STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: PICCOLO GRAN TURISMO

 

Dotychczasowe artykuły wspomnieniowe rozpoczynałem pozowanymi zdjęciami typu pocztówkowego. Tym razem jednak widzicie auto brudne i zakurzone, w tym najbardziej – na przednich felgach (to bynajmniej nieprzypadkowe). Pocztówkowy jest tu najwyżej krajobraz, odmienny od naszej części Europy.

Otóż, po dwóch taksówkarsko-grzybiarskich klekotach zachciało mi się Wielkiej Turystyki. Oczywiście na miarę budżetu szeregowego outsourcingowca – co oznaczało mocno używaną, no i raczej malutką Wielką Turystykę. Po włosku – piccolo Gran Turismo.

Po poddaniu nierównej walki z rudą zarazą rozważałem przesiadkę na Hondę. Konkretnie – Accorda VII, którego zresztą z Mercedesami łączy sporo: limuzynowaty komfort, ciche, elastyczne silniki (w tym rewelacyjny 2.2 iCTDi), no i drobnomieszczański design, trochę przypominający styl Bruno Sacco. Raz prawie że stałem się właścicielem sprowadzonego wprawdzie, lecz pięknego kombi: niebieski metallic, biała skóra, topowy silnik 2,4, automat, pełne wyposażenie i… instalacja LPG. Jak to się wtedy mówiło – SEKWENCJA. Albowiem naonczas – w 2009r. – komputerowo sterowany wtrysk gazu wciąż był czymś ekstra. Ludziska mówili, że ma same plusy – nie to co palnik kuchenki włożony do filtra powietrza i wybuchający przy co drugiej próbie przyspieszenia.

Inni jednak powiadali, że Mercedesy po 1999r. – łatwo rozpoznawalne po migaczach w lusterkach – miały już nie rdzewieć (albo raczej – rdzewieć znacznie wolniej). Hmm – pomyślałem sobie: z Accordem niewiele może pójść źle, ale poza W210 są jeszcze inne modele z gwiazdą, których kielichy zawieszenia nie są zrobione z papieru. Np. takie CLK. Gdyby założyć SEKWENCJĘ do poliftowego, 218-konnego V6 z automatem, byłoby jak niegdysiejsze C123 – tylko o ćwierć stulecia nowocześniejsze, no i nie wybuchające. Idealne do małej Wielkiej Turystyki…

Czy naprawdę wyszło tak różowo? Otóż wyszło bardzo w porządku. Mercedesem CLK 320 Elegance z 2000 roku, z automatem i LPG, przejeździliśmy z żoną cztery lata i ponad 40 tys. km. Auto czterokrotnie obwiozło nas po pięknych trasach (wielko)turystycznych, nigdy nie stanęło w drodze, nie zgniło, a tankowanie wypadało wręcz śmiesznie tanio. Tyle tylko, że niemało zachodu i pieniędzy musiałem poświęcić wcześniej.

***

Mercedes CLK wszedł na rynek jako następca dwudrzwiowych W124 – coupé (1996r.) i cabrioletu (1997). Wyglądał jak czterooka E-Klasa, ale to marketingowa ściema: gabarytowo i mechanicznie auto odpowiadało Klasie C, tylko zewnętrznie zgrywało droższy model. Co jest zarówno zaletą (tańsze części, masa i poręczność bardziej przystające do coupé), jak i wadą (to po prostu niższa półka, z całym dobrodziejstwem inwentarza).

W stosunku do C124 rozstaw osi spadł tylko o 25 mm (do 2.690 mm). Długość zmalała wprawdzie o 88 mm (do 4.567 mm), szerokość o 18 (do 1.722 mm), a wysokość – aż o 59 (do 1.371 mm), jednak równocześnie obniżono podłogę (prześwit 150 mm zamiast 165), a konstruktorzy nauczyli się lepiej gospodarować przestrzenią, w sumie więc kabina wcale się nie skurczyła. Przynajmniej nie z przodu – bo tył, wiadomo, w coupé służy najwyżej do awaryjnego podwiezienia kogoś.

Dla dwójki ludzi miejsca w CLK jest wręcz odrobinę więcej niż w poprzedniku

Rysunek: materiał producenta

Rysunek: materiał producenta

Swego czasu cieszyłem się, że Mercedes zaoferował modele sportowe (CLK i SLK), oraz wybór pakietu EleganceSport (ten drugi zamieniono po liftingu na Avantgarde). Jasne, W208 nie wyglądał tak dostojnie jak poprzednik, ani też agresywnie jak bawarska konkurencja, lecz możliwości konfiguracji – pakiet, kolorystyka, felgi, tapicerka, a w skrajnym przypadku katalog designo – pozwalały doprawić go do smaku. Różnice widać we wnętrzu (kolorowa tkanina + aluminium + białe zegary versus jasna skóra + drewno), w charakterystyce jednostek napędowych, a nawet podwoziu.

Wtedy do coupè nie montowano jeszcze diesli (podobno zarząd chciał, ale marketingowcy zaoponowali). Jednak nawet same benzyniaki reprezentowały skrajnie różne temperamenty: były czterocylindrowe dwulitrówki (136 KM – niedrogie, ale ani przyjemne, ani oszczędne), kompresorowe 2,0 i 2,3 (163 i 193 KM, idealne do „zaangażowanej” jazdy – dynamiczne i stosunkowo lekkie), V6 3,2 (218 KM, cięższe i niewiele szybsze od 2,3, ale wolnossące i jedwabiste), 4,3-litrowe V8 (279 KM – jak V6, tylko z potężnym kopem), oraz dzikie, 5,4-litrowe AMG (347 ryczących rumaków). Jedynie bazowe czterocylindrowce miewały skrzynie ręczne, najpierw pięcio-, a po lifcie sześciobiegowe. W opcji, a dla V6/V8 seryjnie, występowały automaty – zawsze pięciobiegowe, z elektronicznym sterowaniem i blokadą konwertera na czwórce i piątce. Charakterystyka zawieszenia zależała od pakietu: Elegance było bardziej komfortowe, Sport/Avantgarde – sztywniejsze i niższe, AMG to oczywiście osobna klasa. Dziś można najwyżej pomarzyć o takiej różnorodności.

***

Ja szukałem egzemplarza poliftowego – takie ponoć mniej rdzewiały. Faktycznie, wyglądały zdrowiej, ale nie wykluczam, że była to jedynie sprawa ich wieku. Podobnież niektórzy mawiają, że cabrioletymają lepszą blachę„. Nie – one po prostu nie jeżdżą po soli, a i w zwykłym deszczu rzadko. Ot, cała tajemnica.

Preferowałem oczywiście V6 i Elegance, chociaż nie odrzucałem innych, zwłaszcza w okolicy (aż dwie sztuki znalazłem na własnym osiedlu). Dorwanie ładnego egzemplarza nie było jednak proste.

Szukaliście kiedyś zadbanego BMW E36…? Z CLK jest podobnie, tylko podaż mniejsza. Tuningowcy w dresach celują wprawdzie w inne marki, jednak i tutaj wielu właścicieli woli zainwestować w poszerzane felgi niż w nowe amortyzatory. Do tego dochodzi wypadkowość.

Znajomy ubezpieczeniowiec powiedział mi kiedyś, że statystyczny europejski kierowca odwiedza blacharza-lakiernika co cztery lata, dlatego nietknięty dziesięciolatek – owszem, zdarza się, ale sporadycznie. Zwłaszcza jeśli to mocne, względnie niedrogie coupé. Co innego jednak pomalowany błotnik, a co innego szpachlowany dach albo rzeźbione podłużnice. Dlatego odpuściłem np. rzadki okaz Master Edition (ciekawa, limitowana seria z 2001r., z pełnym wyposażeniem i pakietem AMG, ale zwykłym silnikiem 3,2) i dwie niebrzydkie, kompresorowe 230-tki. Jedna miała lakier-kameleon – niebiesko-fioletowy, nawet względnie gustowny (choć ogólnie nie znoszę takich ekscesów), ale kilkakrotnie uzupełniany, więc „falujący” na każdym elemencie inaczej. Przy okazji przekonałem się, że mercedesowskie skrzynie ręczne również w XXI wieku działały tak sobie (szybko zmieniane biegi zgrzytają dokładnie jak w W123), a dzięki praktycznym lekcjom taty poznałem metody demaskowania warsztatowej fuszerki.

Bez czujnika widzę, że bity„. „No niby po czym?” „Bo te spinki są z Poloneza „. Kiedy indziej – oglądamy pod maską podłużnice: śruby zawieszenia z jednej strony przyrdzewiałe, z drugiej lśniące jak ze sklepu. Widocznie lakiernik zapomniał ubłocić. Jedno auto okazało się kompletnie zgnite, choć zdjęcia wyglądały ładnie – bo wszystko zamaskowały cienie i granatowy lakier. Każdy taki kwiatek oznaczał daremną podróż do Nowego Sącza, Mielca, albo Radomia (do Radomia ogólnie mam uraz, bo zmarnowanych kursów po W208 i R129 zaliczyłem tam łącznie trzy).

Ostatecznie padło na egzemplarz z Rybnika. Lakier w większości drugi, ale bez szpachli i rdzy, prawdopodobnie dzięki włoskiemu pochodzeniu. Jako-tako udokumentowane 185 tkm, sprawna, sekwencyjna instalacja LPG, no i wymarzona wręcz specyfikacja: poliftowy rocznik 2000, V6 automat, Elegance, autentyczne, 17-calowe felgi AMG (plus chińskie 16-tki z zimówkami, których używam do dzisiaj), jasnoszara skóra z drewnem i ładny kolor smaragdschwarz: czarny, ale w słońcu mieniący się zielonkawo-niebiesko.

Sylwetka CLK jest bardziej młodzieżowa od wcześniejszych coupé ze Stuttgartu, chociaż zachowuje charakter marki, w tym gwiazdę na masce (po raz ostatni w coupè). W przeciwieństwie do swego następcy, nie wyparłaby się swego pochodzenia. Wizualnie wyją tylko te nieszczęsne reflektory, których naprawdę nie znoszę. Ich zmatowienie było chyba jedyną wizualną oznaką wieku auta, który w momencie robienia zdjęć wynosił 13 lat.

 

Felgi AMG, choć mocno sportowe, były też całkiem eleganckie (i niestety dość delikatne – w cztery lata prostowałem dwie). Rozmiaru opon nie pamiętam, ale z tyłu były szersze.

 

Nie zabrakło tradycyjnych, karbowanych kloszy lamp i podniesionej linii bagażnika á la Bruno Sacco. Niestety, oszczędności lat 90-tych wycięły sztandarowy atrybut gatunku – dach typu hardtop. W208 miał zwykły, stalowy słupek (dla niepoznaki przykryty szkłem) i… wklejone, nieruchome okna tylne!! W aucie klimatyzowanym i praktycznie dwuosobowym nie odbiera to funkcjonalności, ale jak wygląda…? Chociaż tyle, że przednie drzwi nie mają ramek.

 

Masywny słupek tylny i silnie pochylona szyba odrobinę przeszkadzały w parkowaniu, zwłaszcza że pierwszy właściciel przyoszczędził na czujnikach cofania.

 

420 litrów plus dzielona kanapa powinny przekonać każdego teoretyka zrzędzącego, że „coupé mieszczą tylko szczoteczkę do zębów i kartę kredytową„. Mercedes to nie Ferrari ani Opel Tigra. Z żoną bezproblemowo pakowaliśmy się na długie urlopy i narty z całym sprzętem (oczywiście we dwoje – inaczej faktycznie byłoby słabo). Mało tego: w bagażniku podróżowało jeszcze koło zapasowe – bo jego miejscu zajmowała butla. Do fotografii koło zostało wyjęte, ale na wakacje oczywiście jeździło – obok walizek, a czasem też zapasu włoskiego wina i oliwy.

 

Tutaj nie polecam podróżować, a zwłaszcza wsiadać. Wprawdzie brat żony, mierzący ponad 180 cm, jeździł z nami z Krakowa do Tomaszowa Mazowieckiego i nie narzekał, ale to raczej kwestia jego pokornego charakteru i naszego skromnego wzrostu (173/165). Za wyższym kierowcą miałby kiepsko. 

 

W208 ma zdecydowanie najfajniejsze wnętrze ze wszystkich samochodów, jakie eksploatowałem. Przestronny jak W124, ale nowocześniejszy i nie geriatryczny, przy zachowaniu mercedesowskiego stylu i komfortu (z pompowanym, ortopedycznym fotelem na czele).

 

To wnętrze, w połączeniu z 218-konnym V6, automatyczną skrzynią i doskonałą poręcznością, tworzyło klimat niemal idealnego narzędzia Wielkiej Turystyki. Nie przytłaczające ogromem, nie wyglądające jak salon babci, ale też nie jak zabawka albo konsola do gier. Ponadto obfitujące w schowki i kieszenie (ale niestety nie uchwyty na napoje, których pan Włoch nie domówił).

 

Bardziej przejrzyście się chyba nie da – to jest funkcjonalność level skandynawski, rozszerzona o kilka wyświetlaczy z najważniejszymi danymi (na prawym kilka pikseli nie działało, ale tylko czasami 🙂 ). Znikł już natomiast wskaźnik ciśnienia oleju, co według niektórych eliminuje model z grona „prawdziwych” Mercedesów.

 

Gdybym sam konfigurował W208, wybrałbym dokładnie to samo, dodając może tylko PARKTRONIC i fotochromatyczne lusterka (do których zdążyłem byłem przywyknąć w E-Klasie). Nawet fotel był jakby skrojony pod mój niedomagający kręgosłup!! W ogóle myślę, że pierwszy właściciel mocno mnie przypominał: prawdopodobnie miał siedzące zajęcie (ten nieszczęsny ból pleców), mieszkał w Bolonii (to prawie jak Kraków), a CLK kupił mając 29 lat. Dokładnie jak ja, z tym że jego było w tym wieku stać na nowe, a mnie – tylko na 9-letnie.

Co jednak ciekawe, instalację LPG zamontowałem nie ja, tylko on: zachodnioeuropejski nabywca nowego, 3,2-litrowego Mercedesa coupé. Co poddaję pod rozwagę wszystkim perorującym, że „jeśli ktoś ma na auto, to powinien mieć na paliwo„. Na paliwo – oczywiście. Ale po co bulić jeszcze drugie tyle akcyzy…?

***

Nakłady czasowe i finansowe nie ograniczyły się niestety do poszukiwań auta. Po pierwsze, sama transakcja wymagała kilku podróży do Rybnika, bo poprzedni właściciel wziął był pod auto kredyt – czekała mnie więc cała papierologia z wykreślaniem zastawu. Po drugie – lakier smaragdschwarz (we włoskich dokumentach – nero-verde) prezentował się ładnie, ale mechanika już niezupełnie. Oczywiście nie kupowałem w ciemno, ale trochę się jednak przeliczyłem.

Finansowo nie wyszło źle: EUROTAX podawał 37 tys. zł, ja zapłaciłem 30, a dołożyć musiałem około 10. Razem wyszło więc 108% wartości rynkowej za egzemplarz (wtedy już) doinwestowany na tip-top i z dobrą instalacją LPG. Tyle że owo doinwestowanie zajęło cały rok, w ciągu którego co chwilę wyskakiwały różne historie, bez gwarancji, że kiedyś się skończą. Dobrze, że chociaż paliwo wychodziło tanio: rachunek za 100 km takim autem w wysokości 9-12 litrów gazu w trasie lub 15-17 w mieście potrafi bardzo ucieszyć.

Przez pierwszy rok radość była względna. Oprócz standardowego pakietu startowego (zawierającego np. 12 platynowych świec, po dwie na cylinder) wymiany wymagało między innymi parę elementów zawieszenia, uszczelki silnika, przepływomierz, opornica dmuchawy, jeden elektrozawór w skrzyni, akumulator, czujnik położenia kierownicy, no i najdroższe elementy gazowe: listwa wtryskiwaczy i dwa reduktory (Włosi założyli osobne dla obu rzędów cylindrów). A do tego niemało drobiazgów, których po dziesięciu latach już nie pamiętam, a które wyskakiwały niespodziewanie.

Szczęśliwie żadna awaria nie zakłóciła nigdy podróży – a stuprocentowa skuteczność w dojeżdżaniu do celu to najważniejsza cnota każdego samochodu. Nerwów jednak trochę przeżyłem. Po nadejściu pierwszych mrozów silnik aż do rozgrzania pracował w trybie awaryjnym (za sprawą przepływomierza, jak się okazało – kiedyś już drutowanego dolutowywaniem dziwnych oporników), zapalały się kontrolki ABS/ESP (które gasły po rozmrożeniu), źle pracowały też zużyte wtryski gazu. Z jednego z reduktorów zaczął ciec płyn chłodniczy – gazownik zasugerował wymienić od razu oba, żeby działały równomiernie, bo miały już swoje lata. Niełatwo było zresztą znaleźć fachowca z softwarem do rzadkiej u nas, włoskiej instalacji Tartarini, która szybko zmieniła się w kundla z reduktorami BRC i wtryskami Valtek – o dziwo, odtąd funkcjonowała już idealnie. Malkontentów kręcących nosem na LPG w sportowym Mercedesie sadzałem za kierownicę, a sam, z prawego fotela, ukradkiem przełączałem benzynę/gaz każąc odgadnąć moment przejścia. Nikomu się nie udało, chociaż każdy z niedowiarków miał ze 20 szans.

Mogło być inaczej, gdybym wcześniej znalazł dobry warsztat. Niestety, wspominany tutaj pan Edward nie działał już na swoim, a do Merc-Gal, gdzie jeżdżę do dziś, trafiłem dopiero na wiosnę 2010r., długo więc nie miał kto kompleksowo ogarnąć sprawy. Warsztat Boscha, gdzie skierowałem się na początku, nie potrafił zlokalizować banalnej nieszczelności klimatyzacji, a wybite poduszki tylnego zawieszenia zinterpretował jako… uszkodzenie tylnego mostu, rzekomo nieusuwalne bez dedykowanych narzędzi z ASO (!!). Wszystko wyprostowali dopiero wyżej wymienieni specjaliści: to oni uspokoili mnie, że auto jest zdrowe i fajne, tylko zaniedbane mechanicznie (kombinacja typowa zresztą dla Włoch). Po dwóch (nietanich) wizytach u nich kłopoty definitywnie się skończyły, pozostała jednak pewna nieufność, zakłócająca trochę spokój ducha. Długo byłem przeczulony na różne symptomy, również wyimaginowane.

Na szczęście z perspektywy czasu lepiej pamiętam trzy pozostałe, bezawaryjne lata, niż średnio przyjemny rok pierwszy.

***

CLK, w przeciwieństwie do E-Klasy, nie emanowało taksówkarsko-emerycką atmosferą samobieżnego pokoju gościnnego – jako mniejsze, lżejsze, posadzone na kołach AMG i napędzane benzynowym V6 jawiło się zgrabniej, poręczniej i sprawiało mnóstwo radości. Równocześnie tradycyjna stylistyka, „przedwojenna” maska z gwiazdą, jasne wnętrze typu „witamy w domu!!„, charakterystyka zawieszenia oraz napęd (zapas mocy, znakomita elastyczność, dyskretny szum sześciu cylindrów i idealnie zharmonizowana z silnikiem, automatyczna skrzynia) odbierały argumenty filozofom twierdzącym, że Mercedes skończył się na W124. CLK to również dobry kontrprzykład dla znanej – i skądinąd niegłupiej – tezy, że rzeczy do wszystkiego są zwykle do niczego. On umiał być wygodny i sportowy jednocześnie. Oczywiście w pewnych granicach: Niemcy nazywają CLK Opasportwagen – „sportowy samochód dziadka” – i to chyba dobry opis jego charakteru. A także moich preferencji.

Z drugiej strony lata 90-te były dla Daimlera czasem drastycznych cięć kosztów i w W208 trochę to widać. Kompromis stanowiło już samo pochodzenie od C-, a nie E-Klasy, odbijające się np. na komforcie resorowania. Stalowe słupki i wklejone szyby to prawdziwa załamka, niby tylko estetyczna, ale zawsze – poprzednik w żadnym calu nie wyglądał tanio i również dlatego budził żelazne zaufanie. Sześciocylindrowe silniki M112 miały już „oszczędnościowy” układ widlasty, w dodatku z nieoptymalnym, 90-stopniowym kątem rozwarcia wymagającym dodatkowego wałka wyrównoważającego (kwestia unifikacji z ośmiocylindrowymi M113 i potrzeby upchnięcia pod maską SLK czy Chryslera Crossfire’a).

Z drugiej jednak strony aluminiowy blok i głowice, tuleje cylindrowe ze stopu Al-Si, natrysk oleju na denka tłoków oraz po trzy zawory i dwie świece w każdym cylindrze trudno nazwać podejściem oszczędnościowym. Wałki rozrządu były pojedyncze (na każdą głowicę, oczywiście), ale napędzał je porządny, praktycznie bezobsługowy łańcuch dwurzędowy.

(Niedługo przed sprzedażą – przy ponad 210 tkm – łańcuch zaczął subtelnie dzwonić przy odpalaniu, ale mechanik kazał to zignorować. Jedynymi śladami zużycia zespołu napędowego po 13 latach na LPG był ów dźwięk oraz umiarkowane zużycie oleju: między corocznymi wymianami, wypadającymi co około 10 tys. km, dolewałem mniej więcej jeden litr, a jeśli w lecie jechaliśmy na daleką wyprawę, to w jej trakcie jeszcze tyle samo).

218 KM, 310 Nm, 240 km/h i 7,4 s do setki: dziesięć lat temu takie dane robiły jeszcze spore wrażenie, a i dziś nikomu nie przynosiłyby wstydu. Pary nie brakowało nigdy, na żadnej autostradzie, górskiej przełęczy ani przy wyprzedzaniu, a elektronicznie sterowana przekładnia DB 722.6 wymagała ręcznych podpowiedzi jedynie na stromych zjazdach (każdą inną sytuację wyczuwała bezbłędnie). Zimowy tryb W dezaktywował jedynkę, wydłużał przełożenie wstecznego biegu i odrobinę wcześniej wrzucał wyższe biegi. Na czwórce i piątce włączała się oszczędzająca paliwo blokada konwertera.

Komfort resorowania CLK był słabszy od W210, za to stabilność w łukach – fenomenalna. Trochę oduczyło mnie to przyhamowywania przed zakrętami, co mściło się przy okazjonalnych jazdach Hondami. Chwilowa przesiadka z wcześniejszych Mercedesów na Civica lub Accorda oznaczała zdecydowaną poprawę własności jezdnych, lecz odkąd taksówkarskie sedany zastąpiłem coupé na kołach AMG, a podstawową Hondą został CR-V… Nie, nie narobiłem bigosu, ale kontrola trakcji czasem mrugała. W CLK na suchym – nigdy.

Wyliczenie wad będzie szybkie: przykrótkie przełożenia skrzyni (2.300 obrotów przy 100 km/h to niemało, jak na benzynowe V6), kiepska widoczność do tyłu przy braku czujników cofania, utrudnione zamykanie bezramkowych drzwi (dopiero od 2001r. sterownik opuszczał odrobinę szybę), pomniejszenie bagażnika przez koło zapasowe (to oczywiście kwestia LPG), twarde i wrażliwe na odkształcenia felgi (myślałem o zmianie, ale naprawdę mi się podobały), no i te wklejone okna. Nie liczę niepraktyczności tylnej kanapy, bo rozsądni ludzie nie spodziewają się po coupé niczego innego (dla pozostałych wymyślono chimery w rodzaju Passata CC albo Mercedesa CLS).

***

Ponieważ CLK miało służyć przede wszystkim turystyce, a dyskusja pod wpisem o Meksyku wykazała, że akceptujecie też tematy krajoznawcze, pozwolę sobie pogryzmolić o czterech trasach, które z żoną objechaliśmy tym autem.

We wrześniu 2011r. byliśmy na Dolnym Śląsku. Ten region rzadko kojarzymy z hasłem „Wielka Turystyka” – a szkoda, bo to największe zagęszczenie turystycznych atrakcji na północ od Alp. Tak – największe na całym świecie!! Cudze chwalicie, swego nie znacie. Faktycznie – odwiedziwszy w życiu prawie 40 państw nigdzie nie widziałem tak wielkiej, turystycznej różnorodności. W ciągu tygodnia, w promieniu ledwie 100 km od pokoiku wynajętego w Świdnicy odwiedzaliśmy po 2-4 fajne miejsca dziennie. Każde było całkiem inne: urokliwe miasteczka (Nysa, Duszniki-Zdrój, Bardo, Ząbkowice Śląskie), piękne góry (Szczeliniec i Błędne Skały, a potem Ślęża – święta góra Prasłowian), zabytkowa kopalnia złota w Złotym Stoku, tajemnicze, poniemieckie sztolnie (pozostałości tzw. kompleksu Riese), bajeczne pałace (Książ pod Wałbrzychem, Moszna), opactwa cystersów w Krzeszowie i Henrykowie (gdzie napisano najstarsze polskie zdanie: „Daj, ać ja pobruszę, a ty pocziwaj„), a do tego bardzo przyjemne, górskie drogi. Serdecznie polecam ten region, bo tylu różnorodnych cudów, w dodatku w polskich cenach, nie zobaczy się nigdzie indziej.

Zamek w Mosznej (tak się to właśnie odmienia – jak przymiotnik, nie jak rzeczownik 🙂 ), jako żywo przypominający pałac Królewny Śnieżki

 

Zamek w Książu jest trzecim największym w Polsce, po wawelskim i malborskim

Foto: J.Merena, Licencja CC

Jeden z ewangelickich tzw. Kościołów Pokoju, zbudowanych po Wojnie Trzydziestoletniej. Protestantom zezwolono wtedy budować kościoły wyłącznie poza murami miast, tylko z nietrwałych materiałów i pod warunkiem ukończenia prac w 12 miesięcy (żeby rezultat wyszedł lichy i szybko się rozpadł/spłonął/padł ofiarą najeźdźców). Wierni sprężyli się jednak i spełnili warunki, stwarzając prawdziwe cuda – w jeden rok, własnymi siłami, nie przerywając codziennej pracy na chleb (!!). Do dziś przetrwały dwa z trzech Kościołów Pokoju, w Jaworze i Świdnicy (na zdjęciu). Dla mnie to przede wszystkim pomniki nadludzkiej pracowitości i determinacji.

Foto: Piotr Miernikiewicz, Licencja CC

 

Tak misterny barok, jak w opactwie w Krzeszowie, trudno znaleźć nawet w Italii

Foto: SchiDD, Licencja CC

Foto: Andrzej Otrębski, Licencja CC

 

Kamienny labirynt zwany Błędnymi Skałami pod Szczelińcem, w Górach Stołowych

Foto: Tomasz Przywecki, Licencja CC

Foto: Tomasz Przywecki, Licencja CC

 

Materialne pozostałości po Prasłowianach można policzyć na palcach, tym cenniejsze są więc kultowe rzeźby na stokach Ślęży

Foto: Ratomir Wilkowski, Licencja CC

 

Polskie kopalnie to nie tylko węgiel czy sól, ale również złoto

Foto: Barbara Maliszewska, Licencja CC

 

O hitlerowskim kompleksie Riese – setkach kilometrów tuneli drążonych przez więźniów obozów koncentracyjnych – krążą niezliczone legendy. Niemcy nigdy nie wyjawili dokumentacji ani choćby ogólnego celu inwestycji, choć nikt rozsądny nie uwierzy, że w tak gigantyczne przedsięwzięcie nie były zaangażowane setki decydentów i że nie pozostały żadne papiery. Tym bardziej, że badacze zaczęli węszyć już całkiem niedługo po wojnie.

 

Uciekający przez Sowietami Niemcy zatopili dużą część niedokończonych tuneli. O pośpiechu i chaosie świadczą np. porzucone w lesie i skamieniałe z czasem sterty worków cementu.

***

W kwietniu 2010r. byliśmy na automobilowym konkursie elegancji Villa d’Este, w Cernobbio nad jeziorem Como. To autentyczna uczta dla entuzjastów klasycznej motoryzacji, ze wzrokową konsumpcją dziesiątków pereł coachbuildingu i innych, wspaniałych samochodów z wszystkich epok. Co prawda edycja z 2010r. była jedną ze słabszych, ale i tak nie brakowało prawdziwych cudów.

O Ferrari P540 Superfast Aperta był już kiedyś wpis

 

Podobnie jak o Amphicarze

 

Pod pałac Villa d’Este ktoś sobie przypłynął dwoma takimi

 

Prototyp Lancii Floridy to jeden z moich ulubionych samochodów w ogóle. O nim też już gryzmoliłem.

 

 

Spokojnie, to tylko wczesna Alfa-Romeo 6C (LINK DO WPISU). Przewijajcie dalej.

 

Dalej – Lancia Lambda, jeden z najbardziej przełomowych modeli w dziejach (też już była na Automobilowni)

 

Rówieśnik Lambdy, Mercedes SS, przyjechał na kołach z Holandii. W końcu to też było Gran Turismo, nieprawdaż?

 

Bardzo rzadki, amerykański Duesenberg X – jeszcze sprzed czasów największej świetności producenta

 

Lancia Astura – topowy model marki z końca lat 30-tych

 

Wyścig Mille Miglia wygrywały wyłącznie auta włoskie i (sporadycznie) niemieckie. W 1940r. był to egzemplarz BMW 328 zwany Bügelfalte (od „zaprasowanych w kant” błotników).

 

Czarny Gullwing, przy restaurowaniu którego

 

…ktoś chyba lekko przesadził.

 

Jedyny egzemplarz Lamborghini Miura Roadster (tak, był artykuł)

 

Ciekawe widoki mieliśmy już przed konkursem – np. w centrum Werony, gdzie na chwilę wstąpiliśmy po drodze z Krakowa. Niech mi kto powie, że ten klimat, zabytki, kuchnia i samochody nie tworzą razem najpiękniejszego kraju świata 🙂

 

Z kolei wracając zahaczyliśmy o szwajcarskie Alpy, gdzie jeszcze pod koniec kwietnia jeziora wciąż skuwa lód (przełęcz Malojapass)

 

Był jeszcze mandat od słowackiej policji, tuż za granicą w Chyżnem. Nie, nie za szybkość, a za przejechanie ciągłej linii przy manewrze z pogranicza omijania i wyprzedzania (ciężarówki jadącej poboczem 20 km/h). Linia – nie przeczę, może tam kiedyś była, ale jeśli w ogóle, to lata wcześniej. „Ja wiem, że słabo widać, ale albo płacisz 100€, albo idziemy do sądu i pytamy, czy linia tu jest„. Taka rozmowa, zresztą w dość czystej polszczyźnie i bardzo uprzejma, z uśmiechem. Ponieważ na wieczór mieliśmy rezerwację pokoju w Udine, z bólem podałem zielona stówę. Sekundę później dostałem z powrotem dowód rejestracyjny ze schowaną w nim pięćdziesiątką reszty i wyszeptaną uwagą – „jedź już, tylko spokojnie„. Oczywiście bez żadnego kwitka, ale z tym też wolałem nie ganiać po słowackich sądach. Tak że tego – narzekanie na stosunek ichniejszej policji do turystów nie jest bynajmniej domeną wariatów drogowych i nie ogranicza się do kwestii radarowych (dodam, że radiowóz stał dokładnie na końcu krótkiego odcinka z dobrą widocznością i niemal całkowicie zatartą linią ciągłą).

***

W czerwcu 2011r. zaliczyliśmy chyba najciekawszą z naszych podróży samochodowych: przez północne Włochy do portu w Livorno, potem promem na Korsykę, którą w tydzień objechaliśmy wkoło, drugim promem na Lazurowe Wybrzeże, a z powrotem przez Turyn, Szwajcarię i niemieckie autostrady.

O Korsyce wspominałem już w artykule o marce Bucciali, założonej przez pochodzących stamtąd braci. Dziś wyspa jest prawdziwym rajem dla zmotoryzowanych turystów nie szukających hoteli z basenami i dyskotek, tylko autentycznej, śródziemnomorskiej idylli: idealnej pogody, lazurowego morza, skalistych gór, zapachu piniowych lasów i makii, wąskich, krętych dróżek wzdłuż wybrzeży i przez wysokie przełęcze, urokliwych, kamiennych wiosek i tradycyjnej, śródziemnomorskiej kuchni. Co arcyważne, tłumów ani tym bardziej korków nie uświadczy się na wyspie nigdzie – nawet w stolicy.

Karawany caravanów ciągnęły, jak zawsze, na jaśniejszą stronę Alp (tuż przed granicą austriacko-włoską na przełęczy Tarvisio)

 

Drugi dzień rozpoczęliśmy zwiedzaniem Gallerii Ferrari w Maranello (niestety, tłok i półmrok nie pozwoliły zrobić dobrych zdjęć)

 

A to już Korsyka, otoczona w średniowieczu kordonem warownych baszt służących jako strażnicze wieże sygnałowe (każda z nich pozostawała w kontakcie wzrokowym z dwiema sąsiednimi, kontrolując całe wybrzeże)

 

Bardzo wąskie, wykute w skale drogi Korsyki mają jedne z najgorszych statystyk wypadkowości w Europie, ale ich stan jest dobry, a szeroko pojęte wrażenia z podróżowania – rewelacyjne

 

Dzika przyroda i cywilizacja mieszają się tu w idealnych proporcjach: nie ma problemów z noclegiem, posiłkiem, zakupami i tankowaniem (nawet LPG!!), ale ludzi widać niewielu, a krajobrazy wszędzie wyglądają jak poniżej

 

Czarne plaże mają pochodzenie wulkaniczne

 

Już starożytni Grecy uważali Korsykę za najpiękniejszą z wysp. A oni akurat na wyspach się znali.

 

Obrót widoku o 360º ukaże Wam Korsykę w pigułce: zalesione góry schodzące wprost do morza, czarną plażę z wulkanicznego piasku, wąską, krętą drogę zawieszoną pomiędzy niebem i morzem, genueńską strażnicę z zielonkawego kamienia i malutką wioskę ze średniowieczną zabudową. Tylko w pogodę autor zdjęcia nie trafił, ale nad Morzem Śróziemnym jest to wyłącznie kwestia sezonu – lato jest niezmiennie piękne. 

 

Jedyne większe miasto Korsyki to Ajaccio – ledwie 54-tysięczna stolica wyspy i miejsce narodzin Napoleona Bonaparte. Tradycje wojskowe są tu wciąż żywe: fortyfikacje w centrum nadal służą jako koszary (tabliczka w rogu zakazuje wstępu na teren wojskowy), tyle tylko, że jak widać na załączonym obrazku, francuska armia zmieniła zajęcie z podbijania świata na wypas kóz i osłów.

 

Gdy fotografowałem Renault 5 Turbo, ludzie bili brawo, bo myśleli, że chodzi mi o zadenuncjowanie kierowcy parkującego na pasach. Mandat – owszem, należał się, ale na wakacjach mam inne priorytety niż łażenie po posterunkach żandarmerii.

 

Ludzie osiedlali się na Korsyce już w epoce megalitycznej. Z tamtych czasów pozostało po nich kilka stanowisk archeologicznych, jak np. poniższa Filitosa

 

W śródziemnomorskim klimacie pożary lasów są zjawiskiem naturalnym i częstym

 

Pradawne prawo vendetty sprawiło, że korsykańskie rody długo budowały pozbawione okien domy-twierdze

 

Na południu wyspy w XX wieku szaleli korsykańscy separatyści wysadzający w powietrze letniskowe domy Francuzów (ich motywy w kilku zdaniach streściłem TUTAJ). Dziś jest już spokojnie, a tamtejsze wybrzeże należy do najwspanialszych. Na zdjęciu miasteczko Bonifacio.

 

O południu kontynentalnej Francji pisałem już nie raz, wrzucę więc tylko fotkę auta na świętej przełęczy rajdowców – Col de Turini. W takich miejscach bardzo doceniałem poręczność i sztywniejsze zawieszenie CLK, które po ciasnych serpentynach śmigało nie gorzej niż po niemieckich autostradach. Zdjęcie tytułowe też jest stamtąd, a widoczne na nim zabrudzenie przednich felg to pył z klocków hamulcowych, osiadły w czasie powtarzających się, wielokilometrowych zjazdów z czterocyfrowymi różnicami wysokości.

 

W Turynie zwiedziliśmy jedno z lepszych motoryzacyjnych muzeów świata – Museo Dell’Automobile Carlo Biscaretti. Trochę zdjęć stamtąd publikowałem już przy różnych okazjach, na inne przyjedzie jeszcze czas. Dziś pokażę tylko Syrenę 105 zaparkowaną pod imitacją Muru Berlińskiego (po drugiej stronie stało równoletnie Ferrari).

 

A to już granica Włoch i Szwajcarii – przełęcz św. Bernarda, gdzie mieszkali bernardyni i bernardyny

 

Tyle wyszło w dwa tygodnie. Faktyczne zużycie gazu było wyższe o kilkanaście procent.

 

O dziwo, LPG nie brakło nigdzie na trasie: nawet na Korsyce dało się je tankować, a Szwajcarię przejechaliśmy na gazie włoskim (aż do Niemiec, gdzie z LPG nie ma żadnego problemu). W poszukiwaniu stacji niemal całkowicie niezawodna okazała się ściągnięta z Internetu lista POI do przenośnej nawigacji TomToma – przez cztery lata jedynie raz zaprowadziła nas do nieistniejącej stacji.

***

Bez przełączenia na benzynę nie obyło się za to rok później, w czasie eskapady po północnej i środkowej Italii. Oczywiście, we Włoszech LPG jest wszędzie (z wyjątkiem biednego Południa – widocznie bogata Północ mniej brzydzi się oszczędnością). Ale żeby tam dotrzeć, trzeba przejechać austriacką A2, gdzie w tamtym czasie działała tylko jedna stacja gazu, w Loipersdorfie – wtedy akurat nieczynna. Butla dobita pod korek w Bratysławie (Słowacy zawsze napełniali 100%, ignorując terkotanie zaworu) wystarczyła do przekroczenia granicy Włoch, jednak do pierwszej stacji brakło może z 15 km. I tyle dokładnie zrobiłem na benzynie przez całe 4 lata (nie licząc oczywiście rozgrzewania silnika i kilku momentów pierwszej zimy, kiedy fiksowała stara listwa wtrysków).

Włochy są powszechnie znane, więc nie będę zanudzał. Powiem tylko, że oprócz żelaznych pozycji typu Wenecja, Florencja, Siena, Piza czy Asyż zwiedziliśmy kawał prowincji, przede wszystkim Toskanii i Umbrii: średniowieczną Perugię, małe San Gimignano z dziesiątkami wież (wznoszonymi przez tamtejszych wielmożów jako symbol prestiżu), Arezzo (gdzie rozgrywała się akcja jednego z moich ulubionych filmów – „La vita è bella” Roberto Benigniego), Gubbio (tam z kolei kręcono kryminalno-komediowy serial „Don Matteo” – pierwowzór naszego „Ojca Mateusza„), Camaldoli (z doskonale zachowanym, najstarszym klasztorem kamedułów), Volterrę (ze wspaniałym muzeum Guarnacci, eksponującym sztukę Etrusków), Cortonę i parę innych.

OK, jedno zdjęcie jednak wstawię: to etruska rzeźba nagrobna pary staruszków, znana jako Urna degli Sposi (Urna Małżonków). Pochodzi z I wieku p.n.e., ale ludzkie emocje – tutaj związane ze starością i przemijaniem – ukazuje bardziej realistycznie i dobitnie niż jakiekolwiek klasyczne dzieła Greków i Rzymian.

 

Tym razem nakręciliśmy o 630 km mniej, a silnik pracował 25h krócej niż w poprzednim roku – również dzięki wyższej średniej prędkości (było więcej autostrad i prawie zero prawdziwie wysokich gór). Spalanie wyszło jednak identyczne.

***

Wiosną 2013r. CLK odkupił ode mnie Bartosz – wtedy sprzedawca w krakowskim salonie Mercedesa (jego kolejne auto – ośmiocylindrowego CLS-aprezentowałem kiedyś w formie przejażdżki). Spodobała mu się zarówno specyfikacja, jak i doinwestowanie samochodu, które swego czasu kosztowało mnie trochę pieniędzy, a przede wszystkim nerwów.

Myślę, że wielu ludzi źle wspominałoby auto, które po zakupie pokazało tyle kaprysów. Jednak ja, z perspektywy czasu, przechodzone CLK w kolorze nero-verde pamiętam nie z niemiłych niespodzianek początkowych, ale przede wszystkim z czterech wspaniałych, wielkoturystycznych wypraw, przez które przewiozło nas bezpiecznie, niezawodnie i niedrogo, sprawiając przy tym niewypowiedzianą radość.

P.S. Agroturystyczne gospodarstwo na przedmieściach Florencji – najtańsza opcja noclegu w okolicy – w praniu okazało się urocze. Nie tylko ze względu na otaczające je winnice, gaje oliwne i bliskość Starego Miasta (dostępnego autobusem miejskim), ale przede wszystkim dzięki osobie właścicielki – samotnej, starszej pani imieniem Cristina, która każdego z sześciu spędzonych tam przez nas wieczorów przychodziła spytać, co widzieliśmy, udzielić tubylczych rad na dzień następny, no i przynieść własnej produkcji specjały: a to migdałowe ciasteczka, a to schłodzone, słodkie wino, a to jakieś owoce, zupełnie gratis. „Jak dobrze, że przyjeżdżają do mnie turyści – dzięki wam dorabiam sobie do emerytury i mam kogo częstować tym, co tak lubię przygotowywać. Pani Cristina cierpiała widocznie na tę samą wadę wzroku co ja – znacznie wyraźniej dostrzegała plusy niż minusy. Co marnie predysponuje do robienia interesów lub wybierania używanych samochodów, ale znakomicie do bycia szczęśliwym człowiekiem.

Wszystkie nieoznaczone fotografie są pracami własnymi

Share Button
Tagi: , , , ,
41 comments on “STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: PICCOLO GRAN TURISMO
  1. mocnyvito pisze:

    pierwszy xD

    zaciekawiło mnie jakie sa koszty ubytowania w takich mniej komercyjnych destynacjach ?

    • SzK pisze:

      Jeśli chodzi Ci o agroturystykę z zakończenia artykułu, to możesz sobie to łatwo sprawdzić dla żądanego terminu i pokoju, bo pani Cristina działa do dziś. Hasło – AGROTURISMO OLIVA VERDE („Zielona Oliwka”), pod samą Florencją.

      • mocnyvito pisze:

        bardziej korsyka

      • SzK pisze:

        Podróż była w 2011r., więc mogło się sporo pozmieniać. Nam wszystko organizowała francuska firma http://www.twintour.net/. Oni mają gotowe trasy turystyczne, wzdłuż których bookują ludziom hotele na wybrane daty i pokazują, co oglądać. Płacisz im raz za całość i dostajesz vouchery na promy i hotele. Twierdzą, że mają rabaty za „hurt”, więc samemu trudno znaleźć lepsze ceny. Ale szczegóły trzeba sobie sprawdzić samemu, bo minęło już 8 lat (zresztą w dobie globalnych portali rezerwacyjnych to jest prostsze niż kiedykolwiek).

  2. Grzesiek pisze:

    Na ten wpis czekałem od bardzo dawna, ciekaw wrażeń Autora z jazdy autem, które było moim, powiedzmy, motoryzacyjnym marzeniem. Marzeniem, które szczęśliwie, choć na krótko, udało się spełnić. Chyba miałem też więcej szczęścia odnośnie stanu mechaniki: sprowadzony (również z Włoch) na moje zamówienie egzemplarz miał do wymiany jedynie tłumik i przepływomierz, natomiast karoseria była w typowo „włoskim” stanie – każdy narożnik auta lekko odrapany, ale brak rdzy i bardzo niski przebieg (103kkm) przypieczętowały decyzję o zakupie. Z perspektywy krótkiej przygody z CLK mogę powiedzieć krótko: to najstarsze (w momencie zakupu 18 lat) i najsolidniej wykonane auto, jakim jeździłem. Całkowicie bezawaryjne, pewne na drodze, a zwłaszcza na autostradzie. Tu jednak mały minus – mimo niskiej sylwetki i małego profilu bocznego, C208 jest wrażliwe na boczny wiatr. Natomiast poziom montażu to mistrzostwo – pełnoletni egzemplarz nigdzie nie skrzypiał ani nie trzeszczał. Do tego, jak na moje wymagania, auto było wystarczająco szybkie (przedliftowe 200K w najmocniejszej, 192-konnej wersji).
    Generalnie jeżdżąc nim, można było łatwo zrozumieć, za co nabywca płacił, kupując Mercedesa :). Ponieważ było to moje pierwsze auto z gwiazdą na masce, wcześniej byłem przekonany, że jego „legendarna” jakość to trochę taki mityczny konstrukt, urban legend skrzyżowany z optymizmem pamięci ludzkiej, ale niestety tak nie jest. Niestety, bo tej solidności nie czuć (i brakuje jej) w innych, nowszych autach 🙂

  3. Krzyś pisze:

    Wyborny artykuł! Od razu mi się humor poprawił i przypomniał fakt, że za dwa miesiące trafię w podobne klimaty 😉 Uwielbiam takie opisy eskapad – a tutaj tyle dobrego.

    Co do wymiarów opisywanego CLK – mój obecny samochód ma niemal identyczne wymiary, niestety to tylko zwykły sedan z 1,6 pod maską ale dla 4 osób na wakacyjny, dwutygodniowy wyjazd jest w sam raz. Tak więc moim zdaniem na takie wypady CLK jest po prostu idealne – daje komfort ale i frajdę z jazdy a zastosowana jednostka napędowa zapewnia należyte osiągi. Najważniejsze drogi Autorze, że po roku zmagań z zaprowadzeniem ładu nie poddałeś się i nie sprzedałeś tego egzemplarza 😉

    Co do zaś C124 – będąc pierwszy raz w Toskanii widywałem tam Mercedesa A124 na niemieckich tablicach dla samochodów historycznych i tak sobie właśnie czwórka Niemców w pięknych okolicznościach zwiedzała okolice Chianti. Dla mnie to coś bardzo uroczego i cudownego.

  4. Hurgot Sztancy pisze:

    facet ze zdjęć musi być fajny – na każdym zdjęciu, na którym widnieje, zawsze się uśmiecha 😉

  5. benny_pl pisze:

    jak na 4 lata eksploatacji rok naprawiania to troche slabo jak na samochod za taka kupe pieniedzy 😉 ja tam moze z tydzien-dwa po zakupie remontuje (i to popoludniami po robocie) i bez wiekszych napraw nawet z 3-5 lat jezdze jak mi auto podpasuje 😉 Astra mi bardzo podpasowala i napewno bedzie dlugo ze mna 🙂
    a co nie tak z Honda CR-V? no bo wiadomo ze taki suw to nie bedzie sie nigdy prowadzil jak samochod sportowy, ale czy jakies wieksze wady ma CRVka poza korozja? bo juz idzie takie trafic za 3tys a mi sie one bardzo podobaja, oczywiscie te z 1 serii na waskiej lampie 🙂 a i w automacie dosc czesto sa i z gazem 😀

    • SzK pisze:

      Rok, ale nie cały czas, tylko kilka wizyt w serwisie, bo po prostu nie wszystko zostało wyłapane od razu. Ale po kilku porządnych kuracjach wszystko zaczęło śmigać 🙂

      • Pierr pisze:

        Klosze reflektorów trzeba u Cytryna przeszlifować i wypolerować, ew. polakierować. Tylko żeby Cytryn nie pił przy robocie i będzie git.

      • SzK pisze:

        Byłem u jednego specjalisty, który polerował klosze jakąś pastą, a potem nałożył taką białą maź, niby zabezpieczającą, która potem chlapała na przednie błotniki przy każdym deszczu. Rezultat – owszem, był, całkiem niezły, ale dość krótkotrwały, więc zabiegu nie powtarzałem, zwłaszcza że w nocy światła świeciły całkiem przyzwoicie.

      • Daozi pisze:

        To można zrobić zwykłą pastą do zębów + pastą polerską na koniec. Oczywiście tylko w przypadku plastikowych kloszy! Nic nie chlapie wtedy na błotniki. Ale istotnie – to nie jest rozwiązanie na długie lata i trzeba taką czynność powtarzać.
        Ja w Celice wymieniłem obie lampy na nowe bo tam matowiały znacząco, a na dodatek były o wiele większe niż te w CLK i estetyka kulała mocno.

    • SzK pisze:

      PS O starszych CRV-ach nic Ci nie powiem, bo do ASO przyjeżdżają tylko młode i one się nie psują 🙂

      • benny_pl pisze:

        ee no to pare wizyt to nic strasznego jesli to tylko drobiazgi, wiadomo ze po kims jak sie kupuje to zawsze jest co naprawiac, nie wazne za ile pieniedzy auto

      • SzK pisze:

        Parę, ale po pierwsze, za w sumie około 10 tys. zł, a po drugie – wtedy nie wiedziałem, kiedy to się skończy i czy w ogóle. Dopiero jak trafiłem do dobrych specjalistów to problemy ustały.

      • benny_pl pisze:

        jak to dobrze ze ja tam moge caly taki sam drugi samochod za 600zl kupic 😀 wiec nic drozszego zepsuc sie nie moze 😉 jakbym mial wydac 10tys na naprawy to wolal bym w krzaki wepchnac i kupic cos za tysiaka 😉

  6. Fabrykant pisze:

    Ach, zaostrzasz Pan apetyty! Na podróże na razie, na podróże. Mercedesy innym razem. Korsyka ocień wkusna, ja tam nie był.
    Dopiero podczas podróży odrzucam swą codzienną postawę wesołego pesymisty, na rzecz entuzjastycznego optymizmu. Zatem trzeba podróżować, nie ma wyjścia. Na szczęście bilety lotnicze na dwa kolejne wyjazdy kupione, trzeci samochodowy w planie, obłożenie mapami i przewodnikami – jest, euforia – obecna. Jakoś dociągniemy do jesieni.
    Mercedes ów Szanownego Autora nie przekonuje mnie niestety swym zewnętrzem, za to wnętrzem wielce. Wręcz jest idealny. W żadną stronę nie przesadzony, wszystko pasuje do siebie i nie jest nudne ani przegadane. Przyjemność!

    • SzK pisze:

      Też uważam, że wnętrze W208 to mistrzostwo świata, a zewnętrze – niekoniecznie.

      Natomiast Korsyka to mistrzostwo wręcz Wszechświata – gorąco polecam (Dolny Śląsk i Włochy też, ale one chyba Waćpanowi są znane?).

      • Fabrykant pisze:

        Właściwie ostatnio wszystkie zagraniczne podróże kieruję do Włoch. Dolny Śląsk ma rzeczywiście takie pokłady atrakcji, że w sumie niewiele z nich widziałem. Ale zostawię go chyba na emertyturę – zus przysłał mi ostatnio jej wyliczenie. Będę mieszkał wraz ze Współfabrykantką z karimatą na przystankach autobusowych i zwiedzał piechotą. Od zabytku do zabytku niedaleko.
        Za to był na Sardynii, podobno do Korsyki trochę podobna. Pejzaże w każdym razie jedne z najlepszych na świecie, drogi puste i kręte, morze lazurowe jak nigdzie.

      • SzK pisze:

        Włochy to miejsce, gdzie można jeździć przez całe życie i nigdy się człowiekowi nie znudzi…

        Sardynii nie znam, ale wtedy wybraliśmy Korsykę z uwagi na powtarzające się opinie o ciut lepszych wrażeniach estetycznych, mniejszym stężeniu cywilizacji i mimo wszystko niższych cenach (bo Sardynia jest w modzie wśród tzw. wyższych sfer). Ale kiedyś, jeśli Bóg pozwoli, i tam trzeba będzie zawitać (choć na aktualnej liście priorytetów wyżej stoi Sycylia).

      • Wojluk pisze:

        Moja pierwsza myśl o tym wpisie to właśnie zachwyt nad fantastycznym wnętrzem. Jest świetne. Tak jak Korsyka.

      • truten23 pisze:

        Merc piękny…
        A pejzaże 😀
        Kiedyś wsiądę w mojego klamota i zatrzymam się dopiero na Korsyce 😀
        Świetny wpis Szczepanie.

  7. Carman pisze:

    Ja mam nadzieję, że te sprawy z powodu których podobno jest mniej artykułów (a nie odczułem tego) to pisanie własnej książki. Ludzkość na to zasługuje 🙂 .

    Wpis arcymiodny. Kolejny raz potwierdza się, że mamy podobne gusta jeśli chodzi o turystkę.

    Podzielam także upodobanie do tego typu samochodów (dwudrzwiowe, na pograniczu komfortu i sportu), ale ta generacja CLK nie przypadła mi do gustu. Dość ciężka stylistyka i elementy wprost z W210 jakoś mi nie leżą. Chociaż fakt, skutecznie udaje pojazd o klasę wyższy.

    Dodam jeszcze na koniec potwierdzenie Twojej tezy o pojazdach sprowadzanych z Włoch. Od pół roku jestem w posiadaniu niemłodego już pojazdu dostawczego (nazwijmy go włosko-francuskim) sprowadzonego spod Wenecji. Specyfika pracy pojazdu użytkowego tłumaczy jego zewnętrzne zaniedbanie, a z kolei wymaga mechanicznej niezawodności… tyle że nie w Italii 🙂 . Nawet w tym przypadku jest dokładnie tak jak piszesz.

  8. michał_op pisze:

    Po tym ile czasu kosztowało mnie użeranie się z C klasa rodziców ogarnia mnie zdziwienie po przeczytaniu tego artykułu – to chyba niemożliwe żeby kilkunastoletnie MB nie puściło focha w dalszej trasie. Niezależnie od tego jak bardzo dbasz – twój Mercedes upomni się o nowy przepływomierz lub nowy czip immobilisera w najmniej korzystnym momencie. Moje doświadczenie mówi mi jedno – jak MB to tylko nowy lub kilkuletni, jak powyżej 10 lat to jedynym słusznym kierunkiem jest ostatnia podróż do Albanii lub Gruzji. Tam przynajmniej maja tanie roboczogodziny.

    • SzK pisze:

      Odpukać dziesięć razy, ale starymi Mercedesami jeżdżę od 1997r. Stanąłem w drodze tylko raz, ale to z powodu wybuchu lamerskiej instalacji gazowej, a nie samego samochodu (opisywałem historię). Była jeszcze historia z SLem, w którym fabrycznie nowy palec rozdzielacza spalił się po 20 km od założenia i mechanik dojeżdżał do mnie zakładać z powrotem stary – ale to też wina producenta części (firma BREMI), poza tym klasyk to jednak inna kategoria.

      Poza tym – jeszcze raz odpukać – do warsztatów jeżdżę, ale zawsze planowo.

      P.S. Który rocznik i silnik C-Klasy?

  9. benny_pl pisze:

    a ja tam nie pamietam kiedy mi gaz strzelil a od zawsze mam najpierwsza generacje ze sruba w parowniku i na wezu, choc teraz mi sie czesto zdarzaja te drugie generacje z silniczkiem krokowym to go odrazu wywalam i zakladam srube i sobie sam reguluje i dziala idealnie
    gdzie jest sekret nie wybuchania? ano w KABLACH ZAPLONOWYCH, niestety kable MUSZA byc nowe no i nie jakies „janmor” tylko jednak cos markowego, ewentualnie kopulka jak peknieta czy wystrzelana bardzo albo wegielek juz wytarty/wypadniety, palca nigdy nie wymienialem, no i swiece, byle nie NGK, najlepsze sa Championy, nawet slabe-zdechle silniki na tym odpalaja duzo lepiej (np kosiarka) ale i dosc tanie Beru czy Denso sa bardzo dobre
    i jak sie choc w miare dobrze wyreguluje LPG pierwszej generacji to NIEMA PRAWA strzelac.
    najbardziej polecam parowniki Tomasetto, kiedys uznawalem tylko Lovato, ale Tomasetto sa stabilniejsze, precyzyjniej sie reguluja i sa tanie – nowy 180zl i niema co oszczedzac, stary sie kiepsko reguluje przez co wiecej pali i wolnych obrotow niebardzo trzyma
    a reguluje sie niezwykle latwo – najpierw na benzynie odpalamy, pochodzic ma sie troche zagrzac zeby ze ssania zszedl, odlaczamy silniczek krokowy, przelaczamy na gaz i w parowniku krecimy zeby wolne obroty byly jak najwyzsze (najlepszy sklad mieszanki) a potem dodajemy gazu i zakrecamy na wezu az zacznaja zwalniac obroty, wtedy pol obrotu cofnac na wezu i puscic gaz i jeszcze raz wolne obroty na parowniku pokrecic zeby byly jak najwyzsze, potem gasimy, podlaczamy silniczek krokowy odpalamy i juz powinno byc dobrze, ale jak mocno zejdzie z obrotow znow warto odlaczyc silniczek krokowy i podregulowac jeszcze na parowniku zeby byly jak najwyzsze, bo im na nizszych obrotach silnika sie reguluje parownik tym lepiej sie wyreguluje, oczywiscie parownik zawsze sie reguluje zeby uzyskac jak najwyzsze obroty)

    a do sekwencji trzeba miec komputer, kabel, program.. do kazdej inny… i samemu nic sie nie zdziala, choc zwykle na slabo dzialajaca pomoze wymycie/wymiana listwy wtryskowej i reduktora, ale ja tam tego nie lubie

    • truten23 pisze:

      O widzisz. Nie tak dawno w Vitarze wywaliłem szwankującą instalację II gen. na najprostrzą centralkę Stag I gen.
      Stara BRC potrafiła randomowo zgasić auta w najmniej odpowiednim momencie w terenie. :/
      Zrobiłem instalację od nowa i wrzuciłem też nowy reduktor.
      Skorzystam z Twojego sposobu regulacji, bo z mojego wg. wskazań Lambda coś nie jestem zadowolony.
      Vitarka lubi czasem zejść na bardzo niskie obroty na gazie.
      Trochę żałuję że nie zrobiłem instalacji sekwencyjnej w układzie FullGroup.
      Przy okazji, serwisowanie instalek Staga jest banalne, robisz sobie kabelek na kontrolerze TTL za parę zł, oprogramowanie udostępnia producent. Podpinasz laptop na 5min i gotowe. Wygoda niesamowita.
      Co innego BRC, ta już jest upierdliwa przy samodzielnym serwisowaniu.

  10. ndv pisze:

    Jeśli chodzi o V6 – to zawsze jest układ dość mocno kompromisowy i o ile pamiętam nie jest wyrównoważony niezależnie od kąta pomiędzy rzędami i korbami. Przy rzędach rozstawionych o 90 stopni silnik jest przede wszystkim szerszy ale wał korbowy wydaje się może mieć mniejszą bezwładność.
    Jeśli chcemy mieć gładko i bez wibracji pozostaje silnik elektryczny.

    Co do atrakcji Dolnego Śląska – kościół pokoju o ile pamiętam zbudowano bez ani jednego gwoździa – co w sumie nie jest takie niezwykłe, coś mi świta, że technologia bezgwoździowa była stosowana chociażby w przypadku drewnianych cerkwi (swoją drogą sporo drewnianych kościołów przewożono z miejsca na miejsce).

    Ślęża – ona jest tak prasłowiańska jak Biskupin – znacznie bliżej jej do Asterixa niż Kajka i Kokosza. Jest jakaś pechowa jeśli chodzi o oznaczenia szlaków – zawsze ją (niecelowo) obchodzę dookoła. Za to szlaki w Rudawach Janowickich są świetnie oznaczone.

    W ciągu ostatnich paru lat otworzyło się trochę nowych atrakcji (kopalnia w Wirach pod Sobótką jeśli ktoś lubi łażenie pod ziemią), część się rozbudowuje (po palmiarni w Ogrodzie Botanicznym dalej smutek ale za to Arboretum w Wojsławicach w zeszłym sezonie zaczęło przygotowywać sporo nowego terenu). Mieszane odczucia mam co do odbudowy twierdzy srebrnogórskiej czy zamków (no cóż – ruiny pozwalają poznać ich budowę, zajrzeć do środka). W sumie sezon niedługo się zaczyna, trzeba pomyśleć gdzie spędzać weekendy (i tu dla mnie samochód z „autokierowcą” byłby świetnym rozwiązaniem pozwalającym maksymalnie wykorzystać energię na zwiedzanie i podziwianie widoków).

    • SzK pisze:

      Dobrze wiedzieć o tym Dolnym Śląsku, zapewne jeszcze kiedyś się pojawimy, bo mnóstwo rzeczy pominęliśmy.

  11. Aleksander pisze:

    Nie wiedziałem, że miałeś to CLK w tak fajnej specyfikacji, Szczepanie. Połączenie silnika V6, tego lakieru, kontrastującej tapicerki, plastików w dwóch kolorach, felg AMG i linii Elegance tworzą naprawdę fajny samochód, skrajnie różny od podstowych wersji z R4 z nudną kolorystyką i brzydkimi felgami. Aż złapałem się na tym, że patrząc na tytułowe zdjęcie, pomyślałem: Ale piękny. A przecież Niemcy nie potrafią tworzyć samochodowego piękna w klasycznym rozumieniu, tak jak Włosi czy Brytyjczycy. Jednak często na efekty ich pracy dobrze się patrzy mimo to. Podobne odczucia mam z BMW Z3 Coupe, Z4 Roadster i Coupe oraz E63. Stosunkowo brzydkie samochody, które dobrze wyglądają. To przeczy stereotypwoi, że niemiecki samochód musi być nudny. Coś co u różnych ludzi wzbudza skrajne emocje z przeciwnych końców skali nie może być nudne 😉

    Ja od zawsze wiedziałem, że CLK jest właściwie C klasą coupe ze stylistyką udająca klasę E, ale na W212 Coupe sam dałem się nabrać i długo myślałem, że to pełnowartościowa E klasa. Właścicielom Mercedesów coupe zawsze zazdrościłem nadwozia hardtop i linii szyb (szczególnie w C215 i C216). W BMW też mam słupek B i wklejoną szybę, ale to ma pewną zaletę – ogromną sztywność nadwozia, co w usportowionym samochodzie ma znaczenie.

    Ale mendy z tych słowackich policjantów. Świetna historia dla ludzi, którzy nigdzie nie byli i z nikim nie rozmawiali, a uwielbiają powtarzać, że „takie rzeczy, to tylko w Polsce”.

    Zastanawiam się czy W209 okazało się lepsze we wszystkim od W208, czy może poprzednik był pod jakimś względem lepszy? Ale na takie rozważania pewnie będzie czas w artykule o Twoim obecnym CLK.

    • SzK pisze:

      Mnie też ta specyfikacja urzekła, ale pamiętajmy, że kompletował ją Włoch z Bolonii 😉

      Obecne auto na pewno jeździ doskonalej pod każdym względem, spala też wyraźnie mniej, przez co nawet nie myślałem o LPG. Ale wygląda dużo bardziej „generycznie” i mało emocjonująco (częściowo z uwagi na srebrny lakier i fotele z szarej szmaty, ale również przez słabszy design).

      • benny_pl pisze:

        gdyby tylko nie ten okularowy przod…. to bylby ladny, a tak to jednak mi sie nie podoba…

        a co do Slowackich policjantow, to znajomemu udalo sie im uciec 😉

      • S. pisze:

        Słowacka drogówka jest jak nasza kilkanaście lat temu – „na obiad” wciąż obowiązuje i niektórzy wcale się z tym nie kryją.

      • Aleksander pisze:

        Co to za historia, Benny? Ja zgaduję, że w przypadku Szczepana pewnie i tak by się skończyło na niczym, gdyby powiedział, że chce do sądu. Policjant musiałby zrezygnować ze swoich dalszych łowów, co byłoby jego stratą. Ale nigdy nie ma pewności.

        Kiedyś miałem fajną przygodę w Polsce. Byłem z bratem i szwagrem na jedno dniowym wypadzie na snowboard w Bełchatowie. Samochód szwagra, ja prowadziłem. Golf IV – wtedy ani grat, ale też nie najnowszy model. Miałem 19 lat, prawko i całkowity brak gotówki w portfelu. Jechaliśmy krajową ósemką kiedy szwagier zorientował się, że zostawił swój portfel w restauracji po drodze. Zawróciłem i w pośpiechu wracaliśmy go odzyskać. Wtedy złapali nas na radar, 131 km/h na ograniczeniu do 70. Kiedy młody policjant usłyszał, że nie ma dowodu, OC, ani gotówki, to widać było, że nie wie co zrobić. Zawołał kolegę, policjanta z drogówki starszej daty, z brzuchem i wąsem. Ten wysłuchał historii, zapytał o numer rejestracyjny z pamięci, następnie zapytał o rozmiar i model opon. Wszystko się zgadzało, a młody w tym czasie zatrzymał nowe Vovlo. Doświadczony policjant oddał moje prawko i mówi: Jechać. Jakby chciał dopilnować formalności, musiałby wzywać lawetę, bo OC zostało w restauracji, a w systemie nie dało się sprawdzić na miejscu. To byłaby dla niego ogromna strata czasu, a tak miał szansę żerować dalej.

      • SzK pisze:

        Odzyskaliście portfel…?

      • Aleksander pisze:

        Tak, odzyskaliśmy. Tylko gotówkę ktoś ukradł. Z tego co pamiętam jakieś 200 zł. Swoją drogą ciekawe, że tak wielu ludzi, którzy nie uważają się za złodziei, nie ma żadnych oporów przed kradzieżą tego typu.

      • truten23 pisze:

        Ciekawa historia.
        Przy okazji, nie bez powodu widać mówi się: „okazja czyni złodzieja”.

  12. Mav pisze:

    Namówiłeś mnie na Korsykę. Nigdy się nad tą destynacją nie zastanawiałem, a zapowiada się pięknie.

  13. Sp pisze:

    Fantastyczny wpis, czułem że wszędzie byłem razem z autorem. Pozdrawiam i dziękuję.