STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: PIES ZA MILION

 

Jest taki stary dowcip o bacy, który próbował sprzedać psa za milion złotych. Mijający go turyści wymownie stukali się w czoło, ale opcji targowania nie było. Milion i koniec. Kilka godzin później wracający tą samą drogą wędrowcy spostrzegli, że pies znikł. „Baco, sprzedaliście go…?„. „A no spszeedołek…” „A za ile…?”.No zaa milijon…” „Niemożliwe, kto tyle dał…?” „A z Gąsieniców Jaasiek…” „Tak normalnie przyszedł i wypłacił milion złotych…?” „Niiiii… doł dwa koty po pół milijona….„.

Trochę podobnie było z trzecim samochodem, jaki użytkowałem.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI Tagi: , ,

AUTO-VALHALLA: WOJOWNIK ZE SŁONECZNEJ STRONY ALP

Które miejsce na świecie jest najlepsze do życia?

Jeśli chodzi o dzisiejsze czasy, to nie podejmuję się podać nawet dłuższej listy możliwych opcji. Jednak jako człowiek mentalnie osadzony w głębokim XX-tym stuleciu nie mam wątpliwości, że jeśli Bóg dałby mi w tym względzie wybór, to w tamtych czasach chciałbym urodzić się w szwajcarskim kantonie Ticino.

Pomyślmy przez moment. Szwajcarski paszport – od zawsze najbardziej pożądany na świecie (ze względu na szwajcarskie prawa obywatelskie i możliwości bezwizowego podróżowania). Szwajcarska kultura polityczna. Szwajcarskie środowisko gospodarcze i potencjał zarobkowy (w dodatku w szwajcarskiej walucie). Szwajcarskie bezpieczeństwo zewnętrzne i wewnętrzne. Szwajcarska stabilność i bezstresowość. Szwajcarskie Alpy ze swymi szczytami, dolinami, jeziorami, lodowcami i ośrodkami narciarskimi. Szwajc…

Tak, ja wiem i rozumiem, że nie każdemu odpowiada ostry, wysokogórski klimat albo charakter tamtejszej ludności. Szwajcarzy są oczywiście solidni i pracowici, ale okropni sztywni, chłodni w obejściu, pozbawieni choćby odrobiny polotu i spontaniczności, a ich umiłowanie porządku przybiera momentami znamiona totalitaryzmu. Wiem i rozumiem – dlatego świadomie nie powiedziałem „Szwajcaria”, tylko właśnie „Ticino”.

Ticino to najbardziej wysunięty na południe kawałek Szwajcarii – w zasadzie jedyny, który znajduje się po ich słonecznej stronie. Tylko tam szeroko pojętemu, szwajcarskiemu ładowi i organizacji towarzyszy włoski język, włoski klimat i błękit nieba, włoska kuchnia (włącznie z winem, którego lokalna produkcja przekracza pięć milionów litrów rocznie – na obszarze powierzchni powiatu olsztyńskiego), no i odrobina włoskiego temperamentu. W Ticino nie ma wielkich miast – największe z nich, Lugano, liczy zaledwie 50 tys. ludności. Najbliższą metropolią nie jest przy tym wcale Zurych ani Berno, a Mediolan, który od położonego na południu kantonu miasteczka Mendrisio dzieli zaledwie 60 kilometrów. By zaś zobaczyć piękne, śródziemnomorskie wybrzeże, nie trzeba przejeżdżać nawet dwustu. Czy można chcieć czegoś więcej…?

Oczywiście, że można. My przecież jesteśmy samochodziarzami, więc na pewno nie przejdziemy obojętnie wobec faktu, że nawet bliżej Ticino niż Mediolan znajduje się najsłynniejsza w Europie świątyni szybkości – tor wyścigowy Monza (nieco ponad 50 km). Jedyne 180 km od Mendrisio zaczyna się podjazd na Passo Stelvio, czyli najwspanialsza z alpejskich dróg. Dystans na podobnie spektakularną przełęcz Furkapass (gdzie James Bond w Astonie DB5, z wbudowaną „nawigacją satelitarną”, gonił się z białym Mustangiem niejakiej Tilly Masterson) wynosi 140 km, na San Bernardino – tylko 100. Do tego dochodzą przepiękne trasy nad jeziorami Lugano i Como, położonymi praktycznie za płotem. Wiele z tych miejsc znajduje się po włoskiej stronie granicy – to dla wiadomości malkontentów, którzy wyciągnęliby argument o szwajcarskich limitach prędkości i radarach (zapominając przy tym, że na górskich drogach wcale nie jest źle pod tym względem, no i że mieliśmy mentalnie pozostać w XX-tym wieku, kiedy nawet w Szwajcarii owe sprawy miały się inaczej niż dziś).

Jeżeli natomiast zastanawiacie się, dlaczego robię taką reklamę kawałkowi Włoch w granicach Szwajcarii (lub też kawałkowi Szwajcarii na terenie włoskiej cywilizacji), to już wyjaśniam: po prostu zazdroszczę miejsca urodzenia bohaterowi dzisiejszego artykułu – Szwajcarowi z Ticino, który w latach 70-tych jeździł w Formule 1, a nazywał się Regazzoni. Gianclaudio Giuseppe Regazzoni (to gdyby ktoś miał wątpliwości co do włoskiej tożsamości mieszkańców Ticino), szerzej znany pod zanglicyzowanym imieniem Clay.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w AUTO-VALHALLA Tagi: , , , , , , , , ,

DZIEDZICTWO INŻYNIERII: SILENT KNIGHT

Każdy człowiek z elementarną wiedzą na temat silników spalinowych wie, że w jednostkach czterosuwowych wymiana ładunku cylindra następuje przez zawory ssące i wydechowe, które w odpowiednich momentach otwierają się i zamykają dzięki krzywkom rozmieszczonym na wałku obracającym się dwa razy wolniej od wału korbowego. W dwusuwach z kolei tę samą funkcję pełnią okna w ściankach cylindra, zasłaniane i odsłaniane przez sam tłok.

Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę, że kiedyś, dawno temu, istniały silniki jak najbardziej czterosuwowe, lecz pozbawione klasycznej formy zaworów, a w zamian wyposażone w okna dolotowe i wylotowe, jak w dwusuwie. No, może nie całkiem – bo istniał w nich mechanizm rozrządu, w dodatku bardzo skomplikowany.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w DZIEDZICTWO INŻYNIERII Tagi:

MODELOLOGIA STOSOWANA: NOWA SIÓDEMKA

Dziś nie będzie długiego wstępu o genezie modelu, bo geneza była prosta: najtańszy przedwojenny samochód brytyjski, Austin 7, znikł z rynku w 1939r. Potem przyszła wojna i reglamentacja żywności trwająca do 1954r. – razem 14 lat (to dłużej niż w późnym PRL, gdzie kartki żywnościowe obowiązywały w latach 1976-89). Ale nawet wtedy ludzie chcieli samochodów, mimo że na liście artykułów racjonowanych znajdowała się również benzyna. Potrzebne były więc nowe, tanie modele.

Tak naprawdę, potrzebny był tylko jeden nowy, tani model od Austina. Jego główni rywale, Morris i brytyjski Ford, już od 1948r. mieli w cenniku Minora i Anglię. Spóźniała się tylko firma z Longbridge. Dlaczego? Austin od jakiegoś czasu próbował był wynegocjować fuzję z Morrisem, jego kierownictwo uważało więc, że opracowanie własnego, taniego autka jedynie zdubluje ofertę.

W 1949r. okazało się, że z dealu nici (jak dzisiaj wiemy – jedynie chwilowo), padło więc polecenie skonstruowania własnego modelu przeznaczonego dla niezamożnych. To musiało być coś specjalnego: po pierwsze, na małym Austinie ciążyła presja następcy legendarnej „Siódemki”, co wiązało się z ambicją zajęcia pierwszego miejsca w rankingach sprzedaży. Po drugie zaś – poprzednik pozostawał w produkcji przez 17 lat, wypadało więc, by i następca nie zestarzał się zbyt szybko.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w MODELOLOGIA STOSOWANA Tagi: ,

POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: BYCZE MARZENIE

Czy znacie jakąś markę samochodów dzikszą od Lamborghini?

Ciężko przebić, prawda? Veneno, Sesto Elemento, Reventón, Murciélago, Diablo, a przede wszystkim Countach i Miura – te samochody jak mało które w historii sprawiają wrażenie nieokiełznanej, żeby nie powiedzieć – zwierzęcej gwałtowności. Jeśli jakiekolwiek mechaniczne pojazdy mogą autentycznie przerażać swym widokiem i brzmieniem – to w pierwszej kolejności właśnie te.

Jest to o tyle ciekawe, że założyciel marki, Ferruccio Lamborghini, w żadnym wypadku nie był samcem alfa. Inaczej niż jego arcykonkurent, Enzo Ferrari, miał łagodne usposobienie i szanował pracowników, klientów oraz wszystkich ludzi w otoczeniu. Owszem, potrafił być sprytnym i twardym biznesmenem, uciekającym się w razie potrzeby do blefu – opisywałem już kiedyś historię jego bajeczki o konfrontacji z Ferrarim – lecz nikt z otoczenia nie miał o nim złej opinii. Mało tego: również w kwestiach czysto automobilowych Lamborghini był jak najdalszy od kojarzonego z jego wyrobami, skrajnie awanturniczego charakteru. Jego ulubionym typem samochodu było szybkie, lecz stonowane i wygodne Gran Turismo – takie jak Ferrari 250 (występujące we wspomnianej legendzie) albo Lamborghini 350 GTV – pierwszy samochód noszący jego markę. Potężna dawka testosteronu emanująca z późniejszych modeli nie została zaordynowana przez właściciela fabryki, a przez zatrudnionych przez niego konstruktorów. On sam bynajmniej nie protestował, bo przecież milionerzy kupowali, a reszta świata – podziwiała i wzdychała, mile łechtając próżność tych pierwszych, podnosząc ich zadowolenie i zachęcając do zostawiania w Sant’Agata Bolognese kolejnych walizek ze złotem.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU Tagi: , ,