PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: STRASZNA MARKA NA F

W zamierzchłych czasach, kiedy miałem nie więcej niż 5-6 lat, a mój tata jeździł Ładą 2103, byliśmy kiedyś całą rodziną na Jasnej Górze. Jedyne, co pamiętam z tamtego wyjazdu, to jeden dziwny samochód, do którego wsiadała zakonnica. Tata zachęcił mnie do zapytania o markę – dowiedziałem się, że to Volkswagen. Musiałem chyba wyglądać na podekscytowanego, bo dysponentka auta zaprosiła mnie do środka, wzięła na kolana i zaczęła pokazywać zaświecone kontrolki, które uwielbiałem. Niewiele z tego pamiętam, poza tym, jak w pewnym momencie powiedziała, że po zgaśnięciu tego żółtego światełka, o tutaj, można zapalać silnik – i przekręciła kluczyk. Dźwięk rozrusznika przeraził mnie strasznie – oto, pomyślałem sobie, zostanę zaraz porwany!! – w te pędy wyskoczyłem więc z płaczem z auta, prosto na ręce taty.

Tak wyglądało moje pierwsze, traumatyczne spotkanie z Volkswagenem, jak się później dowiedziałem – Golfem I w dieslu. A wspominam o tym, bo jakiś czas temu obiecałem, że przy okazji planowanej przejażdżki Typem 3 Variant mojego kuzyna wyjaśnię przyczyny mojej niechęci do marki 🙂

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH Tagi: , ,

POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: NAJŁATWIEJSZY W ŚWIECIE

 

THE EASIEST CAR IN THE WORLD TO OWN” – najłatwiejszy w „posiadaniu” (czyli kupnie i eksploatacji) samochód świata. Tak reklamowano najpopularniejszy z pierwszej generacji produkowanych w Detroit aut kompaktowych – Forda Falcona, rocznik ’60.

To prawda, że i wcześniej na amerykańskim rynku zdarzały się nieduże pojazdy. Nawet najsampierwszy post, jaki popełniłem na facebookowym fanpage’u klasycznie.eu, z którego rozwinęła się Automobilownia, dotyczył maleńkiego i niezwykle prymitywnego pojazdu pochodzącego właśnie z Kraju Nieograniczonych Pojemności, a skonstruowanego w roku 1919-tym (ów post trafił też potem na bloga, do serii „OBALAMY MITY”). Jeśli jednak chodzi o złoty wiek automobilizmu i wielkoseryjną produkcję Wielkiej Trójki, kompakty pojawiły się dopiero w sezonie ’60, i to jednocześnie pod trzema postaciami: General Motors przedstawiło Chevroleta Corvaira, ChryslerValianta (pierwotnie nieoznaczonego żadną marką, później włączonego w linię modelową Plymoutha), zaś FordFalcona.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU Tagi: , ,

PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: ZIELONA ŻABA

Ależ ten świat jest mały.

Być może pamiętacie, jak w niedawnej relacji z 5 Rajdu Ziemi Bocheńskiej wspominałem o B-grupowym Audi Quattro, jakim w roli VIP-a startował pan Grzegorz Olchawski. Pisałem, że miałem przyjemność zamienić z nim kilka słów i polecałem, byście pozostali nastrojeni.

Pan Grzegorz od lat jeździ w rajdach, poza tym prowadzi między innymi firmę GO PLUS CARS oferującą szkolenia dla kierowców i dysponującą bardzo ciekawą kolekcją samochodów (również na wynajem). Tak się przy tym złożyło, że ową kolekcją opiekuje się etatowo pan Edek – mechanik, z którego usług korzystał w zamierzchłych czasach mój tata, a potem, przez wiele lat, również ja sam (o nim napomknąłem już w artykule o moim pierwszym aucie). Pan Edek to fachowiec, jakich dziś niewielu: potrafiący diagnozować, a nie tylko podpinać tester, naprawiać, a nie tylko wymieniać, rozwiązywać problemy, a nie ślepo powtarzać nakazane procedury. Jeśli trzeba – zaimprowizuje coś zupełnie nietypowego. Słowem – idealny człowiek do opieki nad kilkudziesięcioma samochodami z trzech kontynentów, wszystkich segmentów rynku i ponad sześćdziesięciu lat historii motoryzacji.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH Tagi: , , ,

C’EST LA VIE: TRZY KOLORY – CZERWONYŻÓŁTYZIELONY

 

Dziś chciałem opowiedzieć Wam historię trzech kolorowych lampek, w które patrzymy się przed wjazdem na co ruchliwsze skrzyżowania. Tych lampek raczej nikt nie lubi, bo prawie zawsze są czerwone, niezależnie od tego, z której strony przyjedziemy. To takie drogowe prawo Murphy’ego – jeśli światło może być czerwone, to na pewno będzie. Takie rzeczy raczej nikogo z nas nie zaskoczą, niespodzianką mogą być za to inne fakty z dziejów owego użytecznego, bądź co bądź, wynalazku.

Światła kierujące ruchem samochodowym powstały wcześniej niż same samochody. Po co? Oczywiście, by regulować ruch innych pojazdów: najpierw pociągów, a potem powozów konnych. Te najwcześniejsze wyewoluowały z nocnego podświetlenia urządzeń sygnałowych w rodzaju semaforów ramieniowych i tarcz, i tutaj nie będziemy się nimi zajmować, ale warto wiedzieć, że zaczęto je stosować w połowie XIX wieku, zaś na drogę po raz pierwszy przeniesiono w 1868r. w Londynie. Zanim jednak podam szczegóły, w rozbudowanej dygresji przedstawię obraz ówczesnego, wielkomiejskiego ruchu ulicznego, bo niewykluczone, że może się Wam to przydać w jakichś dyskusjach z wszechobecnymi dzisiaj, antycywilizacyjnymi oszołomami.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w C'EST LA VIE Tagi: , ,

OBALAMY MITY: PARA – BUCH!! KOŁA – W RUCH!!

Przy okazji niedawnego wpisu o markizie de Dionie pojawił się głos, że rezygnacja z napędu parowego, na jaką zdecydował się on po pierwszych porażkach sportowych, mogła być przedwczesna i że w tej technice mógł kryć się wcale niemały potencjał. Ja powiem inaczej – nie tyle mógł się kryć, co krył się z całą pewnością.

W powszechnej świadomości maszynę parową kojarzy się z czymś bardzo prymitywnym i pochodzącym z zamierzchłej przeszłości: z początkami rewolucji przemysłowej, odrażającymi fabrykami rodem z „Ziemi Obiecanej” Reymonta, no i oczywiście potwornie dymiącymi lokomotywami prowadzonymi przez czarną od sadzy załogę. „Najpierw powoli, jak żółw ociężale / Ruszyła maszyna po szynach ospale / Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem / I kręci się, kręci się koło za kołem…” – kiedyś wszyscy znaliśmy to na pamięć, prawda? W języku potocznym technika parowa stała się synonimem zacofania: razu pewnego w czasie moich studiów (jakby nie patrzeć – w ubiegłym tysiącleciu) jeden z wykładowców chciał użyć ładnej figury retorycznej opisującej zapóźnienie polskiego szkolnictwa w czasach, kiedy on sam był studentem i powiedział, że „ambitni, młodzi ludzie chcieli się uczyć energetyki jądrowej, a wykładano im maszynę parową„. Zdziwił się niepomiernie, gdy ktoś z sali bardzo trafnie zauważył, że to nie takie głupie, bo przecież generatory prądu w elektrowniach atomowych są napędzane turbinami parowymi… Profesor chyba tego nie wiedział, bo zrobiło mu się cokolwiek łyso, ale taka jest prawda: nie tylko w elektrowniach, ale i np. na atomowych lotniskowcach pracują turbiny parowe, w dalszym ciągu stanowiące najefektywniejszy z wymyślonych sposobów bezpośredniej zamiany ciepła (uzyskanego na przykład z reaktora nuklearnego) na ruch.

Stereotypy dotyczące pary funkcjonują również w motoryzacji: parowe samochody łączymy w myślach z pokracznym ciągnikiem Cugnota, który nie bardzo potrafił dotrzymać kroku piechocie, a sił starczało mu jedynie na 12 minut jazdy (tę maszynę opisywałem w artykule o automobilowej prehistorii), albo ogólnie z tym etapem dziejów, kiedy dorożka, tudzież wóz drabiniasty, pod każdym względem biły na głowę jakikolwiek drogowy pojazd samobieżny. Winny tej sytuacji jest oczywiście markiz de Dion: to on raz na zawsze wyrzucił maszynę parową z historii europejskiej motoryzacji nie pozwalając jej rozwinąć skrzydeł (uprzedzając sprostowania powiem od razu – wiem, co to była Škoda Sentinel, jej brytyjski pierwowzór i dziesiątki podobnych im, użytkowych pojazdów parowych z początku XX wieku, ale na blogu zajmuję się tylko osobówkami). Co innego w Ameryce: tam napęd parowy przez długi czas uchodził za lepszy od spalinowego. Uważano go za prostszy, cichszy, lepiej znany większości użytkowników i mechaników (pojęcie „starej, sprawdzonej techniki” funkcjonuje już od bardzo dawna), łatwiejszy w obsłudze (brak korby rozruchowej, sprzęgła, niesynchronizowanej przekładni oraz konieczności nieustannej regulacji mieszanki i zapłonu), wreszcie bezpieczniejszy („silnik spalinowy to nieustająca seria eksplozji – co będzie jeśli za którymś razem coś pójdzie nie tak…?„). Do tego nie wymagał benzyny, trudno dostępnej na bezkresnych preriach – zadowalał się czymkolwiek łatwopalnym. Jedyną wadą były długi czas rozruchu, w początkach XX wieku dochodzący do kilkunastu minut. Dlatego też w Stanach Zjednoczonych dopiero Fordowi T udało się zbudować przewagę konkurencyjną, opartą zresztą głównie na technologii produkcji, i wyprzeć parę (a także elektryczność, która na przełomie XIX i XX wieku cieszyła się największą popularnością ze wszystkich trzech opcji). W USA triumf benzyny nie nastąpił przed 1918r., a ostatnie seryjne samochody parowe można było kupić w salonach jeszcze w roku 1933-cim!! Produkującą je firmę Delling wykończył Wielki Kryzys, choć i bez niego najprawdopodobniej zabrakłoby jej klientów mniej więcej w tym samym czasie.

Kiedyś na pewno napiszę porównanie jakichś trzech amerykańskich wehikułów sprzed I wojny światowej – spalinowego, parowego i elektrycznego. Tym razem jednak chciałem zrobić coś innego: obalić mit o nieporadności i prymitywności napędu parowego poprzez przedstawienie szczytowej fazy jego rozwoju – samochodów marki Doble z lat 1922-31.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w OBALAMY MITY Tagi: , ,