WPIS GOŚCINNY: Super Snipe. Miłość – nienawiść. Czyli nie róbcie tak jak ja. Część II – Przyjdzie walec i wyrówna.

 

Mój relikt przeszłości Humber po jedynych trzech latach remontu miał zrobiony silnik, choć reszta właściwie była nie ruszona. Nie napawało to zbytnim optymizmem. Nadal był z zewnątrz nieco dziurawym, zmatowiałym gratem z rdzawymi chromami, słabo hamującym i z rozchwianym zawieszeniem.

Upłynęło znów trochę czasu. Rok czy może dwa. Czy coś koło tego. W tym czasie ciułałem pieniądz, oraz zajmowałem się szukaniem kogoś, kto zająłby się dalszym remontem mojego auta. Przyjaciele poszli na swoje studia, mechaniczne, ciężkie jak cholera i mieli już duże niedostatki czasowe. Ja zresztą też. Studia, dyplom i tak dalej. Auto przeszło w sferę odległych marzeń i bujania myślami w chmurach (z czego jestem znany). Szukałem tymczasem jakiegoś warsztatu. Szło ciężko. Czasy nadal przedinternetowe, prenumerowałem już „Automobilistę”, gdzie zaczęły się pojawiać ogłoszenia o remontowaniu zabytkowych aut. Sęk w tym, że wszystkie anonse z Warszawy, Krakowa albo Poznania. Zupełnie zrozumiałe, bo Łódź akurat była wtedy upadłym, pofabrycznym miastem z wielkim problemem bezrobocia i studentami żywiącymi się kanapką z serem. Raczej im nie w głowie było remontować zabytkowe samochody. A ja byłem mało socjalny i nie wpadłem na to, że trzeba znaleźć środowisko oldtimerowców i tam wypytać. Zdarzyło mi się zadzwonić pod jakieś ogłoszenie z „Automobilisty” i zostałem, oczywiście, powalony szacowanymi warszawskimi, czy poznańskimi kosztami. Musiałem kombinować coś innego, bo mnie nie było stać. Coś zwykłego. Rozglądałem się po warsztatach blacharskich dookoła, ale różni, którzy oglądali Humbera, głównie się krzywili. Stan zawieszenia trwał.

Warsztat znalazł mi mój szanowny Stary, pracujący wtedy w Toruniu – miał ten warsztat tylko jedną wadę, nie znajdował się w Łodzi… no miał jeszcze drugą wadę, mianowicie nie był to warsztat samochodowy. Był to przyfabryczny składzik – warsztacik w dawnej Elanie Toruń, którym rządził bardzo sympatyczny pan Ludwik. Zgodził on się „zrobić co w jego mocy” pod względem mechanicznym, aczkolwiek do tej pory składał głównie swoje motocykle. Zaproponował niedaleki „niezadrogi” warsztat  lakierniczy jako drugiego wykonawcę, oraz wskazał znajomego tapicera. Z jednej strony było to dla mnie zbawieniem, z drugiej – okazało się, ze względu na moje dyletanctwo, przekleństwem. Przede wszystkim nie określiłem dokładnie czego chcę. Z niewiedzy (bo po prostu nie miałem pojęcia czego powinienem chcieć0 i ze strachu (że to, co chcę, będzie kosztowało góry złotówek). Chciałem mieć „zrobiony samochód”, ale nie wiedziałem czy powinienem forsować jego rozłożenie na części pierwsze, czy tylko poratowanie tego co się da. Zdałem się tu na pana Ludwika, a on był w gruncie rzeczy po prostu amatorem w tej kwestii, choć znającym się na mechanice sto razy bardziej niż ja. Niedopowiedziane zamówienie przerodziło się samoistnie w to, co się robiło ze starymi samochodami przez cały okres PRL – podratowaniem „co było w mocy” podratować.

Mam dla was radę, jak z telewizji: nie próbujcie robić tego w domu

 

Część auta została rozebrana. Pan tapicer z polecenia okazał się bardzo dobrą inwestycją, żeby było taniej postarałem się znaleźć skórę na fotele we własnym zakresie. Dobieranie koloru lakieru pod kolor skór wewnątrz było bardzo przyjemnym zajęciem, nawet nie pomyślałem, że powinienem odtworzyć pierwotny czarny. Lata dziewięćdziesiąte, sami rozumiecie. Tuning był wtedy na pierwszych stronach gazet, cóż tam zmiana koloru na nieoryginalny, przecież i tak mój Humber był już raz przemalowany na bordowo. Zresztą miałem nadzieję (jak wszyscy posiadacze zabytków w latach dziewięćdziesiątych) na wożenie nim ślubów, żeby zrekompensować liczne wydatki.

Galanteria została zdemontowana – wszystkie listwy, klamki, lusterka, uchwyty i ramki. Zawiozłem ją z Torunia do Rometu Bydgoszcz, ówcześnie w stanie upadłości, ale jeszcze z działającą wielką galwanizernią. Przyjęli do chromowania, za wyjątkiem klamek, które były ze stopu ZnAl (cynk+ aluminium). Tego nie chcieli chromować i do dziś w wielu miejscach nie chcą. Wróciłem do Rometu za kilka tygodni, pan z warsztatu przyjął mnie ze smutną minką. Zaniepokoiłem się nieco. „Otóż, wie pan, przy czyszczeniu trochę się pracownikom dwie listwy rozpuściły w jakimś kwasie i nic z nich nie zostało – o tu są resztki”. Nie przytoczę tu słów, jakimi obdarzyłem Romet Bydgoszcz, oraz jego matki i przodków. Właśnie brakowało mi dwóch listew na bok karoserii!!! Następny, cholerny problem.

Samochód utknął w Toruniu na kolejny rok. Trochę to wszystko było niedogodne, bo odbywało się poza moją kontrolą, choć nie wiem, czy jako dyletant zmieniłbym cokolwiek na lepsze w tej robocie. Pewnie nie. Pilnował jej na szczęście jako-tako pan Ludwik, który krok po kroku zaspawał dziury w progach, rozebrał i naprawił hamulce, dał do dorobienia nowe resory (w rezultacie niestety nadal za twarde), przeniósł akumulator na powrót pod maskę. Wystąpił mały problem z tarczami hamulcowymi. Części tłoczków hamulcowych miałem nowe, ze wspomnianych kupionych części ze stodoły – cudowna sytuacja. Natomiast tarcze, w które dotąd nikt nie zaglądał, okazały się mieć grubość hm… trochę grubszej tektury. Co tu zrobić?

Nie pamiętam skąd dowiedziałem się o warsztacie pana Figla w Zgierzu (istnieje do dziś, choć chyba prowadzi go następne pokolenie), który wyspecjalizował się w nietypowych tarczach hamulcowych. Sądziłem, że tarcze hamulcowe się wytacza z kawałka metalu. Owszem, też. Ale najpierw trzeba odlać metodami hutniczymi odpowiedni kształt. Do tarcz mojego Super Snipe’a zostały sporządzone specjalne kopyta odlewnicze, zapewne leżą jeszcze w tym warsztacie. Jakbyście kupowali kiedyś Super Snipe’a, to wiecie gdzie ich szukać.

Przy rozbiórce przedniego zawieszenia okazało się, że to co zarobiłem w swym fuksie przy naprawie silnika – względną prostotę konstrukcji, stracę przy przednim zawieszeniu. W Super Snipe’ie jest ono niezależne i oparte na belce głównej pod silnikiem, ale w konstrukcji wahaczy użyto śrub poruszających się w nagwintowanych tulejach, które są osiami obrotu wahaczy. Te śruby były cokolwiek zużyte, w związku z tym zawieszenie miało luzy. Gdzie szukać takich części? Nie ma. Trzeba dorabiać.

Zawieszenie przednie Humbera, z instrukcji serwisowej

 

Uczucia, jakie żywiłem wobec tego, jak to się mówi „projektu”, przechodziły różne fazy choroby afektywnej dwubiegunowej – od euforii do depresji. Wszystko to przedłużało się niemożebnie, choć przecież było to do przewidzenia, skoro zastosowałem tryb małych kroków zamiast rewolucji. Pochłaniało też kasę, większą czy mniejszą. Przy mojej ówczesnej pensji raczej większą. Należą się tu podziękowania dla Szanownej Współfabrykantki, że się na to zgadzała, a nawet kibicowała. Kasa szła, zajęć było dużo (szukanie szlifierzy, zakładów obróbki, jeżdżenie), a efekty raczej mało spektakularne.

Śledziłem każde ogłoszenie w „Automobiliście” i innych gazetach ogłoszeniowych. Z Gdańska kupiłem za worek złota brakujące literki do napisu Humber. Pojechałem na przedmieścia Warszawy po części od zdechłego Super Snipe serii V, z której udało mi się zdobyć listwy boczne (inne niż pierwotne, ale przynajmniej pasujące), oraz klamki w trochę lepszym stanie niż moje. Dzięki internetowi dowiadywałem się coraz więcej o firmie Humber i modelu Super Snipe, oraz o historii zniknięcia tej firmy pod skrzydłami Chryslera.

Wreszcie znalazłem kogoś, kto był chętny dorobić śruby wahaczy. Dwie zostały zrobione od nowa, w firmie która wyspecjalizowała się w dorabianiu części do motocykli. Dzisiaj jest to wypasiony warsztat dla snobów, gotowych wydać równowartość nowego Mercedesa na przedwojennego Zündappa w stanie mint, ale wtedy nie był jeszcze tak strasznie renomowany i mieścił się w niewielkim budynku gospodarczym pod miastem. Do dwóch kolejnych śrub specjalne nowe tuleje dorobił mi kolega hobbysta-szlifierz, harleyowiec. Po złożeniu zawieszenia widać było, że sprawa się znacznie polepszyła i luzy trzymają się w normie. Powstał jednak kolejny problem – zbieżności. Pan Ludwik poddał się w tej materii i polecił ustawiać zbieżność u większych specjalistów niż on. Na razie „jakoś” to jechało.

 

W końcu lakiernik zabrał połatany samochód do roboty. Miał ów lakiernik sporą zaletę – był niedrogi. Niestety wady też miał. Wziął jakie było, specjalnie się nie przyglądał, wyszpachlował i polakierował. Pod lakierem zniknęło trochę wad i pęknięć, których nie zauważył pan mechanik Ludwik (nie-blacharz przecież), za kilka lat musiałem robić je od nowa, zrywając do gołej stali, pomimo tego, że auto stało cały czas w garażu i niewiele przejeździło. To miała być przyszłość. Tymczasem jednak, w teraźniejszości, po dwóch tygodniach przebywania auta „w lakierze” kolejny raz odwiedziłem Toruń, żeby obejrzeć świeże dzieło. Wrażenie było oczywiście niesamowite. Kto widział wcześniej mojego Super Snipe’a nie powiedziałby, że to ten sam samochód. Biało-kremowy lakier błyszczał na obłościach, samochód jakby urósł i poszerzył się. Niemal jaśniał światłem. Ja też.

Nie specjalnie zwracałem uwagę na mankamenty tej roboty, których było sporo, ale dopiero po ochłonięciu, dużo dużo później zacząłem zdawać sobie z nich sprawę. Na razie było wspaniale i mój Humber wydawał się być już niemal wyremontowany.

 

Trzeba było czekać na finalny montaż siedzeń, wykładziny i galanterii. Znów zajęło to trochę czasu. Auto dostało nowe szkła migaczy z zapasów nowych części Chrysler Rootes, tak samo nowe były ramki przednich reflektorów i korek wlewu paliwa w tylnej lampie, który po latach nieobecności trafił na swoje miejsce.

Do chromów made by „Romet Bydgoszcz w stanie upadłości” można było mieć trochę zastrzeżeń – widać było pod nimi dużo nierówności, aczkolwiek z perspektywy czasu okazały się trwałe. Na klamki ze stopu ZnAl, których nikt, ale to absolutnie nikt wówczas nie chciał chromować – obdzwoniłem w tej sprawie wiele galwanizerni – znalazłem patent własny. Niezbyt trwały, ale jednak. Otóż poszukałem firmy, która produkowała plastikowe „chromowane” syfony do umywalek. Pomocnik lakiernika na fuchę wyszpachlował mi na  pupkę niemowlaka, czyli na ideał, najgorszą klamkę i ramkę tylnej lampy (przed tym wyglądały jak powierzchnia Księżyca) i zostały one pokryte owym erzatzem do syfonów. Efekt był całkiem niezły. Podobno nie były to pierwsze części samochodowe jakie owa syfonowa manufaktura hydrauliczna pochromowała.

 

Wreszcie nadszedł dzień odbioru złożonego auta. Pojechałem po nie z szanownym kumplem Arturem, który pomagał mi wcześniej składać i rozkładać silnik i dopingował moje starania. Teraz przybył oglądać finał i być ewentualnym kołem ratunkowym przy powrocie do domu. Niestety, okazałem się pierwszym testerem Humbera, bo pan Ludwik bał się samemu wypuścić w jakąś dłuższą drogę poza wyjazd z garażu i z powrotem. Przy pierwszym nalaniu większej ilości benzyny okazało się, ze przewód z wlewu paliwa jest dziurawy, a liczne dźwignie sterujące przepustnicą gaźnika – niestety źle wyregulowane. Nie nadawało się to w dłuższą trasę. Zostawiliśmy pojazd do poprawienia.

 

Wreszcie nadszedł dzień odbioru złożonego auta numer 2. Wyruszyliśmy z Torunia do Łodzi Humberem, bez przeglądu i bez ustawionej zbieżności, na wszelki wypadek bocznymi drogami. Co? Że to nieodpowiedzialne i ryzykowne? Ha, nie takie rzeczy żeśmy w latach dziewięćdziesiątych ze szwagrem za stodołą robili! Poczytajcie „Cytryn i Gumiak Poczontek” redaktora Złomnika.

Pierwsza trasa bardzo spokojna, bo silnik niedotarty, a kierowca jeszcze nieznający pojazdu. Na szczęście, choć nie byłem biegły w mechanice, miałem całkiem duże doświadczenie w jeżdżeniu gratami sprzed stu lat. Rodzinny GAZ 69, w którym nie wolno było skręcać z włączonym napędem na przód, bo przeguby pękały, Żuk kolegi, w którym znalezienie trzeciego biegu zajmowało pięć minut mieszania wajhą, wreszcie Ford Taunus mojego Starego, przerobiony na silnik dieslowski Volkswagena, w którym wyprzedzanie tirów trzeba było planować tydzień wcześniej. Humber na ich tle był całkiem niezły. Czuć było, że chciał jechać. Nie najgorzej hamował. Po pewnym poduczeniu się biegi w miarę wchodziły. No i był prawie tak śliczny, jak nowy. „Prawie” robiło trochę różnicy, ale co tam.

W trakcie ostrożnej jazdy z Torunia do Łodzi, podczas której silnik docierał się po raz pierwszy, można było obserwować ten proces na termometrze z deski rozdzielczej. Z początku wskazówka przekraczała na stałe połowę skali, ale w okolicach Krośniewic niespodziewanie zeszła na połowę i tam już została.

Wróciło się jako – tako do domu. Nasuwały się pytania – co dalej? Na rozmyślaniach znów upłynęło sporo czasu.

 

Zacząłem szukać kogoś kto ustawiłby zbieżność w tym sprzęcie. Wielce szczęśliwym trafem projektowałem akurat drobny projekt wnętrz dla, jak się okazało, właściciela podłódzkiego salonu Kia, i, jak się jeszcze lepiej okazało, miłośnika zabytków. Pan Darek miał Fiata 125p pierwszej serii, którego właśnie remontował siłami swoich salonowych mechaników. Entuzjastycznie zaoferował swą pomoc w doprowadzeniu Humbera do stanu pozytywnego. Wydobyłem więc pojazd z garażu i, po raz pierwszy w historii mojego remontu, stawiłem się na początek na diagnozę na serwisowym kanale z szarpakami. Trochę poszarpano. Każde koło żyło tam swoim życiem. Pomimo świeżo dorobionych śrub wahaczy. Pan mechanik zaprosił mnie do kanału, żeby pokazać przyczynę. Włosy stanęły mi dęba i tak zostały.

Otóż mój Super Snipe miał pękniętą podłużnicę w okolicach belki pod silnikiem. Taż belka też była kiedyś spawana. Najprawdopodobniej była to jakaś wypadkowa przygoda w poprzednim życiu tego auta. Panowie mechanicy zwrócili też uwagę, że niedawno położony lakier zaczął już się rysować w niektórych miejscach, bo pan lakiernik zaszpachlował dylatacje pomiędzy elementami blacharskimi, zamiast je zostawić jak były. Do tego na masce i podszybiu pojawiły się dziwnie łaciato matowe miejsca. Pan Darek powiedział, żeby się nie martwić i że zaspawają mi podłużnicę, ustawią geometrię i poprawią, po kosztach, niedoróbki lakieru.

Geometrią zajął się pan mechanik, nie pamiętam niestety nazwiska, wyjątkowy talent, człowiek pełen cierpliwości i doświadczenia. Który w kilka tygodni poskładał to wszystko jak tylko mógł najlepiej, wyregulował. Nie było może ideału, ale też, jak się dowiedziałem – ideału nie będzie. Pan mechanik wyartykułował mi podstawową prawdę, która powinna być memento dla wszystkich remontujących stare graty: żeby był ideał, to trzeba by go rozebrać na części pierwsze i ponownie remontować, z użyciem ramy blacharskiej. Trochę mną to tąpnęło. Ale tylko trochę.

Niemniej samochód zaczął jakoś jeździć, stabilniej jechać po prostej i pokonywać zakręty od biedy bezpiecznie.

Poprawianie lakieru, niestety, strasznie się przeciągnęło. Mój dobroczyńca, pan Darek nie mógł zaangażować się za bardzo w jego przebieg, miał liczne wyjazdy, dostałem zatem telefon do kierownika lakierni i pod ten telefon dzwoniłem raz na tydzień z podstawowym pytaniem: „KIEDY?”. Dość długo zeszło mi dzwonienie. Od lata do jesieni. Humber ewidentnie nie był na rękę panom serwisantom, którzy po prostu mieli nawał swojej roboty. Po długim czekaniu udało mi się wynegocjować że zrobią chociaż maskę i podszybie, co się dokonało rzeczywiście po kosztach, plus skrzynka wódki dla lakierników.

Samochód jechał, jako tako wyglądał, przeszedł jakoś przegląd, z lekkim przymknięciem oka. No, prawie zwycięstwo, panie mecenasie!

 

W owym serwisie nastąpiło niespodziewane skonfrontowanie legend z rzeczywistością, które się odbyło pod moją nieobecność, niestety. Otóż pewnego dnia swoim autem na przegląd przyjechał tam starszy pan, który na widok Humbera zakrzyknął – znam to auto! Okazało się, że ów gość był z zawodu kierowcą i jeździł, wedle jego słów, moim egzemplarzem w Wojewódzkim Komitecie PZPR w Łodzi! Nie zdołałem niestety podrążyć dalej tej historii, nie wiem zresztą, czy serwis miał jakikolwiek kontakt do tego klienta. Niemniej taka ciekawostka miała miejsce, a ja chętnie teraz ją przytaczam, każdemu kto pyta o przeszłość mojego Super Snipe’a.

W tym czasie z przyjaciółmi prowadziliśmy firmę fotograficzno-ślubną, do której Humber stanowił miły dodatek przewozowy. Co prawda nie byłem go na sto procent pewien, ale udało się kilka razy zawieźć znajomych do ślubu, zatem dało się go wykorzystywać. Nadal prowadziło się go z pewnym wysiłkiem, jak większość starych aut, dawał się we znaki brak wspomagania kierownicy, wymagający znacznej siły przy manewrach. Nieseryjne resory były zbyt twarde. No i szwankowały czasem różne rzeczy. Na przykład wskaźnik paliwa, który zawiesił się pewnego razu na wskazaniu „full”, co doprowadziło mnie do palpitacji serca i latania z kanistrem na stację benzynową, podczas równoczesnego uspokajania nerwów pary młodej. Zdążyliśmy na czas, kurs dostał 100% zniżki w ramach pokuty.

 

We wczesnych latach dwutysięcznych biznes ślubny rozwijał się w Łodzi, aż miło. Pojawiły się targi ślubne, organizowane zwykle w styczniu lub lutym, na które ściągały miejscowe firmy, żeby się zareklamować. Postanowiliśmy i my. Maskotką stoiska miał zostać pojazd marki Humber. Tak się złożyło, że w terminie targów miałem zaplanowany akurat wyjazd na narty, ale nic to, mój kumpel Krzysiek zawiezie auto na miejsce i zaaranżuje wszystko pod naszą nieobecność. Zorganizowałem krótkie szkolenie szoferskie i zostawiłem kluczyki bez obaw, bo Krzysiek nie takimi gratami już jeździł. Do jego rodziców należał „Duży Fiat” 1300, w którym to sprzęcie w czasach licealnych sprawdzaliśmy kiedyś stoperem przyspieszenie do 100 km/h. Mogę wam podać wynik, bo do dziś pamiętam – minuta i dwadzieścia sekund.

Bez obaw zatem wyjechaliśmy w góry.

Już się zapewne spodziewacie dalszych wydarzeń  jak z Hitchcocka: poślizgi, wypadki, rozwalanie blach, kasacja, te rzeczy. Otóż – nie. Prawie zupełnie nie. Na parkingu przed halą wystawienniczą, cofając, wjechała w stojącego Humbera swą łyżką koparka, która tam właśnie prowadziła odśnieżanie!

Prawie żadnych strat. Prawie wszystko całe. Z małym wyjątkiem przedniej szyby.

No i myślicie że piętnaście lat temu było łatwo kupić szybę do Humbera Super Snipe rocznik 1962? Otóż można było w miarę łatwo, tylko dość żmudnie. Na całe szczęście cała naprawa poszła z OC sprawcy, pana koparkowego. Była też policja, która spisała protokoły, no i, trzeba powiedzieć, że PZU stanęło na wysokości zadania – mimo że auto nie było formalnie zabytkiem na żółtych tablicach, nawet nie piuknęli, jak się okazało że trzeba taką szybę sprowadzać przez pośredników z Wielkiej Brytanii. Interesuje was koszt? Proszę bardzo: 3.500 złotych w roku 2003. To były ówcześnie trzy wypłaty mojej Mamy, nauczycielki w liceum. Szyba została sprowadzona przez warszawską firmę z częściami do brytolskich zabytków, a zamówiona została w angielskim oddziale Pilkingtona, gdzie mieli do jej wyrobu odpowiednie kopyto. Okazało się jednak, że Pilkington nie robi takich szyb pojedynczo. Czeka, aż zbierze się co najmniej kilka zamówień. A ja, niestety, czekam razem z nim. Trzy miesiące. Wreszcie telefon z Warszawy, odbieram z ekscytacją – szyba przyszła, owszem, niestety jest uszkodzona w transporcie. Trzeba ją zamówić jeszcze raz.

Sześć miesięcy naprawy.

Do tego niestety brak uszczelki. Musiałem ją zamówić w firmie produkującej profile gumowe. Specjalnie dla mojego Humbera konieczne było stworzenie nowego szablonu do produkcji takiego profilu. Jeżeli kiedyś będziecie potrzebować uszczelki do Super Snipe’a, to ów szablon nadal spoczywa w firmie Purgum w Łodzi (dawny zakład doświadczalny Stomilu).

W tym mniej więcej czasie zmarł sąsiad – wariat, dwie ulice dalej. Gryzę się w język – to nieładnie tak pisać o bliżej nieznanym sąsiedzie, świeć Panie nad jego duszą, ale faktycznie miał on niewątpliwe inklinacje do maniakalnego zbieractwa. Ja też tak pewnie będę na emeryturze. Cała, calusieńka posesja jego drewnianego domku była zastawiona wszelkimi dobrami doczesnymi do wysokości półtora metra, przez gąszcz cegieł, piecyków, pralek, drewna i makulatury, zarośniętych krzaczorami, można było poruszać się tylko wąskimi kanionami ścieżek, po których biegały kury. Samochody też tam były. Przed bramą przez kilka lat parkował coraz bardziej dekonstruujący się, biały Hillman Imp – w latach 2010-tych wielki już rarytas. Dwa „Duże Fiaty” tarasowały bramę, a za nimi czaił się mroczny, ledwo widoczny „Garbus”, resztę zarastały gęsto krzaki. Sąsiad był znany z tego, że nie lubił nawiązywać kontaktu, szczególnie gdy ktoś pytał o jego samochody. Nikt zatem nie nawiązywał i nie pytał. Dopiero gdy zmarł i robotnicy zaczęli wywozić na śmietnik jego włości, okazało się, że był nie lada koneserem i że Hillman Imp nie był jedynym samochodem Rootes Group jaki posiadał. Otóż pod stertą drewna i plandeką stał sobie tam Humber Super Snipe Serii V. Dwie ulice dalej! Moja dzielnica okazała się zatem zagłębiem Humberów. Udało mi się kupić za kilkaset złotych to truchło, najprawdopodobniej przepłaciłem – pojazd złamał się na pół przy próbie ruszenia go z miejsca. Niemniej trochę części mechanicznych się z niego wyrwało. Co do sąsiada – Humber to nie wszystko: po odkopaniu gór śmieci okazało się, że w szopce w kącie ogródka stał sobie spokojnie, nie ruszany przynajmniej od trzydziestu lat Triumph Herald! Nie znam niestety jego dalszych losów – siedziałem w nim, był naprawdę w dobrym stanie. Nieznany bliżej sąsiad sprawił zatem swoją kolekcją wiele niespodzianek i radości. Salut! – dla sąsiada zbieracza!

Uczucia moje co do własnego Humbera Super Snipe oscylowały wciąż góra-dół – od poczucia lekkiej wtopy i źle wydanych pieniędzy, po zadowolenie i dumę, do czego skłaniał mnie ten pojazd niektórymi zachowaniami. Mianowicie, na przykład, on zawsze zapalał. Nieważne, czy stał w garażu przez tydzień, czy przez cztery miesiące, jeżeli tylko dostawał naładowany akumulator – zawsze i niezmiennie zapalał. Co prawda przy prądnicy i obowiązku jeżdżenia w dzień na światłach, a przy tym krótkich odcinkach jazdy, nie zawsze było łatwo utrzymywać owo naładowanie.

Na ogół dojeżdżał, choć nie zawsze wracał. Ładowanie padło kiedyś na wyjeździe do Żychlina, 60 km od Łodzi, dokąd zawiozłem kumpelkę na jej ślub. Szczęść Boże byliśmy w dwa samochody, ze Współfabrykantką, która strzelała zdjęcia, zatem po weselu, o trzeciej w nocy, dało się wrócić w konwoju za jej samochodem do domu, wiejskimi, kompletnie pustymi szosami. Światła włączałem tylko jeżeli coś jechało z przeciwka lub z tyłu, a jeśli nie jechało, Humber pozostawał cichociemny. Jeno księżyc w pełni mi świecił z nieba. Niemniej pojazd dojechał do domu bez prądnicy.

Dzisiejsze samochody, notabene, tego w najmniejszym stopniu nie potrafią – doświadczyłem na własnej skórze.

Niestety, im dalej w las, tym więcej drzew. Emocjonalna choroba afektywna zaczęła powoli przeważać w stronę lekkiego zniechęcenia pojazdem, w który przecież wpakowałem parę lat swojego życia (zwłaszcza, że naprawy trwały za każdym razem tak długo). Trzeba przy tym nadmienić, że pojazd ów, całkiem żwawy, ale ciężki – palił jak smok. Wedle katalogów było to 13 litrów na sto, ale jak wiadomo, są kłamstwa, wielkie kłamstwa i statystyki. Rzeczywiście: na trasie było to coś w okolicach 11 litrów, ale, prawem statystycznej równowagi, w mieście już 17. Można się czasem Przejechać, ale żeby Jeździć, to już trochę wsysa z portfela. Zacząłem mieć coraz mniej czasu na działanie, różne roboty i hobby pochłaniały mnie w innych dziedzinach. Fotografia, pisanie o fotografii, podróże, ogarnianie życia codziennego. W ciągu następnych dwóch lat zdołałem jedynie ponownie naprawić u lakiernika (nareszcie dobrego) dwa błotniki i próg na których zaczął pękać lakier.

Samochód zatem raczej dużo stał w garażu.

Pewnego dnia, kilka lat temu, nastąpiło przesilenie. Pamiętam jak dziś. Wiozłem Humberem kolejnych znajomych na ślub. Dzień letni, słoneczny, wszystko idzie pięknie, akumulator naładowany, płyny sprawdzone, silnik pali od pierwszego dotknięcia. Jedziemy sobie miło z jednej strony miasta na drugą, już po ślubie do sali weselnej. Wcześniej kilka razy poczułem, że auto nieoczekiwanie słabo przyspiesza, ale za chwilę wszystko wraca do normy. Nic to. Parę skrzyżowań dalej poczułem jednak, że pojazd zdecydowanie grzęźnie. Że zwalnia. Że jakby coraz bardziej po grząskim jechał, po błocie. Ba! Jak po zaoranym polu. Hamulce. Znajomi nic nie zauważyli, ja oczywiście nic nie mówię, żeby ich nie stresować w najważniejszym dniu życiowym. Jedziemy z górki, a tu trzeba ciągnąć na trzecim biegu, bo zwalnia. Jedziemy na płaskim, a tu muszę wrzucić dwójkę. („Wąski, ty wiesz, że ja mogę wrzucić dwójkę?” – cytat). Doczołgałem się jakoś do sali bankietowej, dojeżdżamy,  tłum gości, kwiaty, szampany orkiestra, chleb i sól. Znajomi wysiadają i (dzięki Bogu) oddalają się w stronę wejścia. Ja, cały mokry ze stresu, ale szczęśliwy że się udało, spoglądam na nich zza auta.

I wtedy, pod światło zachodzącego słońca, znad maski zaczął unosić się błękitny dymek. Adrenalina buchnęła mi uszami. Bagażnik! Gaśnica! Goście już weszli do sali, więc nikt nie widzi tej sromoty. Z palcem na zawleczce otwieram maskę gotów do akcji przeciwpożarowej!

Uffffffffffff. To tylko płyn się zagotował w chłodnicy i para bucha z korka. Opar niebieski, bo rzeczywiście, dzisiaj dolałem niebieskiego Borygo

Wróciłem roztrzęsiony. Samochód przestał potem w garażu długie miesiące. Odpalałem go tylko czasami, żeby się nie zastał. To co czułem do tego mojego życiowego projektu to była jednocześnie miłość i nienawiść.  Ale to nie wina Humbera. Tylko moja, oczywiście.

Kolejny raz to napiszę: pamiętajcie drogie dzieci – nie próbujcie robić tego w domu!!!

 

Na szczęście człowiek ma przyjaciół. Bez nich nie dojechałby za daleko. Ostatnimi czasy mój kumpel Krzyś zrealizował swoje marzenie z dzieciństwa i kupił Chevroleta Impalę rocznik 1972. Bardzo dobry rocznik. (jak zwykle, Impala to temat  na osobny wpis). Od czasu zakupu nie przestaje mi wiercić dziury w brzuchu, żebym się wziął za Super Snipe’a. Nakłonił też naszego kumpla Piotrka, tego od którego kupiłem Humbera dwadzieścia pięć lat temu, żeby pomógł mi w tych naprawach. Piotrek od tamtego czasu dorobił się jednego z najbardziej znanych warsztatów naprawy motocykli w Łodzi – jego pozytywne nastawienie koi moje stargane zabytkiem nerwy. Właśnie rozebraliśmy cały układ hamulcowy. Może coś z tego jeszcze będzie. Życie pokaże.

Pewnie kolejny remont. Da capo al fine.

Fabrykant

Share Button
Tagged with: , ,

58 Comments on “WPIS GOŚCINNY: Super Snipe. Miłość – nienawiść. Czyli nie róbcie tak jak ja. Część II – Przyjdzie walec i wyrówna.

  1. Fabrykancie szanowny. Im więcej czytam tym większe widzę prawdopodobieństwo , że nasze ścieżki gdzieś się już przecięły a jeszcze większe , że mamy wspólnych znajomych bo Łódź to jednak nie jest jakaś specjalnie wielka a wspólne zainteresowania zawężają obszar. Motocyklistą jestem od dziecka, pracowałem w Fotokonsorcjum w dawnej Billi i mam kilku znajomych zawodowo zajmujących się fotografią a do tego swego czasu (pewnie jak wszyscy w tej branży) aktywnie zajmowali się fotografią ślubną w czym jako posadacz czterech kółek (czyli grata jak przystało na lata 90) im pomagałem. Może jakieś spotkanie na najbliższym moto weteran bazarze ? Jak co roku z kolegami planujemy stoisko – bardziej imprezowe niż handlowe ale są tacy , który jeżdżą do Ciechocinka wdychać opary z tężni a my na MWB leczymy się oparami pasji motoryzacyjnej.

  2. Na MWB wystawia się to co aktualnie zalega w garażu czyli nadwyżki używanych części do obecnie lub niegdyś użytkowanych gratów 😀 Stoisko bierzemy na czterech a przychody ze sprzedaży zwykle wystarczają na pokrycie opłaty za stoisko 😀
    Powiem tylko , że po zmierzchu na bazarze to dopiero się dzieje… klimaty w stylu „Dziady” Mickiewicza w reżyserii Davida Lyncha a wszystko przy góralskiej muzyce 😉
    Kontakt sprawdzę -może przez konto córki bo ja świadomie konta na FB nie posiadam.

  3. Co do powrotu na prądnicy – nie wiem, czy Tico należy do współczesnych pojazdów – ale na samym akumulatorze wróciłem do domu spoza Poznania – ponad 130km.

    • Ja też nie wiem ;). Grande Punto przejechało bez ładowania 10 km, potem powiedziało że rezygnuje, najpierw wyłączając elektryczne wspomaganie kierownicy.

    • to moze w druga strone?
      ostatnio pare miesiecy temu moj kolega, milosnik polonezow i ogolnie staroci, ale przy tym kompletny techniczny dyletant wymyslil, ze przywiezie sobie spod poznania jakas mebloscianke.
      wypozyczyl w tym celu przyczepe i namędził innego kolege – mechanika, zeby z nim pojechal. ten kolega mechanik to jest „niespotykanie spokojny czlowiek” na prawde jego wyprowadzic z rownowagi to nielada wyczyn.
      No wiec wyjechali tym polonezem (plusem) z przyczepa, ledwo osiagajac 80-90km/h co juz nie napawalo optymizmem, ale to i tak jeszcze nie najgorsze, gorsze ze cos smierdzialo. smierdzialo, ale „ponoc tak juz jest” ale smrod wydawal sie znajomy…
      po calym dniu jakos jednak udalo sie dojechac na miejsce (jakies 400km i 3 pelne tankowania benzyny!), zaladowac wieczorem ta mebloscianke (jeszcze padalo w dodatku) i wracac.
      z tymi meblami to juz wogle ledwo co jechalo, a smrod nie przechodzil, w koncu jednak smierdziec przestalo, ale nie bylo to nic dobrego, gdyz przestaly dzialac swiatla, po wlaczeniu dlugich momentalnie tez sie spalily, a chwile pozniej zaczely strzelac bezpieczniki, cos tym razem zasmierdzialo inaczej i samochod calkiem stanal.
      co sie, co sie, co sie stalo?
      otorz smrod przez cala droge to gotujacy sie akumulator, gotujacy sie z powodu uszkodzonego (zwartego) regulatora w alternatorze, i kiedy to juz caly elektrolit sie wygotowal, to napiecie wzroslo tak bardzo, ze popalily sie zarowki, niektore bezpieczniki i….
      po dojsciu na CPN i powrocie do auta, dolaniu wody destylowanej okazalo sie ze akumulator zyje! judla! ale nie pali, po wymianie bezpiecznikow rowniez nie pali (przypomnijmy ze to w srodku nocy i w srodku niczego), a kolejny smrod prowadzil do komputera….. w ktorym wypalila sie dziura w plytce!
      a gdy jeszcze kolega mechanik dowiedzial sie, ze kolega od poloneza wiedzial o tym ladowaniu, no ale skoro jezdzi, to jezdzi, prawda? to juz zwatpil i stwierdzil ze on ma juz tego wszystkiego dosyc, dosc ma ciaglego ratowania tego kolegi z jego glupich pomyslow, i niech w koncu sam sobie poradzi, i sobie poszedl, piechota kilkanascie km na dworzec PKP, kupil sobie bilet do warszawy, bo do lublina nie bylo.
      W warszawie jako ze juz wiecej pieniedzy nie mial, stwierdzil, ze z dworca pojdzie piechota do zakretu (40km!), gdzie z kims moze stopem wroci do lublina.. i doszedl, ale nikt go nie wzial, ale skontaktowal sie z innym kolega, ktory mu przeslal 100zl kodem do bankomatu, dzieki czemu wrocil taksowka na dworzec i kupil sobie bilet do lublina. Ja go ochrzanilem, ze czemu nie dzwonil to bym po niego pojechal, a nie on mi z samego rana smsa jedynie napisal, ktorego zanim ja odczytalem jak juz wstalem, to juz jechal tym pociagiem do lublina…
      jak wrocil kolega od poloneza? nie wiadomo, kolega mechanik nie chce o nim slyszec, ale wrocil ponoc po paru dniach, laweta, z ta przyczepa i mebloscianka.
      Teraz to jest najdrozsza mebloscianka na swiecie

      • a to juz wszystko do Szczepana zalezy kiedy bedzie 😉
        ja ze swojej strony staralem sie to napisac jak najbardziej starannie i zrozumiale, po Polsku a nie „po mężowemu” jak mowi Żonka 😉 ale ile poprawek wymaga to tylko Szczepan wie 🙂

      • hehe nie widze przeszkod 😉 tyle tylko, ze musisz sobie jakos ponotowac o czym mam opowiadac, bo takich historii bylo tyle, ze dla mnie to niemalze rzecz powszednia i nie pamietam o tym, dopiero jak w tym przypadku z tym ladowaniem mi sie przypomina o tym historia i to juz akurat nie problem opowiedziec jak bylo gdy juz sie wie o czym 🙂
        znowu wyszlo zagmatwanie… choc probowalem to troche odgmatwac..

      • nie ma zmiłuj – to jest materiał na książkę
        trzeba tylko ustalić strukturę rozdziałów, czy chcemy np. podzielić na lata, albo marki samochodów, rodzaj przygód…

  4. Polobis: Produkcję Tico zakończono w 2001 roku , sam sobie odpowiedz 🙂

  5. Swietna historia Fabrykancie! swietnie sie czytalo!
    szczerze mowiac czytajac to myslalem ze wyjdzie z tego Humbera straszny ulep, ale po zdjeciach widac, ze naprawde ladnie wyglada 🙂
    PS: to zawieszenie z tymi srubami przypomina Żuka
    zaloz tam gaz, poprawi sie niezawodnosc i ekonomicznosc jazdy 🙂
    mozna wiedziec ile szacunkowo kosztowalo to wszystko?

    • Przyznam, że na wszelki wypadek wolałem tego nigdy nie podsumowywać, żeby się nie dołować. Szacuję, że ze 30 tysięcy, ale nie wiem, czy się nie mylę. Rozłożone na dwadzieścia pięć lat

      • no to niezle, to faktycznie mozna by za to zrobic taki gruntowny remont z rozebraniem na czesci pierwsze.
        myslalem, ze duzo taniej, skoro tyle kombinowania z robieniem po znajomosciach w roznych miejscach.
        Ja to nie mam tyle cierpliwosci zeby tyle lat cos remontowac, no chyba, ze utrzymywac przy zyciu cos czym sie po prostu jezdzi, ale to zupelnie co innego niz taki generalny remont…
        Ja sie nie nadaje do takich „prawdziwych” klasykow, jak chcialem sobie tego Taurusa wyremontowac, to jak sobie policzylem, ze przynajmniej ze 3tys trzeba by wydac, to sie go pozbylem i tyle, nie lubie wydawac pieniedzy 😉

      • no, ja z kolei jestem zaskoczony ceną pozytywnie – faktem jest, że 30k kiedyś, to nie to co dziś, gdy tyle może kosztować byle polonez

      • Sama naprawa balcharska takiego nadwozia, zrobiona w miare przyzwoicie to teraz ze 40 tysiecy, z lakierem 50. Mysle ze caly remont zrobiony naprawde od podstaw to przynajmniej 100. Tak wiec jesli za 30 tysiwcy dalo sie go doprowadzic do takiego wygladu toi tak niezle.

      • Jeżeli te 30 tys. (plus minus) uwzględnia inflację; czyli 30 tys. wg. dzisiejszych cen, to rzeczywiście bardzo, bardzo mało.
        Ja mam o wiele nowsze auto, youngtimera; nie jakiegoś szczególnie kosztownego. Ale w ciągu roku blacharka + ogarnięcie kilku rzeczy typu świece, kable, akumulator, nowe opony, czyszczenie przepustnicy itp. kosztowały jakieś 14 tys. A pasowałoby jeszcze drzwi zrobić (ok. 5 tys.) i kilka pierdół za tysiąc – dwa.
        A tutaj jest mowa o, było nie było, remoncie!

      • jak moj duzy fiat dogorywal (jakies 10 lat temu) to sie dowiadywalem o remont kapitalny blacharki (nowe progi, podproza, wzmocnienia wewnetrzne, zalatanie wszelkich dziur w podlodze, fartuchach kol, wzmocnienie podluznic, najlepiej wymiana blotnikow (przynajmniej tylnych), pasa tylnego, no tak zeby dziur zadnych nie bylo i zakonserwowanie, no to wtedy to kosztowalo by 1500zl + czesci, czyli ok 2tys.
        w kilku zakladach pytalem bo myslalem ze gdzies taniej bedzie, nie bylo, to oczywiscie zrezygnowalem, bo za 1500zl to mozna bylo naprawde niezlego fiata kupic, a nie inwestowac tyle w tego..
        takze to niesamowite zeby w 10 lat remont podrozal 20x
        moze powinienem sie zajac takimi remontami… strasznie tego nie lubie no ale jak bym musial uspawac tylko jeden samochod na rok i nie robic zawodowo juz nic wiecej to bym napewno polubil 😉 bo bym z tego mial sporo wiecej niz z pracy dzien w dzien 😉

      • Wszystko zależy od standardu. Myślę, że i dziś znalazłby się ktoś, kto by „wyremontował” Humbera za ułamek rzeczonej kwoty, tak że auto dojechałoby o własnych siłach do domu. Ale nie rozmawiamy o tym, tylko o ładnym zrobieniu klasyka na coś przypominającego wyrób fabryki, przynajmniej na pierwszy rzut oka – a dobra jakość pracy rzemieślniczej kosztuje dziś fortunę.

      • Zasadnicza różnica w cenie wynika z dostępności części. Co innego wymienić próg czy panel podłogi, na zasadzie wyciął – wspawał – zamalował, co innego dorobić brakujący fragment panelu bocznego, nadkola, pasa tylnego, klap i miliona innych elementów, które w postaci części zamiennej ostatni raz widziano mniej – więcej u początków kariery Maryli Rodowicz. Do tego dochodzą dziury, dziurki, dziureczki tam, gdzie nikt ich się nie spodziewa, a wychodzą dopiero po piaskowaniu. Dochodzi spasowanie drzwi, bo jakoś tak jest, że po 70 latach nadwozie się zdeformowało.

        Samo piaskowanie to w chwili obecnej jakieś dwa i pół tysiąca, a mówię o cenach z niewielkiego miasteczka na Podlasiu.

        Ale i tak największym problemem jest znalezienie fachowca, który zechce się tego podjąć. Naprawy powypadkowe? Bardzo chętnie. Walka z korozją? Wypad za bramę.

        Doliczając koszta chromowania, tapicerki, lakierowania, mechaniki, uszczelek, elementów plastykowych etc. – remont zlecony to przynajmniej 100 000, jeśli mowa o popularnym aucie, w rodzaju Wołgi. Metodą gospodarską można z tego urwać połowę.

  6. Fabrykancie, a kiedy historia małych Zastavek? strasznie mnie one ciekawią 🙂

    • Zastavki są mniej interesujące historycznie, bo nadal niewyremontowane. Na razie muszę skończyć na Motodinozie cykl wszystkich nieseryjnych nadwozi Fiata 600. Najbliższa, kończąca część (kabriolety) chyba w poniedziałek. Powinienem napisać jeszcze jedną, o eksperymentach nadwoziowych na bazie Sześćsetki, ale chyba zrobię to po dłuższej przerwie, bo mi już nadwozia Fiatów 600 tęczują w oczach.

      • ale zdaje sie, ze ktoras jezdziles na codzien?
        cykl o 600tkach bardzo fajny 🙂 pisz o eksperymentach tez od razu, puki pamietasz wszystko i bedzie to wszystko w kupie i na bierzaco 🙂

      • @ Benny: jedną tylko sprowadziłem dla kolegi z Piotrkowa do Łodzi. Stan idealny, jedyna taka, po remoncie, unikat. Po drodze zagotowała się dwa razy.

      • hehe czyzby nawet uszczelke pod glowice ktos tak ladnie wyprostowal ze byla jak nowa i nie zalowal czerwonego sylikonu i nie pomoglo 🙁

        moglem kiedys kupic mala Zastavke za 1500zl, byla wlasnie „po remącie” blacharskim czyli podloga i wszelkie podluznice wyspawane z katownikow i ceownikow takich grubych hutniczych nie to ze jakies zimnogiete z blachy 😉 niewatpliwie nie zgnilo by to juz raczej nigdy i w sumie nawet niezle wygladalo, a silnika juz chyba nie starczylo checi na „remąt” ale to nieistotne, tak czy siak wybralem wtedy zakup ARO 244 ktore tez bylo po „remącie” i mialo zalozony zespol napedowy z beczki 200D, z tym ze ten zespol napedowy juz zostal przelozony do Uaza, a Aro dostalo „Tymczasowy” most tylni z Żuka, ktory w dodatku jeszcze byl za waski tak, ze az resory byly do siebie wygiete w bok, no i ja wymyslilem, ze tam sobie zaloze oczywiscie XUD-a z c15 ze skrzynia z poloneza diesla. most nawet kupilem z Aro dizla za jakies 300zl gdzies chyba nawet pod lodzia i tam pojechalem unem, nawet nie spodziewalem sie ze most moze byc tak straszliwie ciezki ze ledwo w 2 osoby go do tego una wsadzilismy, skrzynie z poloneza dizla kupilem gdzies za radomiem za 150zl, no i to tak stalo, stalo, no bo ja to zabardzo niemam warunkow do konstruowania, a pozatym tego nie lubie i w koncu udalo mi sie zamienic to na C15 w trakcie „remątu” i ja ten remont dokonczylem i z Aro sie wyleczylem.
        Moje Aro nawet w mixie Zlomnikowym kiedys wystapilo i jest w EGP:
        https://photos.smugmug.com/photos/i-VLhwjN2/0/L/i-VLhwjN2-L.jpg
        a po calym dniu mycia a potem podmalowywaniu reszta farby ktora zostala po malowaniu DFa (ptaktycznie ten sam kolor) wygladalo juz lepiej:
        https://zapodaj.net/images/67ffc32f38ec9.jpg

      • Jakiś czas temu trafiłem na wzmiankę, że za PRLu powstało kilka czy kilkanaście samonośnych nadwozi do 750 z laminatu. Ponoć miało to być ponad 100 kg lżejsze od fabrycznej Zastawy, co wydaje się mało prawdopodobne w niewielkim samochodzie.

      • @ndv: posiadam w swych licznych zbiorach gratów truchło Zastavy lub może Fiata 600 – nie ma fletnerek w drzwiach, tylko pełne szyby, wyciętą fleksem tylną gródź pod silnik 126p i wspawane zawieszenie z Malucha. Cały przód ma z laminatu tj. pas przedni i błotniki. Obiło mi się o uszy, że ktoś w Gdańsku produkował takie coś. Znaczy się, wykonał kopyta do laminatu – to technologia jachtowa.

  7. Tak sobie to czytam, czytam i dochodzę do wniosku że straciłem młodość nie robiąc czegoś równie głupiego. A tyle gratów było w zasięgu ręki w szalonych latach 90… tymczasem największym moim osiągnięciem w dziedzinie pozostaje wyremontowanie, a następnie po 5 latach zezłomowanie z powodu gąbczastego zwyrodnienia podłogi i progów, 240 chałupniczo wyspawywanej w garażu niedaleko Ciebie Fabrykancie, bo na Leszczynowej 😉

  8. Czapki z głów.
    Moja cierpliwość dawno by się wyczerpała.

    Jeden projekt skończyłem.
    Mimo niespodzianek udało się.
    Wystarczy:)

  9. hmmm, „niebieskie” borygo wcale nie daje niebieskiego dymu przy przegrzaniu motora – to nie pokaz chińskich fajerwerków…

    • Przecie to relacja subiektywna i pod wpływem emocji. Sorry, ja tam widziałem niebieski dymek, być może pomagała mi rozbudzona wyobraźnia.

    • ojtam, troche oleju jeszcze wystarczy ze z odmy przepalonego sie snuje i moze byc niebieskawy 😉

  10. Piękna historia, trzymam kciuki by wszelkie dalsze prace zakończyły się pomyślnie! Szanuję za wytrwałość, dzięki niej masz pięknego klasyka. Czasami mi szkoda, że urodziłem się tak przynajmniej z 5 lat za późno, by za dobre pieniądze zdobyć kawał ciekawej motoryzacji z lat 60-70 🙂 Z drugiej nie mam też wiele powodów do narzekania, kupiłem Balerona zanim zrobiono z niego klasyka jedyny taki zobacz 😀 Również był za dobry pieniądz, a to co wyszło podczas drugiej fazy remontu, można opisać na dobrych paru stronach A4. Podobnie jak Ty z Humberem, towarzyszyło mi wiele nastrojów – od euforii po depresję – ale póki co nie poddaję się, a Twoja historia jeszcze bardziej motywuje mnie do działania 😀

    A przy okazji – świetnie piszesz! Bardzo przyjemnie się czytało, momentalnie wchłonąłem obydwie części jedna po drugiej 🙂 Powodzenia i być może do zobaczenia na zlotach w Łodzi!

    • Wiesz, Fabrykant pisze niesamowicie – jego teksty możesz znaleźć na Fotodinozie, Motodinozie i SNG Kultura, wszystkie jak jeden bardzo dobre, ani jednego słabszego

      • Hehe, wiem wiem (tylko o SNG Kultura nie słyszałem). Motodinozę dopiero niedawno zacząłem czytać i po prostu tam go jeszcze nie zdążyłem pochwalić 😀 Jego tekst o Alfie 90 jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że pożądam tego wozu 😀

      • @ Hurgot: Dziękuję, lecz forma nigdy nie jest równa. Są dołki, górki i brak weny, od czasu do czasu. Niestety.
        @ Kapitan Manuel: Zakup odradzam. Ale, w razie zakupu – podziwiam.

      • @Fabrykant: Haha, niestety od czasów odkrycia niszowej, internetowej prasy motoryzacyjnej marzą mi się dziwne wozy. Alfa 90 niesamowicie urzeka mnie stylistyką, no i nie ukrywam, że mam słabość do limuzyn. W kanciastych modelach tej marki zakochałem się od kiedy usiadłem w Alfie 6 znajomego, który, nomen omen, dojechał nią zeszłej jesieni do Włoch i z powrotem bez kłopotu! Z drugiej strony – pamiętam, ile czasu stroili z mechanikiem 6 gaźników w jej 6-cylindrowym motorze… 😀

  11. Świetny wpis panie Fabrykancie. Sam nie wiem już które lubię najbardziej. O moto? O foto? Czy o podróżo?

    • To cieszę się. Właśnie odbyło się podróżo na Śląsk. Będzie na Fotodinozie.
      A tymczasem na Motodinozie pełen komplet nieseryjnych nadwozi Fiata 600 / Seata 600 / Zastavy 750 – coupe, berlinetty, kabriolety, terenowe i kombi. Jestem z siebie dumny.
      (komentarz zawierał lokowanie produktu)

      • Jasne, ale tu przecież sami swoi, niekomercyjni pasjonaci 🙂 A takim pisarstwem warto się dzielić z ludźmi – przecież po to się je tworzy, prawda?

      • zebranie informacji i opisanie tych wszystkich fiaciorów, to jest naprawdę Chef-d’œuvre – dzieło wiekopomne

      • Dziękuję! Zrobienie takiego zestawu było moim marzeniem, od czasu jak się dowiedziałem, że nieseryjne nadwozia Fiata 600 w ogóle istnieją. Z pewnością jest to spis niepełny, ale, jak napisałem w posumowaniu: Fiat 600 to „projekt otwarty”. Do dzisiaj powstają przeróbki.

  12. O, Wielki! Toć ja teraz po niewczasie dowiedział się poskręcanych meandrów Twej wzloto-hobby-gehenny! Zawsze było: „Humber się robi”, i tyle. Choć latami i częściowo wyjazdowo. Moje obecne o rok za długie w stosunku do założeń 2 lata nad niskopojemnościowym singlem jednośladowym z remontem silnika na 98% drogi, wszechmocnym Wujkiem Guglem, Aliexpresem i Allegrem to mikropiQś i betka do Twoich zmagań. Z resztą pod nadzorem tego samego Piotra 😁 Przywróciłeś właściwy rzeczy porządek. Chcesz, mogę Ci pozamiatać podłogę w garażu, umiem..? 😉