KONFRONTACJE: AUTOMOBILOWI HIPSTERZY cz. I

Hipsterzy pojawili się w USA w latach 40-tych XX wieku. Grupa obejmowała początkowo ludzi przekraczających granice swojej rasy i kultury – zazwyczaj białych żyjących wśród czarnych i jak czarni. Dzisiaj oznacza oczywiście człowieka odrzucającego wszelkie formy tzw. mainstreamu. Może to być forma protestu czy buntu, albo próba budowania pozycji społecznej przez ludzi nie dysponujących władzą i majątkiem: „nie mam pracy, nic nie umiem, ale to ja jestem ponad, bo nie uznaję wyścigu szczurów„. W tym znaczeniu hipsterami mogli być np. dawni hippisi, ale oni, jako stosunkowo liczna i jednolita subkultura tworzyli pewien rodzaj mainstreamu swoich czasów. Współcześni hipsterzy wyszukują i świadomie wybierają jak najbardziej niszowe trendy, opinie i produkty (przymiotnik-klucz: „niezależny”), czytają pisma o jak najniższym nakładzie oraz sympatyzują ze środowiskami pozostającymi na uboczu (choć niekoniecznie spełniającymi klasyczną definicję wykluczenia – bo to byłby mainstream). Odrzucenie wszelkich form płynięcia z prądem kryje w sobie jednak pułapkę: otóż z czasem samo może wejść w modę, a więc – stać się mainstreamem. Pisał o tym już Gombrowicz, autor na pewno wcześniejszy od jakiejkolwiek formy ruchu hipsterskiego: nie można uwolnić się od schematu, bo sama idea przełamywania schematów jest sama w sobie schematem.

Automobilizm cały składa się ze schematów: każdy segment rynku, epoka, kraj, każda pojedyncza marka – wykazują (a przynajmniej do niedawna wykazywały) swoiste cechy-wizytówki. Takich szufladek jest co prawda wiele, ale uciec od nich nie sposób. W historii nie brakowało jednak samochodów, które zachwyciłyby klasycznego hipstera (o ile w ogóle interesowałby się on motoryzacją – bo ona, mimo usilnych starań tzw. czynników obiektywnych i coraz dotkliwszych represji, wciąż stanowi cywilizacyjny mainstream i ani myśli go opuszczać). Niektóre z nich miały być hipsterskie w założeniu, innym wyszło tak przez przypadek, a jeszcze inne dopiero po latach uznano za dziwactwo. Pomysł na niniejszy, dwuczęściowy wpis polega na wybraniu dwa razy po dwanaście seryjnych modeli mogących uchodzić za manifest motoryzacyjnego hipstera.

Jak każdy wybór, również i ten jest skrajnie subiektywny. Ponieważ sam jestem daleki od hipsterstwa, nie brałem pod uwagę okazów wychodzących poza skalę dziwaczności. Nie uwzględniałem też modeli masowych, niezależnie od stopnia oryginalności – bo wielka seria to definicja mainstreamu (z tego powodu nie wrzuciłem tu np. VW „Garbusa” i jego pochodnych, mimo że ich oszałamiająca kariera w Ameryce polegała w dużym stopniu na anty-mainstreamowości). Jak zwykle pilnowałem, by skompletować reprezentację różnych kontynentów i regionów, a także, by wśród 24 modeli nie powtórzyła się żadna marka. Auta ułożyłem w kolejności alfabetycznej, bo w kwestiach niemierzalnych preferuję zwykłe zestawienia, bez nadawania rang. Jeden własny schemat postanowiłem jednak złamać: ograniczyłem się mianowicie do modeli powojennych, a to dlatego, że wcześniej motoryzacyjny kontekst był jeszcze zbyt słaby, a kanony zbyt niewyraźne, by można było mówić o mainstreamie i hipsterstwie.

O oto i pierwsza połowa listy moich typów na automobilowych hipsterów, z których wiele na pewno opiszę kiedyś bliżej.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , ,

KONFRONTACJE: ALTER EGO LUIGIEGO

 

Luigi to Fiat 500 z kreskówki „Auta” – jasnożółty i gorącokrwisty, kibicujący w wyścigach samochodowych i prowadzący w Chłodnicy Górskiej serwis oponiarski Casa Della Tires (prawidłowo powinno być raczej „delle”, bo to liczba mnoga, ale nie szkodzi). Standardowy archetyp Włocha.

Kiedyś, dawno temu, popełniłem wpis o Luigim – najklasyczniejszej generacji Fiata 500 z lat 1957-75. Bo w ogóle, to Fiat 500 nie jest jednoznacznym pojęciem: w Europie auto o tej nazwie można kupić od 1936r. (istniał też – o czym mało kto wie – identycznie nazwany prototyp z 1915r., który do produkcji nie trafił). Co prawda po drodze zdarzyły się trzy dłuższe przerwy, ale ta wojenna się nie liczy, a w czasie kolejnych – 1975-1991 i 1998-2007 – na rynku pozostawały modele nie nazywające się co prawda „500„, ale bardzo podobne lub prawie identyczne z noszącymi to imię poprzednikami (odpowiednio 126-tka i Seicento).

W artykule o pomnikowej 500-tce zupełnie pominąłem jej wersje pochodne, obiecując jednak opisać je w przyszłości – no i ta przyszłość właśnie nadeszła. Oczywiście, niemożliwym jest omówienie WSZYSTKICH wariacji na temat najpocieszniejszego chyba samochodu w historii, bo po pierwsze, było ich po prostu zbyt dużo, a po drugie – o wielu z nich niełatwo znaleźć rzetelne informacje. Udało mi się jednak zebrać co ważniejsze okazy, a do tego kilka całkiem nietypowych, mam więc nadzieję, że przynajmniej niektórzy z Was dowiedzą się tu czegoś nowego.

Zanim zacznę, chciałem zwrócić uwagę, że wśród ról pełnionych przez masowo produkowane samochody często pomija się właśnie tę – użyczanie szeroko dostępnych, niedrogich i łatwych w eksploatacji podzespołów produktom niszowym, których w innym przypadku, ze względu na małą skalę produkcji, nie dałoby się oferować w znośnej cenie. A tak – da się. Czy to produkty „społecznie użyteczne”, czy też całkowicie zbytkowne – mała seria musi bazować na serii wielkiej, w przeciwnym wypadku się nie skalkuluje. Zresztą i tak kalkuluje się rzadko, jednak dzięki takim Luigim i innym „Garbusom” przynajmniej są na to jakieś szanse.

A teraz – czas na wyliczankę.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , , , , , , , , , , , ,

CO BY TU JESZCZE WYMYŚLIĆ…?: NO BO ONE SĄ Z DRZEWA…

Chłopcy – ile razy mam to powtarzać: drzewa rosną w lesie. A materiał, z którego wykonuje się meble albo inne przedmioty nazywamy DREWNEM. Dlatego nie można mówić, że na przykład ta ławka jest z DRZEWA” – tłumaczył cierpliwie mój podstawówkowy nauczyciel techniki, z uwagi na swoją czarną brodę przezywany przez nas Rumcajsem. „No ale przecież ona jest z drzewa…” – odpowiadał zawsze z rozbrajająco zdziwioną miną ktoś z klasy, a biednemu belfrowi opadały ręce…

Trochę mi żal pana od techniki – starej daty inżyniera, który zdawał się w ogóle nie zauważać, że klasa jak najbardziej celowo wyzłośliwiała się na jego gorliwości we wpajaniu nam prawidłowej terminologii. Żeby zrobiło się śmieszniej – i oczywiście bliżej do dzwonka – specjalnie nazywaliśmy tworzywa sztuczne „plastikiem” („chłopcy – plastik to co najwyżej czeski materiał wybuchowy…„), albo kanapki „kromkami” (nie wiem jak dziś, ale wtedy na technice przygotowywało się czasem proste posiłki, w ramach nauki życia). Najlepszą podpuchę wymyślił kolega, który na pytanie „jakie znacie metale?” odpowiedział: „no…. na przykład BLACHA„. Nauczyciel autentycznie się załamał…

W końcu jednak poznaliśmy smak prawdziwej zemsty – gdy Rumcajs użył słowa „cepeen” jako synonimu stacji benzynowej (to było około 1993r. – w Polsce istniały już różne stacje, choć CPN jak najbardziej jeszcze funkcjonował). „No wiecie chłopcy, macie rację, ale to się tak przez lata utarło…„. „Aha – cepeen się utarło, a plastik wcale nie…?! Poza tym utrzeć to można ziemniaki na placki!!„. Nie ma to jak dojechać nauczyciela w wieku 13 lat!!

Największym hitem, aż do końca podstawówki, pozostawało jednak mieszanie drzewa z drewnem. Może dlatego, że na lekcjach stosunkowo najczęściej bawiliśmy się w stolarzy sporządzając latawce, karmniki, itp. W ruch szły ręczne piły, młotki i gwoździe, oczywiście po uprzednim powtórzeniu naszej technicznej biblii pod tytułem „regulamin pracowni i przepisy BHP„. Bez odczytania tego w klasie na głos nie wolno było brać do ręki narzędzi.

Doszły mnie słuchy, że pan od techniki, dziś mocno już starszy, przekwalifikował się na nauczyciela informatyki. Możliwe więc, że jacyś wredni uczniowie, urodzeni równocześnie z moim aktualnym samochodem, katują jego uszy np. nazywając konfigurację komputera „wymaganiami” (w necie widywałem już komentarze w rodzaju „to u mnie nie pójdzie – mam za słabe wymagania sprzętowe„, albo „na jakich wymaganiach to będzie płynnie chodziło…?„). Ale mnie jego czarnobroda twarz będzie już zawsze przypominała robotę „w drzewie„…

A cała historia skojarzyła mi się, kiedy postanowiłem napisać o sportowych samochodach Marcos – jedynych w historii budowanych na drewnianym szkielecie. Jak to? – zapyta ktoś. Przecież przed wojną większość karoserii miała drewniane konstrukcje? Zgadza się, ale one nie były samonośne. A Marcosy – i owszem!!

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: ,

POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: TAKA KARMA!!

Indie kojarzą się z tysiącem rzeczy.

Mnie na przykład – z moją ostatnią rozmową kwalifikacyjną. Miałem tam napisać analizę sytuacji pewnej indyjskiej firmy mając do dyspozycji jej dokumenty finansowe, wydruki paru artykułów prasowych oraz laptopa z Internetem. W ciągu kolejnej godziny – tyle dostałem czasu – dowiedziałem się szeregu ciekawych rzeczy. Choćby tego, że Indusi nie używają słów „sto tysięcy” ani „milion”, bo nazwę rzędu wielkości zmieniają co drugie zero, nie co trzecie. My mamy tysiąc, dziesięć i sto tysięcy, potem milion, dziesięć i sto milionów, następnie miliard, i tak dalej. Oni natomiast po dziesięciu tysiącach mają 1 lakh (nasze 100 tys.), potem 10 lakhów (1 milion), a potem – 1 crore (10 milionów). Odpowiednio przesuwają też separator dziesiętny: np. milion zapisują 10.00.000 (po naszemu – 10 x 100 x 1.000). A jak nazywa się sto crore? Sto crore to po prostu sto crore. Podobnie tysiąc crore – najwidoczniej tak daleko nie sięgała już tradycyjna arytmetyka. Dopiero na sto tysięcy crore – jedynkę z dwunastoma zerami, czyli nasz bilion – Indusi powiedzą… zgadliście: lakh crore. A dziś takie liczby przydają się im częściej niż nam, bo bilion ichniejszych rupii (symbol ) to zaledwie nieco ponad 15 miliardów dolarów. Dług publiczny Indii, na ten przykład, wynosi na ten moment 74,799,666,411,974 , czyli prawie 74,8 lakh crore (zanim skończę ten artykuł, na pewno zdąży wzrosnąć: LINK).

Ja motyw z lakhami i crore rozkminiłem z Wikipedii, w czasie rozwiązywania na czas korpo-rekrutacyjnego zadania na analityczne stanowisko, które – pochwalę się – w końcu dostałem i zajmuję do dzisiaj. Ale przy tej okazji przypomniało mi się coś innego: otóż jeden z bardziej znanych Indusów, miliarder Ratan Tata, obiecał kiedyś współobywatelom samochód za jeden lakh – czyli 100.000 ₹ (wtedy odpowiadało to około 1.900$, dziś już tylko 1.530$, bo rupia mocno spadła). Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , , ,

TA, CO SIĘ LUBI POWTARZAĆ: TOYOPET

W pierwszej kolejności chciałem dziś poinformować o likwidacji forum Automobilowni, które okazało się niewypałem. Jako że wszelkie dyskusje toczą się wyłącznie pod artykułami, to zgodnie z tak zwaną brzytwą Ockhama uznałem, że nie ma sensu mnożyć bytów ponad potrzebę, tym bardziej że od czasu uruchomienia możliwości rejestracji muszę co kilka dni usuwać po kilkadziesiąt kont spamerskich, jakie niestrudzone internetowe boty w kółko zakładają (w komentarzach pod artykułami też czasem robi się dramat, ale tutaj spam jest wyłapywany automatycznie z 99,9%-ową skutecznością). W sprawie naszych pogawędek nie zmienia się nic: w dalszym ciągu istnieją komentarze pod wpisami, a znika tylko opcja, z której i tak praktycznie nikt nie korzystał.

W dzisiejszym artykule chciałem natomiast napisać o marce Toyopet, którą kiedyś posługiwał się koncern Toyoty. To znaczy de facto posługuje się do dziś, ale tylko jako nazwą jednej ze swoich japońskich sieci dystrybucji. Kiedyś jednak używał jej szerzej.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,