydowanie miniona epoka – bodaj ostatnie samochody, które z nimi widuję to jakieś późne Hyundaie Pony. Najwcześniejsze popularne modele z białymi kloszami, jakie kojarzę, to chyba poliftowy Opel Senator/Monza.

      Obecnie minioną epoką stają się tradycyjne zegary – gdzie się nie wsiądzie, tam jakieś paskudne wyświetlacze 😛

  31. Łukasz napisał(a):

    Pamiętacie jeszcze jak postrzegano mercedesy w latach 90-tych?
    W połowie lat 90-tych gdy byłem w liceum, ojciec znajomego miał m-b 190 ale wersja ujemny splendor. Każdy ze znajomych mówił, no tak to jest stodziewięćdziesiątka ale: wąska listwa, dwulitrowy diesel, tylko cztery biegi i be-el-es. To ostatnie inaczej klasyfikowało każdy zachodni samochód w tamtym okresie. Jeżeli miał rejestrację BLS tzn był sprowadzony na składaka w celu zapłacenia niższego cła (tablice rejestracyjne wydawane w byłym województwie bielskim). Wtedy każdy składak potocznie jawił się jako beeles.

    Odnośnie alufelg:

    Nie lubię ich i w moim poprzednim samochodzie i aktualnym, mimo że obie wersje wyposażeniowe aut były pozycjonowane w drugiej połowie gamy modelowej nie miały alusów. Natomiast muszą być oryginalne kołpaki. Muszą być i koniec.
    Wspominany wcześniej kumpel od 300d miał w nim takie same kołpaki jak mercedes Szczepana. Swojego merola kupił pół roku przed zmianami w stawce akcyzowej od silników o pojemności pow. dwóch litrów. Zapłacił trochę ponad 14 tysi za auto w bazowej specyfikacji, wyposażenie obejmowało: obrotomierz, szyberdach na korbkę, el.lusterko, centralny zamek, fabryczne radio Becker, światła przeciwmgłowe, abs i ulubiony kolor autora bloga.
    Kumpel, pracując jako kierowca, dużo jeździł wtedy po Niemczech i obczaił sobie kilka złomowisk. Któregoś dnia przywiózł piękne, pełne alufelgi od w-124. To było świeżo po wprowadzeniu wrako premii i sam się dziwił ile pięknych, starszych aut powędrowało na złomowiska. Swoje alu z oponami kupił za 100 euro, musiał je tylko wykręcić ze stojącego na złomie auta.

    Kilka miesięcy po zakupie auta mówił że wymieniał jakieś tam elementy blachy przy tylnych nadkolach bo zaczęły rdzewieć (podobno zdaniem lakiernika to było normalne w w-124)a ja zrobiłem wielkie oczy: jak to, w-124 rdzewiał?

    Podobno w-124 wąska listwa miały lepszą blachę (modele po 1986r) ale one zawsze były nieciekawe dla osób chcących kupić balerona. Każdy chciał szeroką listwę a w późnych latach 90-tych e-klasę bo to była, PANIEEE TOŻ TO JUŻ E-KLASA A NIE W-124. Kto mógł wtedy przypuszczać że jakość auta tak mocno spadła na tle wcześniejszych modeli.

    Odnośnie kadetta/nexi:

    W nexi chyba te środkowe nawiewy też tak działały, już dokładnie nie pamiętam. Tam był inny problem – gdy włączyłem dmuchawę na pełną moc a auto stało na sypkim podłożu (liście, żwirek, trociny)cały ten syf szedł do środka właśnie przez te środkowe nawiewy jak w odkurzaczu. Strasznie mnie to denerwowało (i wiele innych rzeczy w tym aucie).

    • Kapitan Manuel napisał(a):

      Hmm, czy wąska listwa miała lepszą blachę to nie wiem, mam wrażenie że problemy z korozją dotykają ją podobnie jak wersję po pierwszym lifcie. Na pewno wąska miała tę przewagę, że jeśli coś działo się z rantami drzwi, było to od razu widać. U mnie deski Sacco zakryły piękną dziurę na wylot w drzwiach kierowcy 😛

      Osobiście w wąskich listwach bardziej podobała mi się gama kolorów (np. taki piaskowy żółty jak w Citroenach BX mniej więcej), za to w szerokiej – więcej drewna we wnętrzu. Jakoś tak przytulniej jest, mam wrażenie 🙂

    • Michał_OP napisał(a):

      Łukasz, potwierdzam – maiłem Kadetta D i zdarzyło mi się przez nawiewy dostać zeschłym liściem w twarz.

  32. SzK napisał(a):

    No to ja powiem, że dzisiaj po pracy przetestowałem te nawiewy: w 24-letnim aucie, przy prędkości 100 km/h i zamkniętym nawiewie środkowym, na przyłożonej do kratki dłoni da się wyczuć minimalny podmuch, ale do tego trzeba się skupić (prędkość dmuchawy nie ma tutaj żadnego znaczenia – próbowałem wszystkich ustawień, od zera do maksymalnego). Nie ma mowy o żadnych liściach ani kurzu.

    Z tym że tak jak mówiłem,to jest egzemplarz z klimatyzacją i guzikami czerwonym i niebieskim, kierującym do środkowego nawiewu odpowiednio powietrze ciepłe i zimne, więc jednak trochę inny patent.

  33. Aleksander napisał(a):

    Moją uwagę zwróciła opinia, że automat nie pasuje do wolnossącego diesla. Dlaczego? Jeździłem beczką 300D i baleronem 300D, oba z automatem. W obu było wyczuwalne delikatne szarpnięcie przy zmianie biegu, ale to pewnie kwestia wieku i stanu skrzyń. Moim zdaniem, te samochody zawsze będą powolne, niezależnie od zastosowanej przekładni. Czy poza niską mocą jest inne wytłumaczenie tego niepasowania wolnossącego diesla do automatu?

    Inna techniczna sprawa, która za mną chodzi od paru wpisów, to czemu wolnossący benzynowy Focus w USA ma opóźnioną reakcję na gaz? Czy każdy wolnossący silnik z wtryskiem bezpośrednim tak ma? Z benzynowych silników najwięcej jeździłem 2.0 R4 DOHC 16v i 2.5 R6 OHC 12v. Oba miały wtrysk elektroniczny wielopunktowy i w obu reakcja na gaz zawsze była natychmiastowa. Z bezpośrednim wtryskiem nie mam doświadczenia. Z globalnym Focusem to też chyba nie do końca, myślę że sporo się różni od europejskich. Przede wszystkim dwusprzęgłówka Power Shift jest całkiem inna. Mam taką w Galaxy, nawet tryby pracy są inne. Jest Sport i +/-. Ogólnie działa świetnie, biegi zmienia niewyczuwalnie, na ręczne zmiany reaguje szybciej niż tradycyjne automaty, a nawet domyśla się kiedy zjeżdżam ze wzniesienia i redukuje bieg o jedno przełożenie. Jedyna wada ujawnia się w gęstym ruchu miejskim, kiedy ruszam z miejsca i skrzynia wrzuci już dwójkę, a ja wtedy muszę zwolnić lub znów się zatrzymać, to czasem przekładnia głupieje i zdarza jej się szarpnąć. Mechanicy serwisujący flotę mówią, że poprzedni tradycyjny automat sprawiał mniej problemów. Dwusprzęgłówka za to oszczędza paliwo i poprawia osiągi, więc plusy przewyższają minusy 😉

    Co do dyskusji o felgach, to ja uważam, że powinny być dopasowane do wersji posiadanego modelu. Oryginalne kołpaki w Mercedesie z dieslem w ogóle mnie nie rażą, a wielkie polerowane obręcze AMG mogą głupio wyglądać, tak samo jak koła z M3 w 318d 😛 Z felg aftermarketowych lubię tylko dwa wzory BBS. Wzór RS pasuje do niemieckich klasyków (szczególnie do BMW E24), a LM dobrze wygląda na sportowych samochodach z przełomu wieku. W swoim E30 miałem fabryczne, opcjonalne 15 calowe BBS. Czyli topowy silnik i topowe koła, pełna harmonia 😉 Tylko musiałem skompletować oryginalne dekielki.

    • SzK napisał(a):

      Z automatem w dieslach chodzi o to, że one wymagaja dużo mieszania biegami, a stare skrzynie bardzo niechętnie redukowały. Być może do taksówkarskiego turlania się między skrzyżowaniami wystarczały, ale poza miastem, zwłaszcza na górzystej i krętej drodze, nie nadawały się do niczego.

      Sam nie miałem W124 a automatem, ale jechałem raz wujkowym W123 240D – musiałem zmieniać biegi ręcznie jak w manualu, bo bez tego w ogóle nie chciał jechać.

  34. Michal napisał(a):

    Czy 124 komentaz bedzie mój ?

  35. Lordessex napisał(a):

    To czemu Szczepanie go sprzedałeś, skoro taki wspaniały był?

  36. Lordessex napisał(a):

    Niby z jednej strony logiczne i oczywiste, ale przy obecnej motoryzacji, pozwolę sobie stwierdzić że nie do końca😀. Teraz paradoksalnie, w wielu przypadkach, im nowszy model tym gorszy i brzydszy. Ja bym nie chciał w życiu się rozstawać z takim Baleronem, ale to moje indywidualne podejście. Mam obecnie Volvo 940 z eltekowym dieslem 2.4, i choć znalazłoby się zawsze kilka drobnych mankamentów (silnik np już nie jest w najlepszej kondycji, przyda mu się niedługo remont) i uważam że taki silnik nie jest dla tego modelu idealny, a szczególnie dlatego że słabo pali przy dużych mrozach no i ogólnie dynamika i głośność, nie są delikatnie mówiąc,też idealne to i tak go uwielbiam, i nie wyobrażam sobie rozstania z nim. Nie zawiódł mnie nigdy i zawsze dowiózł do celu. Prędzej sobie kupię drugi ciut nowszy samochód niż go sprzedam.

    • SzK napisał(a):

      Jeżeli rzecz byłaby się działa dzisiaj, to przyznałbym Ci 100% racji (zresztą, jak być może wiesz, w ubiegłym roku kupiłem sobie youngtimera, rocznik ’93 – żeby wrócić do tamtych czasów). Ale to był rok 2006 – wtedy jeszcze nie było to tak oczywiste.

      Słowa, które pisałem o przesiadce ze 123 na 124 – że wszystko zostawało po staremu, ale 10 razy lepiej – odnosiły się wtedy również do przejścia ze 124 na 210. Dopiero po jakimś czasie przydarzyła mi się z nim przygoda, ale o tym kiedy indziej 🙂

      • Krzyś napisał(a):

        Szczepan, to oczywiście wszystko rzecz gustu ale doskonale pamiętam premierę W210 i to jak bardzo mi się ten model nie podobał ze względu na wygląd przedniej części nadwozia. Byłem wręcz zawiedziony, a co najgorsze gdy pierwszy raz zobaczyłem nową E klasę na żywo to wrażenie było jeszcze większe.

        Zdaję sobie oczywiście sprawę, że jeśli 3 czy 4 razy doświadczyłeś zmiany jedynie na plus i z doświadczenia wiedziałeś jedynie o pozytywach takiego działania to oczywiście się nie dziwię i rozumiem. To były takie czasy kiedy wydawało się, że zmiana na nowy model może mieć tylko plusy. W124 też wtedy za klasyka nie uchodziło bo dopiero co do lamusa zaczęły hurtowo przechodzić duże Fiaty i Polonezy.

        Ja w 2006 roku miałem o ówczesnych Mercedesach niestety jak najgorsze zdanie ponieważ szef mojej mamy miał dwa: A Klasę (dla żony) i właśnie E klasę. E klasę kupił używaną więc fakt że się psuła i korodowała można było zrzucić na niepewną przeszłość ale ta A klasa z salonu potrafiła np. przy wyprzedzaniu ciężarówki przejść w tryb serwisowy. Tak po prostu nagle traciła moc. Innym razem zepsuła się skrzynia biegów i samochód wracał z trasy na lawecie. No ale to długa historia.

      • SzK napisał(a):

        Ale A-Klasa to nie jest W210. Wczesne W210 mechanicznie miały bardzo dużo wspólnego z W124 (inaczej niż polifty z silnikami CDI i zupełnie innym stężeniem elektroniki). Przez dwa lata jazdy nie miałem najmniejszych powodów do narzekania na to auto, później pojawiła się kwestia blacharki, ale mechanicznie dalej było super. A fatalna jakość blachy w W210 stała się powszechnie znana dopiero później, kiedy ja już nie miałem tego auta.

  37. seburaj napisał(a):

    czyżby w okularze uleciało niespodziewanie górne mocowanie sprężyny przedniej i koło schowało się nagle w nadkolu, i to pomimo przyzwoitego stanu bacharskiego… ? 😉

  38. Lordessex napisał(a):

    Wiem, chodzi o R129? Nie komentuję zbyt często na automobilownii, ale czytam regularnie i jestem z wydarzeniami na bieżąco 😀

    • SzK napisał(a):

      Owszem. Tamte czasy były w motoryzacji fajne i warto do nich wracać.

      • Lordessex napisał(a):

        Święta racja kolego Szczepanie. Wtedy przynajmniej jeździły „normalne” samochody po ulicach i było za czym się obejrzeć, a nie jak teraz, jakieś dziwadła o aparycji roztopionej bryły plastiku albo rozdeptanego robala.Taki banał i masówka jak Passat B5 czy Audi A6 C5/C6 jawi się teraz jako dzieło sztuki przy nich.